Wojsko zaostrza wymagania dla kandydatów na żołnierzy. To efekt zbyt wielu chętnych do służby. Armia zwiększa wymagania, ale też wprowadza kolejne przywileje, jak np. prawo do urlopu ojcowskiego lub możliwość pozostania w służbie mimo niezaliczenia zajęć fizycznych. Takie propozycje znalazły się w projekcie założeń do nowelizacji ustawy o służbie wojskowej żołnierzy zawodowych. Właśnie trafiły do konsultacji.

Tylko magister

Od dwóch lat mamy wyłącznie armię zawodową. Zanim została utworzona, wojsko na gwałt szukało chętnych. Niepewność, czy ich znajdzie, była tak duża, że w efekcie obniżono wymagania dla kandydatów. Zrobiono to mimo otwartej krytyki m.in. ze strony generała Stanisława Kozieja, obecnego szefa biura bezpieczeństwa narodowego. Obecnie więc podoficerem może zostać kandydat po szkole średniej, ale bez matury. Do stopnia kapitana można dojść w wojsku z licencjatem. Natomiast od majora do generała ostatecznie pozostawiono wykształcenie wyższe magisterskie.

Teraz Ministerstwo Obrony Narodowej (MON) proponuje zmianę i powrót do części rozwiązań, które obowiązywały trzy lata wcześniej.

– Wszyscy oficerowie będą musieli mieć wykształcenie wyższe II stopnia, czyli tzw. magisterium. Mamy tylu chętnych, że należy podwyższać dla nich wymagania – mówi gen. dyw. Bogusław Pacek, radca ministra obrony narodowej.

Tłumaczy, że o taką zmianę wnioskowały również wojskowe uczelnie wyższe. Mają w tym swój cel. Wiele osób kończyło naukę, zdobywając tytuł licencjata, bo wiedziało, że to wystarczy do uzyskania stopnia oficerskiego. Wprowadzenie wymogu posiadania tytułu magistra spowoduje, że więcej osób będzie kontynuowało naukę. A to zysk dla uczelni.

Zmiany czekają również osoby służące w innych formacjach mundurowych, np. w policji, Straży Granicznej czy też Państwowej Straży Pożarnej. Jeżeli wejdą w życie, to nie mają one co liczyć, że bezpośrednio po przejściu do wojska zostaną tam na stałe. Resort obrony narodowej proponuje, aby mogły one wstępować do armii, ale wyłącznie na okres próbny do służby kontraktowej. Dopiero po 18 miesiącach dowódca zdecyduje o ich przyjęciu na stałe.

Większa dyspozycyjność

Zaostrzenie wymogów proponowane jest również wobec żołnierzy kontraktowych. Zasilają oni przede wszystkim korpus szeregowych. Aby trafić do służby stałej, muszą awansować do korpusu podoficerów. Zgodnie z obowiązującymi przepisami kontraktowi mogą maksymalnie służyć do 12 lat. Pierwsza umowa zawierana jest z nimi przez wojsko na okres 18 miesięcy.

Zgodnie z założeniami do projektu, na kolejny kontrakt będą mogli liczyć jedynie ci, którzy będą mieli co najmniej dobrą ocenę służbową. Co więcej, tylko najlepsi z nich pozostaną w armii dłużej niż 12 lat.

Dodatkowo dowódca bez zgody żołnierza kontraktowego będzie mógł go wyznaczyć na inne stanowisko, niż przewiduje to umowa. Obecnie tylko za obopólną zgodą jest to możliwe. Okazuje się, że wątpliwości, czy wbrew postanowieniom kontraktu można zmienić warunki służby, ma nawet departament prawny MON.

– Musimy się jeszcze raz pochylić na tą propozycją, ale wydaje się, że każda zmiana stanowiska, jeśli np. wynika z niezdolności do służby lub likwidacji etatu, powinna wiązać się z aneksem do umowy zawartej z żołnierzem – mówi Mariuszu Tomaszewski, zastępca dyrektora departamentu prawnego MON.

Niezależnie od tej zmiany resort proponuje kontraktowym żołnierzom dofinansowanie na przekwalifikowanie w sytuacji, gdy będą odchodzić z armii. Na wsparcie będzie mógł liczyć każdy, który ma za sobą dziewięć lat służby. Obecnie jest to możliwe po 12 latach (więc nie obejmuje kontraktowych). Pomoc od wojska ma wynieść 75 proc. najniższego uposażenia żołnierza zawodowego. W efekcie planowanej lipcowej podwyżki (o 300 zł) odchodzący z armii dostaną 2,1 tys. zł dofinansowania.