Kwoty, parytety. Brrr. Po co to? Dyskryminacja to przereklamowany temat. Przecież gdy kobieta chce brylować w polityce, to będzie brylować. Jeśli ma kompetencje do zarządzania, to będzie zarządzać. Wyłącznie umiejętności się liczą. Płeć ani koneksje nie mają tu nic do rzeczy. Nie ma też żadnych ograniczeń ani barier stawianych przez kogokolwiek.
Jeśli człowiek ma do czegoś talent, stawia sobie konkretne cele, jest zmotywowany i wierzy, że uda mu się zrealizować zamierzenia, to bez względu na to, czy nosi spódnicę, czy garnitur, ma szanse robić to, co umie i lubi. Brzmi naiwnie? Przekonałam się, że owszem. Że taki idealny świat nie jest dostępny dla każdego, a raczej każdej.
Luty 2012 r. Na ekranach polskich kin jest wyświetlana „Żelazna dama”. Idę obejrzeć ten film. Nie dlatego, że jego główną bohaterką jest kobieta, która stanęła na czele brytyjskiego gabinetu i swoimi działaniami zapisała się na stałe w historii pod hasłem „silne rządy”, ale z powodu mojego uwielbienia dla biografii różnych ludzi, którzy stają się mistrzami w swoich dziedzinach. Film mi się nie podobał (nie dotyczy to wirtuozersko zagranej przez Meryl Streep roli), jedna scena zapisała mi się jednak w pamięci bardzo wyraźnie. Chodzi o posiedzenie w Izbie Gmin. Kamera pokazuje jedną część sali – wszystkie miejsca zajęte przez mężczyzn, potem drugą – tu podobnie, tyle że na tle ciemnych garniturów błyszczy w pierwszym rzędzie niebieska garsonka, w którą ubrana jest Margaret Thatcher. Jedyna kobieta w świecie absolutnie zdominowanym przez panów. Zdumiewające.