Zdaniem ekspertów spadek zatrudnienia w przemyśle wynika z wielu przyczyn. – Wiąże się on w pewnym stopniu z wdrażaniem nowych technologii – ocenia prof. Elżbieta Mączyńska ze Szkoły Głównej Handlowej. Dodaje, że szybko zwiększają one wydajność pracy, co sprawia, że równocześnie zmniejsza się zapotrzebowanie na pracowników. – Z tym zjawiskiem trzeba się liczyć również w przyszłości. Już w 1995 roku zwracał na to uwagę Jeremy Rifkin, amerykański ekonomista i socjolog, w swojej książce „Koniec pracy” – twierdzi prof. Mączyńska.

Jej zdaniem w Polsce dezindustrializacja zaszła zbyt daleko. A doszło do niej także w wyniku błędów w restrukturyzacji i prywatyzacji firm.

– Niektóre sprywatyzowane przedsiębiorstwa były dość szybko likwidowane, ponieważ ich właścicielom czasem bardziej zależało na tym, aby na przykład zdobyć atrakcyjną działkę lub rynek, niż utrzymać produkcję – wyjaśnia prof. Mączyńska. Podkreśla, że było to korzystne dla wąskiej grupy osób, ale odbywało się kosztem całego społeczeństwa. Między innymi dlatego, że pracownicy, którzy stracili pracę, rejestrowali się w pośredniakach i jako osoby bezrobotne pobierali zasiłki, na które składają się podatnicy.

Zdaniem ekspertów do zanikania pracy w przemyśle przyczyniło się też prawo sprzyjające bardziej likwidacji przedsiębiorstw niż ich naprawie, gdy popadną w kłopoty finansowe. – Procesy naprawcze są wręcz marginalizowane. Dlatego trwają prace nad zmianą przepisów – mówi prof. Mączyńska.

To jednak nie wszystko. – Zlikwidowane miejsca pracy w dużym stopniu należały do przeszłości, do starej struktury gospodarki, w której stawiano między innymi na górnictwo i hutnictwo – mówi dr Janusz Jankowiak, główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu. W tych branżach występowało nadmierne zatrudnienie. Dlatego dziś realizowany jest na przykład program restrukturyzacji górnictwa węgla kamiennego. Przed laty stosowano w nim nawet bardzo duże zachęty finansowe, skłaniające górników do rezygnacji z pracy w kopalniach. Z kolei pracownicy z innych branż – np. odzieżowej – tracili etaty, ponieważ ich przedsiębiorstwa nie wytrzymywały konkurencji z tanim importem z Chin.

– Dobrze byłoby, aby w miejsce zlikwidowanych etatów powstały nowe, w nowoczesnych, innowacyjnych przemysłach – uważa dr Jankowiak. Inni przekonują, że taka szansa istnieje. – Po poprawie koniunktury gospodarczej możemy się stać większym niż obecnie zapleczem produkcyjnym dla Niemiec, gdzie przemysł będzie pracował na coraz większych obrotach, bo zatrudnienie w nim utrzymano na wysokim poziomie. Będziemy mogli więcej produkować dla firm z tego kraju, bo mamy niższe koszty pracy – ocenia dr Ernest Pytlarczyk, główny ekonomista BRE Banku. Także Piotr Kalisz, główny ekonomista banku Citi Handlowy, uważa, że w przyszłości utracone miejsca pracy w przemyśle mogą się w dużym stopniu odradzać. – Oczywiście do końca nie wiemy, jak świat będzie wyglądał po kryzysie, ale można oczekiwać, że nasz przemysł się w nim odnajdzie – zastrzega Kalisz.

Gdy przemysł tracił, zyskiwały usługi. Ma w nich obecnie zajęcie 62,6 proc. osób pracujących w gospodarce, czyli o 8,6 pkt proc. więcej niż przed dwunastoma laty – wynika z szacunków NBP. – To jest efekt m.in. tego, że w ostatnich latach staliśmy się centrum usługowym dla wielu międzynarodowych instytucji i korporacji, które ulokowały u nas m.in. centra finansowe, rozliczeniowe czy informatyczne – twierdzi Kalisz. Dodaje, że usługi rozwinęły się również dlatego, iż więcej na nie wydajemy, bo społeczeństwo jest bogatsze niż dawniej. Znacznie częściej niż dawniej korzystamy na przykład z usług turystycznych czy medycznych. I nie unikniemy dalszej ekspansji usług, ponieważ pod tym względem daleko nam jeszcze do najbardziej rozwiniętych krajów. Bo na przykład w Stanach Zjednoczonych w usługach pracuje ponad 81 proc. pracowników, w Wielkiej Brytanii 79 proc., w Danii i Norwegii – 78 proc., a w Szwajcarii – 71 proc.