W niepewnym gospodarczo czasie pracodawcy będą sięgać raczej po umowy cywilnoprawne, które – w razie potrzeby – można szybciej i łatwiej wypowiedzieć – uważają eksperci. Na dodatek zatrudnieni na tych ostatnich mogli liczyć na hojne wsparcie od państwa – postojowe, zwolnienia ze składek ZUS, bezzwrotne pożyczki.

– To zachęca do podejmowania pracy na tej podstawie, a nie na etacie. Wywołuje to wrażenie, że tylko głupcy wybierają etat, bo przecież płacą wyższe składki – wskazuje Andrzej Radzikowski, przewodniczący OPZZ.

Także poprzednie zmiany w prawie, np. wprowadzenie minimalnej stawki godzinowej lub małego ZUS, usankcjonowały nieetatowe kontrakty.

– Umowy śmieciowe są coraz mniej śmieciowe – uważa prof. Ryszard Szarfenberg z Wydziału Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego, specjalizujący się w polityce społecznej.

Widoczny trend

Umów cywilnoprawnych przybywało jeszcze przed tegorocznym kryzysem. W 2018 r. (ostatni rok, za który GUS opublikował dane) wyłącznie na zleceniu lub dziele pracowało 1,3 mln osób, czyli o 8,3 proc. więcej niż rok wcześniej. Identycznie wzrosła też liczba samozatrudnionych. Teraz ten trend może się pogłębić.

– W okresie koniunktury i braku rąk do pracy firmy oferowały lepsze warunki zatrudnienia. Kryzys te proporcje zmieni. Rośnie ryzyko działalności gospodarczej, m.in. z powodu braku ciągłości zleceń – tłumaczy Jeremi Mordasewicz, doradca zarządu Konfederacji Lewiatan.

Podkreśla, że niepewność przyszłości wymusza na przedsiębiorcach zatrudnienie na bardziej elastycznych umowach niż te o pracę.

– Dotyczy to w szczególności małych firm, branży usługowej, z wyższym udziałem kosztów pracy i większymi problemami z zapewnieniem ciągłości działania. W kryzysie nie będzie przyzwolenia na kolejne etaty, które w Polsce są bardzo „sztywne” i znacznie trudniej wypowiedzieć je niż kontrakty cywilnoprawne – dodaje.

Podczas kryzysu pracodawcy będą chętniej sięgać po umowy śmieciowe, bo można je łatwiej wypowiedzieć niż etat

Na tę tendencję może też wpłynąć zmieniająca się opinia na temat niepracowniczego zatrudnienia. Nie można pominąć tu roli tarczy antykryzysowej, na której wyraźnie zyskali zatrudnieni na umowach cywilnoprawnych i ci z własną firmą. Mieli prawo np. do trzykrotnego postojowego w łącznej wysokości 6,24 tys. zł. Samozatrudnieni mogą też liczyć na bezzwrotną pożyczkę w wysokości 5 tys. zł i zwolnienie ze składek przez trzy miesiące. Niektóre z takich osób mogły więc w łatwy sposób zaoszczędzić ok. 15 tys. zł.

W przypadku pracowników tarcza nie przewidziała tego typu świadczeń. Firma może pobierać dopłaty do ich pensji, aby zachować ich miejsca pracy, ale przysługują one też na zleceniobiorców i samozatrudnionych. Na dodatek dofinansowanie wiąże się najczęściej z obniżeniem wymiaru czasu pracy i wynagrodzenia, więc podwładni właściwie współfinansują z firmą skutki kryzysu (bez gwarancji, że po zakończeniu dopłat zachowają etat). Co więcej tarcza 4.0 (czyli ustawa z 19 czerwca 2020 r. o dopłatach do oprocentowania kredytów bankowych udzielanych przedsiębiorcom dotkniętym skutkami COVID-19 oraz o uproszczonym postępowaniu o zatwierdzenie układu w związku z wystąpieniem COVID-19 – Dz.U. poz. 1086) wprowadziła m.in. limity odpraw i umożliwiła ograniczanie świadczeń socjalnych (co uderza w szczególności w zatrudnionych na umowach o pracę).

– Te działania ustawodawcy można oczywiście uzasadnić. Zatrudnionym na umowach cywilnoprawnych nie przysługuje ochrona jak na etacie, np. okres wypowiedzenia umowy, więc w razie problemów firm mogli oni szybko tracić źródło zarobkowania. Dlatego tarcza przewidziała dla nich specjalne świadczenie. Ale ubocznym skutkiem jest wrażenie, że takie kontrakty to zwykła, równoprawna forma zatrudnienia – zauważa Ryszard Szarfenberg.

Podkreśla, że kolejnym trendem wywołanym przez tarczę może być częstsze zatrudnienie na niepełny etat. – Jeśli okaże się, że w okresie pobierania dopłat do pensji pracownicy z obniżonym wymiarem czasu pracy w praktyce radzili sobie z wykonywaniem swoich dotychczasowych obowiązków, niepełne etaty mogą zostać na dłużej. W trudnej sytuacji na rynku pracy zatrudnieni mogą się na to godzić – dodaje.

Zdaniem związkowców specustawa antykryzysowa ewidentnie zachęca do zatrudnienia nieetatowego. – Zaoszczędzenie kilkunastu tysięcy złotych przemawia do wyobraźni zarobkujących. Moim zdaniem rząd świadomie wprowadził rozwiązania, które zniechęcają do umów o pracę – uważa Andrzej Radzikowski.

Dłuższa tradycja

Także wcześniejsze zmiany w prawie, wprowadzone jeszcze przed okresem pandemii, usankcjonowały zatrudnienie nieetatowe. Dobrym przykładem jest minimalna stawka godzinowa dla samozatrudnionych i zleceniobiorców (17 zł w 2020 r.). Przyjęcie takich przepisów nie tylko chroni pracujących na kontraktach cywilnoprawnych, lecz jednocześnie potwierdza, że te ostatnie są zwykłą, dozwoloną formą zatrudnienia. Firmy powołują się na to, gdy np. Państwowa Inspekcja Pracy rekomenduje im zastępowanie zleceń etatami. W 2014 r. po interwencji PIP umowy o pracę otrzymało 7,5 tys. osób, w 2018 r. – 5,6 tys., a w 2019 r. – już tylko 3,8 tys. Tego typu regulacji jest więcej.

– Chodzi np. o mały ZUS, dzięki któremu mikroprzedsiębiorcy oszczędzają na składkach. Obecny rząd uważa się za propracowniczy, ale w praktyce robi, co może, żeby obniżyć wpływy do systemu ubezpieczeń społecznych. I po latach promowania niestandardowych form zarobkowania i oskładkowania nie będzie z czego wypłacać świadczeń. A pracownikom odmawia się emerytur stażowych, choć przez całe lata odkładali rzetelnie pieniądze – podkreśla Andrzej Radzikowski.

Te wszystkie elementy powoli zmieniają społeczną ocenę podstaw zatrudnienia.

– Kontrakty cywilnoprawne nie zawsze są oceniane negatywnie, jako ewidentnie gorsza forma zarobkowania niż etat. Młodzi ludzie akceptują je, uważają za zwykły element rynku pracy. Pamiętajmy, że w poprzednich dekadach mówiło się wiele o tym, że pracownik musi być elastyczny. Zatrudnieni na tę elastyczność więc się godzą i starają się osiągać z niej korzyści. Coraz powszechniejsze jest np. łączenie etatu z dodatkowymi zleceniami lub niewielką działalnością gospodarczą – tłumaczy prof. Szarfenberg.

Wszystko wskazuje więc na to, że szumne zapowiedzi likwidacji umów śmieciowych, przedstawiane w kolejnych kampaniach wyborczych, nie będą zrealizowane. Wciąż wywołują wiele nierozwiązanych problemów, w szczególności w zakresie systemu ubezpieczeń społecznych, ale w praktyce na trwałe wpisały się w rynek pracy. W najbliższych latach to na pewno się nie zmieni.