Przepisy gwarantujące minimalną stawkę godzinową zleceniobiorcom i samozatrudnionym miały ułatwić inspekcji pracy walkę z nadużywaniem kontraktów cywilnoprawnych. Skoro zobowiązują one do potwierdzania godzin pracy, to PIP łatwiej może wykazać stabilność zatrudnienia i domagać się zawarcia umów o pracę (a nie zlecenia). Pierwszy rok obowiązywania wspomnianych regulacji potwierdził te prognozy. W 2017 r. liczba osób, które po interwencji PIP otrzymały umowy o pracę, wzrosła aż o 89 proc. (z 9 tys. do 17 tys.). Nie jest to jednak stała tendencja. W 2018 r. było ich już tylko 6,5 tys. (2,5 razy mniej niż rok wcześniej). Okazuje się zatem, że nowe przepisy nie mają większego wpływu na kwestionowanie cywilnoprawnego zatrudnienia. Przedsiębiorcy nadal mogą je stosować bez szczególnych obaw o skutki ewentualnej kontroli PIP.

Wiele przyczyn

– Możliwe, że odnotowany w 2017 r. wzrost wynikał z tzw. efektu świeżości. Inspekcja i pracodawcy byli wyczuleni na przepisy, które właśnie weszły w życie. Po analizie informacji o godzinach pracy np. zleceniobiorców niektóre firmy mogły też samodzielnie uznać, że zaoferują im umowy o pracę – tłumaczy Adam Kraszewski, radca prawny z kancelarii Gessel.

Podkreśla, że przekształcanie kontraktów wymusza też rynek. Coraz częściej brakuje rąk do pracy, więc firmy same oferują korzystniejsze warunki zatrudnienia (np. umowy o pracę zamiast cywilnoprawnych). Potwierdzają to dane statystyczne. W III kw. 2018 r. na czas nieokreślony było zatrudnionych rekordowe 10,1 mln osób, czyli o 363 tys. więcej niż rok wcześniej (i o 690 tys. więcej niż w III kw. 2016 r.).

– Trzeba też pamiętać, że możliwości nadzoru ze strony PIP są ograniczone. Dokłada się jej wciąż nowe zadania, np. obowiązek kontroli przestrzegania zakazu handlu w niedzielę oraz przepisów o PPK. Być może na tych nowych obowiązkach skupiła się szczególna uwaga inspektorów – dodaje mec. Kraszewski.

Wiele firm obawiało się jednak, że dzięki nowym przepisom inspektor pracy – w razie wizyty w firmie – będzie mógł łatwiej kwestionować stosowanie umów cywilnoprawnych i zalecać ich przekształcenie. Wystarczy, że sprawdzi zaewidencjonowane godziny pracy, z których będzie wynikać, że zleceniobiorca wykonuje swoje obowiązki w firmie codziennie np. w godz. 8–16 (czyli tak jak pracownicy). A skoro świadczy zadania w siedzibie przedsiębiorstwa, w stabilnie określonych godzinach, to łatwej jest wykazać, że wykonuje je w warunkach charakterystycznych dla umowy o pracę, a nie cywilnoprawnej. Dlatego niektórzy przedsiębiorcy starali się tak wypełniać nowe obowiązki związane z zapewnieniem stawki godzinowej, aby nie sugerowały one konieczności przekształcenia kontraktów (np. nieformalnie wymuszali, aby zleceniobiorcy wskazywali niestandardowe godziny pracy w danych dniach; np. w poniedziałek godz. 6 –16, a we wtorek w godz. 13–18). Inni z kolei dokonywali przeglądu zawieranych kontraktów cywilnoprawnych i starali się z nich usuwać jakiekolwiek elementy, które mogłyby świadczyć o tym, że mają charakter umów o pracę (np. prawo do dni wolnych od pracy, czyli de facto urlopu).

– Problem z nadużywaniem kontraktów cywilnoprawnych wynika przede wszystkim z niewiedzy. Większość pracodawców sądzi, że jest to rodzaj umowy o pracę. Wprowadzony niedawno obowiązek ewidencjonowania godzin pracy umacnia to mylne przekonanie – wskazuje prof. Monika Gładoch, radca prawny z kancelarii M. Gładoch Specjaliści Prawa Pracy.

Dlatego jej zdaniem najskuteczniejszym sposobem ograniczenia takiego zatrudnienia jest przekazywanie informacji w tym zakresie i zachęcanie do zawierania umów o pracę. – Korzyści finansowe ze stosowania np. zleceń obecnie są już niewielkie, więc przekonanie firm do wprowadzania umów o pracę nie byłoby bardzo trudne. Problemem jest raczej to, że sami zatrudnieni wolą często kontrakt cywilnoprawny, w szczególności jeśli np. chcą uniknąć potrąceń komorniczych – dodaje prof. Gładoch.

Jest lepiej

Z danych PIP za 2018 r. wynika też, że sami przedsiębiorcy przyzwyczaili się już do przepisów o stawce godzinowej. Wciąż zdarzają się przypadki np. potrącania z niej kosztów wypożyczenia sprzętu lub odzieży roboczej (w ten sposób firmy w praktyce starają się zaniżyć ustawowe minimum). W ubiegłym roku zmniejszyła się jednak liczba zatrudniających, którzy zapewnili wypłatę stawki dopiero po interwencji PIP. W 2017 r. wyegzekwowano w ten sposób 3 mln zł dla 3 tys. zatrudnionych, a w 2018 r. – już tylko 1 mln zł dla 1,3 tys. osób.

– Wpływ na to miała zapewne kampania informacyjna PIP, która zapowiadała, że nadzór nad przestrzeganiem przepisów o stawce będzie jednym z priorytetów inspekcji – podkreśla Andrzej Radzikowski, wiceprzewodniczący OPZZ.

Z kolei pracodawcy podkreślają, że uczciwe firmy nie mają zastrzeżeń do nadzoru ze strony PIP, bo zapewnia on równą konkurencję na rynku. Ogranicza przypadki, gdy dany podmiot zyskuje przewagę np. poprzez zaniżanie minimalnej stawki godzinowej.

źródło: DGP

– Ważne jednak, aby kontrole nie utrudniały działalności firm – wskazuje Jeremi Mordasewicz, doradca zarządu Konfederacji Lewiatan.

Podkreśla, że wyraźnie należy odróżniać poszczególne przypadki. – Pracodawca może nieświadomie naruszyć nowe przepisy, bo zmiany prawa są bardzo częste. Zupełnie inaczej należy ocenić sytuację, gdy firma w sposób stały i przemyślany zaniża gwarantowaną przepisami pensję, stosując np. potrącenia za wypożyczenie sprzętu lub odzieży roboczej – podsumowuje Jeremi Mordasewicz.