Pracownicy budżetówki doskonale zdają sobie sprawę, że tylko w roku wyborów parlamentarnych mogą wywalczyć o większe podwyżki. Zaczęło się od policji, która ograniczyła liczbę wypisywanych mandatów (i tym samym wpływy do budżetu), a później masowo zaczęła wykorzystywać zwolnienia lekarskie. Rząd ugiął się pod presją. W ślad za funkcjonariuszami poszli urzędnicy, którzy zajmują się obsługą sądów i prokuratur. Ich nieobecność w pracy sparaliżowała funkcjonowanie wielu jednostek. Od poniedziałku do protestu zamierzają przystąpić członkowie korpusu służy cywilnej, a kolejni pracownicy budżetówki się do niego szykują.

Ruszają z terenu

Średnia pensja w służbie cywilnej wynosi 5,5 tys. zł brutto, ale po zagłębieniu się w siatkę płac widać, że rozpiętość między wynagrodzeniami jest kolosalna. Pensja dyrektora w urzędzie to średnio 12 tys. zł, a specjalisty – 4,8 tys. zł. Najgorzej zarabia się w urzędach wojewódzkich oraz innych instytucjach administracji zespolonej i niezespolonej, która znajduje się w terenie. I to w tych instytucjach w pierwszej kolejności ma ruszyć akcja protestacyjna. Członkowie korpusu służby cywilnej nie mogą strajkować, ale już chorować i nosić kamizelki – owszem.

Rząd w tym roku chce odmrozić – po 10 latach – kwotę bazową i podnieść ją o 2,3 proc., a dla urzędów wojewódzkich dodatkowo zwiększyć fundusz wynagrodzeń o 4 proc. Większości pracowników podwyżki te jednak nie satysfakcjonują.

Żądamy tysiąc złotych podwyżki dla każdego urzędnika – mówi Elżbieta Kurzępa, szefowa NSZZ „Solidarność” w Lubelskim Urzędzie Wojewódzkim. – Od poniedziałku przez kilka dni w pracy będziemy nosić kamizelki odblaskowe z napisem: „Godna praca – dość jałmużny”. Szacujemy, że przyłączy się większość urzędów wojewódzkich. Z całej Polski dzwonią urzędnicy z administracji rządowej i pytają nas o planowany protest – mówi. Wyjaśnia, że w ten sposób protestujący chcą zwrócić uwagę na niskie zarobki i odpływ urzędników.

Z ostatniego raportu o służbie cywilnej wynika, że właśnie w Lubelskim Urzędzie Wojewódzkim płace są najniższe wśród tego typu jednostek. Wynagrodzenie zasadnicze wynosi tam 2,8 tys. zł.

– Ludzie są mocno wzburzeni, bo odmrożenie kwoty bazowej dla wielu urzędników oznacza podwyżkę na poziomie 60 zł brutto, czyli 40 zł na rękę. Największe niepokoje są w Lublinie i Olsztynie – mówi Wojciech Pleciński, wiceprzewodniczący Sekcji Branżowej Pracowników Administracji Państwowej i Urzędów Centralnych NSZZ „Solidarność” Region Mazowsze, a także urzędnik resortu pracy.

Dodaje, że akcję nieformalnie wspiera wielu wojewodów, bo przez niskie zarobki i niewystarczający fundusz wynagrodzeń odpływają od nich specjaliści.

Z naszych informacji wynika, że do protestu ma przystąpić 12 z 16 urzędów wojewódzkich. Część z nich uzależnia decyzję od tego, jak wojewodowie podzielą środki na podwyżki. Bo o ile wzrost o 2,3 proc. jest automatyczny dla wszystkich, o tyle już w przypadku funduszu wynagrodzeń decyduje dyrektor generalny. W efekcie pieniądze mogą pójść na wzrost płac dla urzędników, nagrody lub na etaty.

Gotowi także w stolicy

Wszystko wskazuje na to, że protest żółtych kamizelek dotrze też do ministerstw. Choć średnie wynagrodzenie zasadnicze w poszczególnych resortach to ponad 5 tys. zł, a z dodatkami nawet ponad 8 tys. zł, tam również są duże różnice w zarobkach. Na przykład w resorcie finansów, który jest w czołówce pod względem płac, związki są w sporze z dyrektorem generalnym. – Urzędnicy tego ministerstwa mają pretensje, że na podobnych stanowiskach jest ogromna przepaść płacowa. A średnią zawyżają kierownicy – mówi Wojciech Pleciński.

Związkowcy pracujący w poszczególnych resortach mają rozmawiać z Elżbietą Rafalską, minister rodziny, pracy i polityki społecznej. Spotkanie zaplanowano na 24 stycznia. Po tym terminie ma ruszyć ewentualna akcja protestacyjna.

Członkowie związków przewidują, że urzędniczy protest będzie się rozprzestrzeniał w całej budżetówce. Już szykują się do niego m.in. pracownicy regionalnych izb obrachunkowych – kontrolerzy i pracownicy merytoryczni, których zarobki są na poziomie 3,9 tys. zł brutto. Dla porównania członkowie kolegium zarabiają ponad 8 tys. zł.

– Jesteśmy zdeterminowani, bo za tak odpowiedzialną pracę otrzymujemy tak słabe wynagrodzenie – mówi jeden z poznańskich kontrolerów (organizator akcji protestacyjnej).

Nauczyciele też na żółto

W proteście chcą wziąć udział również nauczyciele. Już w ubiegły czwartek cały 70-osobowy zarząd Związku Nauczycielstwa Polskiego założył żółte kamizelki na spotkanie z szefową MEN Anną Zalewską. – Strajk w oświacie jest nieunikniony. Najpierw jednak chcemy zwrócić uwagę uczniów i rodziców na problem naszych niskich zarobków. W tym celu nauczyciele będą w czasie pracy nosić żółte kamizelki – mówi Sławomir Broniarz, prezes ZNP. I zapowiada, że za kilka dni pedagodzy w takich strojach będą w każdej szkole i przedszkolu.

ZNP w dalszym ciągu domaga się 1 tys. zł podwyżki dla wszystkich nauczycieli z wyrównaniem od stycznia 2019 r. Anna Zalewska proponuje matomiast od września dodatek dla stażystów, tzw. dodatek na start, więcej godzin płatnych do dyspozycji dyrektora, dodatek za wyróżniającą pracę dla wszystkich pracowników, a nie tylko nauczycieli.

– Minister obiecała, że na kolejnym spotkaniu przedstawi propozycje podwyższenia płac. Otrzymaliśmy informacje, że mają one kosztować dodatkowo 2 mld zł, ale żadnych konkretów na piśmie nie dostaliśmy. Dlatego ZNP i nasza organizacja wchodzą w spór zbiorowy z dyrektorami szkół – mówi Sławomir Wittkowicz, przewodniczący Branży Nauki, Oświaty i Kultury w Forum Związków Zawodowych.