Świat cierpi na deficyt autorytetów? Możliwe, ale rynek nie znosi próżni. Miejsce po autorytetach wypełnił „coachami”. I nie trzeba nad tym załamywać rąk
Na jednym ze stolików baru sportowego Old Pro w kalifornijskim miasteczku Palo Alto widnieje pamiątkowa tabliczka z napisem „Kącik Coacha”. Człowiek, na którego cześć ją tam umieszczono, uwielbiał przy nim przesiadywać. Zamawiał piwo, przekąskę, oglądał relacje sportowe i spokojnie czekał na... interesantów. Przychodzili zawsze wcześniej, niż byli umówieni, licząc, że uszczkną trochę więcej z jego czasu, niż było to zaplanowane. Spotkanie z nim mogło odmienić ich życie, przynajmniej to zawodowe. Bill Campbell (zmarł w kwietniu zeszłego roku) uchodził bowiem w końcu za jednego z najlepszych coachów w historii współczesnego biznesu. Cała Dolina Krzemowa mówiła nań po prostu „Coach”. Trener. Słysząc to słowo, każdy wiedział, o kogo chodzi.
Kim jednak byli wspomniani interesanci, którzy w takim pośpiechu prosto od drzwi podbiegali do jego stolika? Młodymi właścicielami start-upów liczącymi na dorobienie się miliardów śladem Marka Zuckerberga? Zdarzali się i tacy. Częściej jednak byli to już bogaci i ustawieni menedżerowie któregoś z informatycznych gigantów. Mieli do Old Pro blisko: w Palo Alto mieszczą się kwatery główne takich firm jak Hewlett Packard, Tesla, Skype. Niedaleko stąd do siedziby Facebooka w Menlo Park, Google’a w sąsiednim Mountain View czy do biur koncernu Apple w Cupertino, a przede wszystkim zaledwie 2 km do domu Steve’a Jobsa. Dlaczego to ważne? Do Old Pro Jobs mógł przejść się piechotą, bez konieczności wsiadania do swojego srebrnego mercedesa SL55 AMG. Campbell bowiem był także jego coachem.