Gdy jechałem do Ministerstwa Obrony Narodowej, taksówkarz zapytał mnie, czy będzie wojna. Zapytam więc u źródła. Będzie?

Gdyby poszczególne państwa wiedziały na sto procent, że nie będzie konfliktu wojennego, to nie utrzymywałyby armii. Tym bardziej że nie kosztuje ona dwa grosze. Jeśli państwa decydują się na wydawanie tak dużych środków finansowych, to w obawie, że może dojść do takiego konfliktu.

Nasza armia się modernizuje, więc obawy dotyczące ewentualnej wojny są realne?

Wypowiedzi ministra obrony narodowej Tomasza Siemoniaka to efekt oceny realnych zagrożeń. My w Europie wiele lat nie mówiliśmy o wojnie. Ale teraz, pierwszy raz po 1945 r., obserwując Rosję i Ukrainę, nie możemy wykluczyć, że blisko Polski nie będzie konfliktu zbrojnego na szerszą skalę. Nie jest też zupełnie wykluczone, że w przyszłości będzie on dotyczyć naszego kraju.

Czy jest w naszej armii jakiś plan B na wypadek wojny?

Taki plan istnieje, ale nie nazwałbym go planem B, ale planem A, a nawet numerem jeden. W każdym państwie istnieją tajne plany, które przewidują użycie wojsk własnych i sojusznika koalicjanta na wypadek zaatakowania przez inne państwo. Opracowuje się warianty wojny i jej scenariusze, które się uaktualnia, dostosowując je do bieżącej sytuacji. Przecież już trwa konflikt ekonomiczny i propagandowy z udziałem wielu państw. Tym bardziej nie można też wykluczyć militarnego.

Jakie są nastroje wśród żołnierzy?

Z pewnością nie jest tak, że żołnierze myślą jedynie o tym, kiedy dojdzie do wojny. Zajmują się na co dzień swoimi zadaniami i szkoleniem. Dziś trzeba pamiętać, że mamy inne wojsko, nie tylko szkolące się na poligonie w Drawsku czy w Nowej Dębie. Mamy też tysiące żołnierzy, którzy uczestniczyli w operacjach bojowych. A oni przecież otarli się o prawdziwy dramat wojny i śmierć.

Teraz nie będą mieli takiej możliwości, bo prezydent nie zamierza już ich wysyłać na misje.

Prezydent wyznaczył inne priorytety. Polega to na zmianie proporcji. Myśmy po wstąpieniu do NATO wiele zrobili, aby okazać się wiarygodnym partnerem i sojusznikiem jako państwo i wojsko. Prezydent okazał się przewidujący, nie zamierzamy jednak zupełnie się wyłączać z misji. Teraz, przy konflikcie zbrojnym na Ukrainie, nikomu nie trzeba tłumaczyć, że nasi żołnierze są najbardziej potrzebni w kraju.

Skoro wojna nie jest wykluczona, powinno być zielone światło na zmiany w Narodowych Siłach Rezerwowych (NSR). Pojawiają się głosy, że liczba służących w nich żołnierzy powinna zwiększyć się nawet o 50 tys. Co pan o tym sądzi?

To są kwestie możliwości państwa i realnych potrzeb. Jako doświadczony żołnierz sprzyjam inicjatywom organizacji pozarządowych, które są zgodne, że trzeba zwiększyć liczebność NSR. Lepiej jest mieć 50 tys. niż 10 tys. rezerwistów. I lepiej jest mieć dwieście niż 100 tysięcy żołnierzy zawodowych. Ale wszystko musi wynikać z ocen, potrzeb i możliwości państwa. Na szczęście dziś w kraju wszyscy mówią jednym głosem. Wszyscy uważają, że trzeba zwiększać potencjał naszego wojska. Różnimy się co do szczegółów, detali.

To znaczy?

W armii zawodowej mamy obecnie 100 tys. żołnierzy. Wszystkie wakaty są zapełniane na bieżąco, czasami nie można wcisnąć nawet szpilki. Dziś jest tak, że wolne miejsca po osobach odchodzących z armii od razu są zapełniane. A to oznacza, że z armią zawodową jest coraz lepiej. Problemem są wciąż NSR.

Może warto się zastanowić nad zwiększeniem obowiązkowego szkolenia dla rezerwistów?

W tym roku przeszkolimy ponad 7 tys. żołnierzy rezerwy. W ubiegłym roku ponad 3,5 tysiąca. W kolejnych latach z pewnością będzie to priorytet resortu obrony. To jest konieczne, Jeśli ktoś 10 lat temu nauczył się obsługi działa, to nie znaczy, że teraz by sobie z tym poradził. Tym bardziej że technologia tak bardzo szybko się zmienia, że trzeba nie tylko podtrzymywać określone umiejętności, ale i uczyć się nowych. Muszę przyznać, że grzechem było odstąpienie we wcześniejszych latach od szkolenia tych rezerw.

W ubiegłym roku obiecywał pan, że kwalifikacja wojskowa będzie prowadzona przez internet. A tu pojawia się projekt rozporządzenia na 2015 r., który zakłada, że wszystko będzie po staremu?

W dalszym ciągu prace trwają nad tym, aby państwo nie musiało co roku wydawać milionów na to przedsięwzięcie. Nie mniej przy obecnym zagrożeniu w Europie uważam, że kwalifikacja powinna pozostać na dotychczasowych zasadach.

Czy wojsko rozważa wydłużenie okresu służby kontraktowych z 12 lat np. do 15, aby część z tych żołnierzy mogła otrzymać podstawową emeryturę?

Nie ma takich planów. Jest interes pańswa i interes pojedynczego obywatela. Jeśli byłbym na miejscu tych żołnierzy, to też pewnie robiłbym wszystko, aby zostać podoficerem i dosłużyć jeszcze te minimum trzy lata do emerytury wynoszącej 40 proc. uposażenia. W wielu krajach jest tak, że żołnierze, czy to w służbie stałej, czy kontraktowej, służą kilka lub kilkanaście lat i przechodzą do rezerwy przed osiągnięciem wieku emerytalnego. Dotyczy to też podoficerów i oficerów. W ten sposób armia buduje świetnie przygotowane rezerwy. Problem w tym, jak przygotować godną kontynuację pracy żołnierzowi odchodzącemu do rezerwy z wysługą 5 czy 10 lat.

A na rynku pracy jest ciężko.

Dlatego warto się zastanowić nad takim mechanizmem, aby żołnierze odchodzący wcześniej do cywila zostali zagospodarowani przez państwo. Na przykład wojskowy odchodzi z jednostki, ale ma pierwszeństwo zatrudnienia w policji czy innych służbach mundurowych. Wystarczyłoby np. wprowadzić w innych służbach wymóg odbycia przeszkolenia wojskowego. Mogliby też trafiać do wielu struktur cywilnych, które wymagałyby umiejętności nabytych w wojsku. Dlatego w tym celu trzeba poprawić trochę ustaw.

Po ostatnich zmianach żołnierze zawodowi nie są już oceniani co trzy lata, tylko co roku. Wystarczy zalecenie ministra obrony dla dowódców, aby byli surowsi w swych opiniach służbowych, a żołnierze z kilkuletnim doświadczeniem zasilają rezerwy.

Do tej pory żołnierz, który został słabo oceniony, mógł się poprawić dopiero za trzy lata. A w armii dochodzi do dynamicznych zmian. W ciągu trzech lat w życiu żołnierza zmienia się wiele. Trzeba przyznać, że najwięcej roboty przy tej nowelizacji dołożono dowódcom. Zmiana ta jednak była konieczna, ale nie ma na celu pozbywania się żołnierzy.

Kilka miesięcy temu zniesiono przepis, zgodnie z którym żołnierz zawodowy za dwa niezaliczone sprawdziany sprawnościowe był obligatoryjnie wyrzucany z armii. Czy ta zamiana nie spowoduje, że mundurowi będą mniej przejmować się swoją formą fizyczną?

Nie jest tak źle. Ponad 90 proc. zalicza ten sprawdzian pozytywnie w pierwszym terminie. Musieliśmy uelastycznić te przepisy, bo traciliśmy dobrych fachowców tylko przez to, że nie wychodziło im dobrze podczas sprawdzianu.

Żołnierze nie odchodzą z armii, bo liczą, że za rok przy planowaniu budżetu na 2016 r., a może nawet wcześniej, premier przyzna podwyżkę. Czy będzie pan rekomendował ministrowi zwiększenie uposażenia?

Zdecydowanie tak. Problem polega nie tylko na adekwatnym wynagradzaniu za służbę. Uposażenia żołnierzy, podobnie jak i innych osób opłacanych z budżetu państwa nie mogą wzrastać w tempie mniejszym, niż wzrastają emerytury.

Co to oznacza?

Wszystkie emerytury zawsze rosną adekwatnie do inflacji, czasami te podwyżki uwzględniają nawet wzrost PKB. Powinno też rosnąć uposażenie żołnierzy. Po kilku latach ewentualnego niepodnoszenia płac żołnierzom mieliby oni taką samą pensję, jak ich koledzy emerytury.

Jakie wnioski?

Państwo musi dbać o emerytów wojskowych, ale nie może zapominać o tych służących w armii.

W czerwcu skończył pan 60 lat i automatycznie pożegnał się z mundurem. Dlaczego o tym nie decydują przełożeni, tylko prawo?

Z pewnością byłoby to rozwiązanie bardziej elastyczne. Brakowałoby jednak pewnej transparentności, gdyby np. minister decydował, że jeden generał odchodzi, a drugi jeszcze służy przez siedem lat. Mieliśmy już takie rozwiązanie. Nie było dobre, bo młodsi oficerowie denerwowali się na tych starszych, że mają zblokowaną ścieżkę kariery. Niezadowoleni bywali też ci, którym służby nie przedłużono.