Z uwagą przeczytałem propozycję deregulacji zapowiedzianej przez ministra sprawiedliwości Jarosława Gowina, gdyż dotyka szkolenia wspinaczkowego, którym zajmuję się od 15 lat. Tradycja szkoleniowa Polskiego Związku Alpinizmu sięga lat 40. XX w. i przez długi czas nie było potrzeby posiadania tytułu zawodowego instruktora czy trenera sportu.
Tytułem wyjaśnienia: alpinizm, a ściślej mówiąc sporty górskie, składa się z czterech specjalności: wspinaczki sportowej, wspinaczki wysokogórskiej, narciarstwa wysokogórskiego i alpinizmu jaskiniowego.
Ryzyko, jakie ze sobą niesie uprawianie sportów górskich, jest – jak sądzę – bezdyskusyjne. Stąd dotychczasowy wymóg kształcenia na kursach instruktorskich i trenerskich organizowanych przez uczelnie AWF oraz Polski Związek Alpinizmu. Czy konieczne są tu aż uprawnienia państwowe? Zapewne nie, choć moja odpowiedź byłaby bardziej zdecydowana, gdyby pytanie padło w kraju, w którym hasło „Polak potrafi” nie jest zasadą działania. Jeszcze w czasie, gdy instruktor sportu należał do grupy zawodów regulowanych, zdarzały się wypadki, w tym śmiertelne, spowodowane brakiem kompetencji osób podających się za szkoleniowców. Co więcej, nie do końca wierzę we wszechmocny rynek, gdyż moim zdaniem w usługach szkoleniowych prym wiedli będą sprawniejsi marketingowcy aniżeli profesjonalni trenerzy i instruktorzy.