Tegoroczna kampania przed wyborami do Sejmu będzie licytacją planów zwiększania zarobków. Trzeba przyznać, że zarówno Prawo i Sprawiedliwość, jak i Platforma Obywatelska dość trafnie rozpoznały problem. Polska ma kłopot z nierównościami płacowymi, o czym świadczą choćby dane OECD. Pensje niższe od średniej krajowej rosną wolniej niż najwyższe zarobki. Jeśli jeszcze dodać do tego, że w statystykach udziału płac w PKB wleczemy się w ogonie Unii Europejskiej, widać, że nasi rodacy mogą mieć rację, sądząc, że zarabiają zbyt mało w stosunku do tego, ile pracują.
Politycy, rozpoczynając rywalizację pomysłami na podwyżki płac, chcą zapewne odpowiedzieć na tego typu społeczne nastroje. Praca ma się bardziej opłacać. Takie „dopieszczanie” pracujących może mieć kilka zalet, np. zachęcać do podejmowania legalnego zatrudnienia przez tych, którzy dziś lawirują gdzieś na pograniczu oficjalnej gospodarki i szarej strefy. Jeśli wychodzimy z założenia, że przed wyborami ludziom trzeba coś dać, to ma też sens stwierdzenie, że przy stosunkowo niskim poziomie aktywności zawodowej stymulowanie wzrostu płac jest lepszym wyjściem niż kolejne zwiększanie transferów socjalnych. Bo nawet jeśli rozdawanie pieniędzy w postaci jakichś dodatków nie pozbawia firm pracowników, to im też zapewne nie pomaga specjalnie w ich pozyskiwaniu.
Zanim jednak główni polityczni rywale staną w blokach startowych do wyścigu o pracownicze dusze, muszą sobie uświadomić, że nie będzie to sprint, tylko raczej bieg z przeszkodami na dystansie trudnym dziś do sprecyzowania.
Reklama
Najważniejsza z tych przeszkód to konieczność uczciwej odpowiedzi na pytanie: skąd wziąć pieniądze? Można oczywiście założyć, że przy utrzymującej się budżetowej nadwyżce i rekordowo niskim deficycie finansów publicznych po prostu nas na to stać. Ot, do budżetowego wora trafiło ostatnio więcej pieniędzy, więc jest co dzielić. Ale takie rozumowanie to ślepa uliczka.
Bo kłopot w tym, że w nasz system finansów publicznych wbudowany jest mechanizm nazywany regułą wydatkową. To wzór, na podstawie którego Ministerstwo Finansów ustala, ile pieniędzy w danym roku można wydać w całym sektorze finansów publicznych. MF bierze przy tym pod uwagę tempo wzrostu gospodarczego, cel inflacyjny Narodowego Banku Polskiego oraz – co w tym przypadku szczególnie ważne – dyskrecjonalne zwiększenie lub zmniejszenie dochodów. Czyli takie, które nie jest pokłosiem stanu gospodarczej koniunktury, a efektem konkretnych działań, na przykład poprawy ściągalności podatków (dochód w górę) albo zafundowania podatnikom nowych ulg (dochód w dół).

Reklama
Niezależnie od formuły wsparcia niskich płac, na jaką zdecydują się obie partie, nie ulega wątpliwości, że będziemy mieli do czynienia ze stałym systemowym zmniejszeniem wpływów do budżetu. Bo czy to będzie podniesienie kwoty wolnej do 8 tys. zł dla wszystkich zarabiających nie więcej niż średnią krajową, czy dodatkowa niska stawka podatku dla takich osób, czy też może kredyt podatkowy dla płac od minimalnej do średniej (nazywany dopłatą do niskich płac), wynik zawsze będzie ten sam: państwowa kasa dostanie mniej pieniędzy. W takim przypadku mechanizm reguły wydatkowej zadziała jak bezpiecznik i limit wydatków będzie musiał być obniżony proporcjonalnie do skali zmniejszenia dochodów. Czyli, mówiąc krótko, trzeba będzie komuś zabrać, by wesprzeć mało zarabiających.
Co gorsza, założenie, że dzięki obniżce podatków od pensji gospodarka przyspieszy w wyniku zwiększonej konsumpcji i jeszcze zapewni dodatkowe wpływy z VAT, też jest karkołomne. Konsumpcja może i wzrośnie, zwłaszcza że impuls będzie adresowany do osób, które zarabiają niewiele i mają skłonność raczej do wydawania niż oszczędzania. Ale zmniejszenie wydatków publicznych ograniczy popyt krajowy w innych sferach, na przykład w inwestycjach. W efekcie, jeśli w ogóle uda się uzyskać przyspieszenie wzrostu gospodarczego, to będzie ono niestabilne i krótkotrwałe.
No dobrze, powie ktoś – po co nam ta reguła wydatkowa? Czy nie lepiej z niej zrezygnować i ułatwić sobie realizację szczytnego celu, jakim jest podniesienie zarobków?
Tak, to teoretycznie możliwe i – biorąc pod uwagę sposób prowadzenia polityki w ostatnich latach – prawdopodobne. Tyle że w takim scenariuszu Polska zafundowałaby sobie szybki wzrost deficytu strukturalnego. To wynik finansów publicznych liczony bez uwzględnienia wpływu koniunktury gospodarczej. Miara ich stabilności i odporności na kryzys. Według zaleceń Komisji Europejskiej – z którymi zresztą polski rząd się zgadza – nasz deficyt strukturalny powinien wynosić około 1 proc. PKB. Wtedy na wypadek zawirowań, które skutkowałyby spadkiem dochodów z podatków, dziura w finansach mogłaby bezpiecznie się zwiększyć i nadal byłaby pod kontrolą. Tymczasem polski deficyt strukturalny wynosi około 2 proc. PKB i na tym poziomie utrzymywał się przez ostatnie kilka lat. To i tak sukces, jeśli weźmiemy pod uwagę skalę kosztów realizacji obietnic wyborczych obecnego rządu – sam program „Rodzina 500 plus” to trwały wzrost wydatków o około 23 mld zł. Udało się go jednak pokryć systemowym zwiększeniem dochodów, m.in. dzięki poprawie ściągalności podatków. Ale teraz trudno będzie o powtórkę, bo potencjał do dalszego zagęszczania podatkowego sita jest już mocno ograniczony, co widać choćby po słabnącej dynamice wzrostu dochodów z VAT. A zwiększenie deficytu strukturalnego nie umknęłoby uwadze nie tylko Komisji Europejskie, ale również innych instytucji międzynarodowych i inwestorów kupujących na co dzień rządowe obligacje.
Stymulowanie wzrostu płac jest lepszym wyjściem niż zwiększanie transferów socjalnych