Telepraca miała być wybawieniem. Dla wielu stała się jednak koszmarem. Zwłaszcza w takim kraju jak Polska.
Dwoje socjologów i kulturoznawca podjęli się opisania świata polskiej telepracy – wykonywania zawodowych obowiązków „po nowemu”, to znaczy bez konieczności wychodzenia z domu. Telepraca ma teoretycznie wiele zalet. Nie traci się czasu na dojazdy (to ważne w kontekście marnej komunikacji publicznej w wielu polskich miastach). Dostajemy też obietnicę pełnej koncentracji na wykonywanym zadaniu (żadnych bezsensownych pogaduszek i towarzyskiej prokrastynacji). No i oczywiście ma nam umożliwić godzenie obowiązków domowo-rodzicielskich z zawodowymi. Nie trzeba wydawać pieniędzy na nianię, która odbierze dziecko z placówki opiekuńczej (te publiczne zamykają się najpóźniej o godz. 18). Słowem: same plusy. Telepraca to praca XXI wieku! Klasa pracownicza umarła, niech żyje klasa kreatywna! Tak miało być, ale wyszedł z tego niezły bigos.
Warto czytanie tej książki zacząć od obejrzenia fotografii. Nie ma ich wiele (a szkoda), nie są też jakoś super hiperefektowne, ale za to dają do myślenia. I tak na stronie 111 mamy ułożonego na kolanach laptopa. Jeden służy do pracy nad brzegiem jeziora. Na drugim pracuje kobieta w wygodnej pozycji horyzontalnej. Jak się zdaje – na wygodnej kanapie. Te obrazki to potoczne wyobrażenie na temat telepracy. Praca jako łączenie przyjemnego z pożytecznym. Leżę sobie na łonie natury, mam we włosach wiatr i jeszcze mi za to płacą.