Jeśli człowiek ma do czegoś talent, stawia sobie konkretne cele, jest zmotywowany i wierzy, że uda mu się zrealizować zamierzenia, to bez względu na to, czy nosi spódnicę, czy garnitur, ma szanse robić to, co umie i lubi. Brzmi naiwnie? Przekonałam się, że owszem. Że taki idealny świat nie jest dostępny dla każdego, a raczej każdej.

Luty 2012 r. Na ekranach polskich kin jest wyświetlana „Żelazna dama”. Idę obejrzeć ten film. Nie dlatego, że jego główną bohaterką jest kobieta, która stanęła na czele brytyjskiego gabinetu i swoimi działaniami zapisała się na stałe w historii pod hasłem „silne rządy”, ale z powodu mojego uwielbienia dla biografii różnych ludzi, którzy stają się mistrzami w swoich dziedzinach. Film mi się nie podobał (nie dotyczy to wirtuozersko zagranej przez Meryl Streep roli), jedna scena zapisała mi się jednak w pamięci bardzo wyraźnie. Chodzi o posiedzenie w Izbie Gmin. Kamera pokazuje jedną część sali – wszystkie miejsca zajęte przez mężczyzn, potem drugą – tu podobnie, tyle że na tle ciemnych garniturów błyszczy w pierwszym rzędzie niebieska garsonka, w którą ubrana jest Margaret Thatcher. Jedyna kobieta w świecie absolutnie zdominowanym przez panów. Zdumiewające.

Tylko ustawowy nakaz zmieni zakorzenione stereotypy

Marzec 2012 r. W PGNiG zmienia się prezes. W tym najważniejszym fotelu zasiada Grażyna Piotrowska-Oliwa. Myślę sobie: Była lepsza od konkurentów, więc fajnie. I nie widzę w tym nic dziwnego, dopóki nie dociera do mnie, że to jedyna kobieta stojąca na czele ogromnej firmy. Dla pewności oglądam listę zarządzających wielkimi spółkami. Wielu Jacków, Marków czy Janów, za to żadnej Danuty, Marty albo Anny. Jedyny rodzynek to świeżo upieczona szefowa polskiego giganta gazowego. Szokujące.

Maj 2012 r. W Kancelarii Prezesa Rady Ministrów za chwilę zacznie się spotkanie premiera z redaktorami naczelnymi różnych tytułów prasowych (z wyłączeniem prasy kobiecej) oraz telewizyjnych i radiowych programów informacyjnych. Wchodzę do sali, omiatam wzrokiem gości i przecieram oczy z niedowierzania: dookoła w mniejszych lub większych grupach stoją operacyjni szefowie mediów. Wyłącznie płci męskiej! Że wśród naczelnych ogólnopolskich papierowych dzienników jestem jedyną kobietą, wiedziałam, ale nie byłam przygotowana na to, że na blisko 40 osób zarządzających redakcjami, które do KPRM zostały zaproszone, tylko ja przyjdę w sukience, jak to kobieta, a reszta w krawatach do koszul i garniturów – jak to mężczyźni. Trudne do zrozumienia.

A więc nie ma równouprawnienia. O balansie na najwyższych stanowiskach przywódczych i kierowniczych na razie możemy tylko marzyć. Co z tego, że panie stanowią już dziś 45 proc. światowej siły roboczej. Są lepiej wykształcone, lepiej zorganizowane, bo przecież muszą łączyć zadania służbowe i rodzinne, jakby to tylko ich dotyczyło, a panów obowiązywał jedynie pierwszy obszar (oczywiście są liczne wyjątki). W Europie na najwyższe funkcje w spółkach powoływane są dużo rzadziej niż ich męscy rywale. Zajmują zaledwie niecałe 14 proc. takich stanowisk, a tylko 3 proc. kobiet stoi na czele zarządów spółek. Statystyki dotyczące innych obszarów świata są jeszcze gorsze.

Jaki z tego wniosek? Że wielowiekowy podział na role damskie i męskie nadal ma się nieźle, mimo dziesiątek lat zabiegania o równe prawa dla płci. Że stereotypy, iż kobiety najlepiej sprawdzają się w obowiązkach domowych i mniej znaczących rolach firmowych, a mężczyźni urodzili się, by zarządzać i kierować, wciąż trzymają się mocno. Że przepisy o równych prawach i zakazie dyskryminacji ze względu na płeć istnieją, ale nie wszystkim chce się ich przestrzegać, a już do wprowadzenia kolejnych – kwotowych – chętnych jest jeszcze mniej. Żeby była jasność: nie stawiam tu zarzutu tylko panom. Ja nawet rozumiem ich opór (a jest on namacalny) przed wpuszczaniem w swoje kręgi zawodowe „bab”, skoro jak powszechnie wiadomo, nie są do tego stworzone. Taka zmiana wymaga rewizji poglądów, przekonań i zachowań. To harówka zajmująca lata, ale możliwa do wykonania. Ta harówka dotyczy też kobiet, bo do nich o istniejący stan rzeczy także mam pretensje. Pozwalamy ustawiać się w drugim szeregu, wychowujemy dzieci w dotychczasowym standardzie (dziewczynki do darmowej pracy domowej i niskopłatnej pracy zawodowej, a chłopców do utrzymywania rodziny i nie za wielkiego wsparcia w jej codziennym funkcjonowaniu), nie gromimy rządzących i wydawców za stereotypowe treści podręczników szkolnych, nie sprzeciwiamy się tendencyjnym treściom reklam. Nie nawołuję do prowadzenia wielkich akcji, choć w dwóch ostatnich przypadkach bardzo by się przydały i szczęśliwie czasem nagłaśniane są protesty ruchów kobiecych. Nawołuję raczej do samodzielnego działania w tych kwestiach. Namawiam do tego i kobiety, i mężczyzn. Tak po prostu w imię tego, by kolejne pokolenia nie musiały już toczyć walk międzypłciowych o miejsce na rynku pracy, lecz funkcjonowały na faktycznie równych prawach.

Zawsze byłam przeciwniczką kwot i parytetów. Teraz uważam jednak, że są one potrzebne, bo bez ustawowych regulacji osiągnięcie równowagi płci na stanowiskach przywódczych w biznesie zajęłoby 40 lat w krajach OBWE, a na całym świecie 150 lat. Takie przepisy skrócą ten dystans, ale przede wszystkim uruchomią proces trwałej zmiany stereotypów, zachęcą do weryfikacji ról kobiet i mężczyzn. Może wreszcie osiągniemy równowagę w grupie przywódców biznesowych. Za ile lat? To już zależy i od regulacji, i od nas samych.

Czy parytety i kwoty mają sens? Pod tą nazwą 27 września odbędzie się panel podczas Europejskiego Forum Nowych Idei w Sopocie