Porzucają świetne posady w prywatnych firmach, rezygnują z wysokich zarobków, wolą pracować więcej za mniej. Czym może dziś skusić państwowa administracja wysokiej klasy specjalistę?

Pierwszy stereotyp pracy w sektorze publicznym: osiem godzin, w tym czasie trzy, cztery wypite kawy, plotki w urzędowym bufecie. Przy tym znikome ryzyko zwolnienia, zerowe bankructwa pracodawcy. Taki święty spokój za średnią krajową.

Stereotyp numer dwa: pracownicy sektora publicznego są mniej ambitni od kolegów z firm prywatnych. I to dlatego menedżerowie z dużych banków i instytucji finansowych odpowiedzialni za kadry na potencjalnych kandydatów z urzędowym dorobkiem patrzą z dużym dystansem. Polski biznes jest uprzedzony do administracji i vice versa.

Takie różnice między sektorem prywatnym a publicznym można wymieniać bez końca. – Administracja na całym świecie ma ograniczone możliwości kształtowania płac, sektor prywatny ma więcej do zaoferowania. Poza tym struktura administracji wręcz wyklucza skłonności do podejmowania samodzielnych decyzji. Nie ma powodów, by przeciętny urzędnik podejmował ryzyko. Po co? Jeszcze będzie musiał się z tego tłumaczyć. Taką postawę teraz proszę pomnożyć przez setki tysięcy urzędników w Polsce – mówi Krzysztof Walenczak, dyrektor generalny polskiego oddziału banku Societe Generale.

Egzotyczne propozycje

To właśnie jego historia jest najlepszym przykładem, jak te dwa światy mogą się przenikać. I czego liderzy, tacy jak on, mogą szukać w państwowych urzędach.

– Gdy powiedziałem żonie, że będę wiceministrem skarbu, popukała się w głowę – wspomina Walenczak. To było w 2010 r. Wtedy postanowił przenieść się z biurowca w stolicy światowych finansów – londyńskim City – do socrealistycznego gmachu Ministerstwa Skarbu przy ulicy Kruczej w Warszawie.

Dla polskiego świata polityki był człowiekiem znikąd. Ale na rynkach kapitałowych, którymi miał się zajmować w resorcie, miał już wyrobioną markę. Absolwent Harvard Business School i City University of New York. Przez siedem lat pracował dla banku inwestycyjnego Lehman Brothers, w 2008 r. miał uruchomić jego biuro na Europę Środkowo-Wschodnią – projekt przerwało głośne bankructwo banku. Bezpośrednio przed wejściem do resortu skarbu Walenczak pracował dla japońskiej Nomury, która przejęła europejskie operacje Lehmana.

– Dla kogoś, kto jak ja wyjechał z Polski w 1990 r., powrót, i to od razu na stanowisko wiceministra, nie jest łatwy, to nie jest codzienne wydarzenie. I rzeczywiście może wyglądać egzotycznie, sam bym tak do tego podchodził – mówi dzisiaj. Kto go przekonał? Ówczesny minister skarbu Aleksander Grad (poznał go przy okazji negocjacji Skarbu Państwa z firmą Eureko w sprawie akcji PZU, gdzie Lehman Brothers reprezentował stronę polską). I wiara w to, że pracując wcześniej w biznesie, można zrobić też coś pożytecznego dla sektora publicznego. Taki mariaż to dla Walenczaka norma. – Spośród dziesięciu ostatnich sekretarzy skarbu USA tylko dwóch nie wywodziło się ze świata biznesu. Amerykanie mają takie powiedzenie: „When the country calls, you just do it”. W polskiej wersji: premierowi się nie odmawia. Zgadzam się z tym, dlatego przyjąłem propozycję ministra Grada – tłumaczy.

Kariera Marka Rozkruta, głównego ekonomisty i dyrektora w firmie doradczej Ernst & Young, wykładowcy SGH, przebiegała nieco odmiennie. W sektorze publicznym przepracował 10 lat. Zaczynał w Narodowym Banku Polskim, do którego trafił po studiach w USA i Japonii. Po ponad sześciu latach w banku centralnym przeszedł do resortu finansów. Był początek 2009 r., zaraz po wybuchu światowego kryzysu.

– I to był jeden z powodów, dla którego odrzuciłem kilka ciekawych ofert z sektora komercyjnego i zdecydowałem się na pracę w MF. Ministerstwo znalazło się w centrum wydarzeń, a ja mogłem być ich uczestnikiem. Sama propozycja też wydawała się ciekawa: zbudować silną komórkę analityczną, która uczestniczyłaby w każdym większym projekcie z zakresu finansów publicznych. Było to więc też wyzwanie menedżerskie – mówi.

Piotr Soroczyński odpowiadający dziś za analizy w Korporacji Ubezpieczeń Kredytów Eksportowych mówi, że gdy w połowie 2006 r. obejmował stanowisko wiceministra finansów, też wchodził na nieznany teren. Do resortu przyszedł wprost zza biurka głównego ekonomisty Banku Ochrony Środowiska. – Nigdy bym wcześniej nie pomyślał, że mogę pełnić jakąkolwiek funkcję w administracji publicznej. Zazwyczaj ktoś najpierw pracuje w samorządzie i potem pnie się po szczeblach administracyjnej kariery lub zaczyna od pracy w strukturach jakiejś partii. Ja nominacji zupełnie się nie spodziewałem – wspomina.