Polska zdecydowanie opowiada się za wyłączeniem z dyrektywy o delegowaniu pracowników transportu, a także domaga się dłuższego okresu przejściowego na przystosowanie się do nowych przepisów.
Reklama



Wczoraj rada UE ds. zatrudnienia, polityki społecznej, zdrowia i ochrony konsumentów pracowała nad projektem zmian w dyrektywie o delegowaniu pracowników. Przewiduje on wprowadzenie m.in. zasady równiej płacy za tę samą pracę w tym samym miejscu. Obecnie dyrektywa gwarantuje pracownikom oddelegowanym jedynie minimalną pensję.
Projekt zmian w dyrektywie został skrytykowany przez polski rząd, a także wiele innych państw członkowskich.
– Zależy nam na jasności i pewności prawnej tak, aby przyjęte rozwiązania były zrozumiałe i możliwe do stosowania dla przedsiębiorców wysyłających pracowników za granicę. Dlatego zabiegamy o pięcioletni okres przejściowy, w którym nowe przepisy nie będą stosowane. W tym czasie firmy będą miały czas zapoznać się z nowymi rozwiązaniami – wskazywała Elżbieta Rafalska, minister rodziny, pracy i polityki społecznej.
Domagała się też utrzymania 24-miesięcznego okresu delegowania.
– Konieczne jest doprecyzowanie pojęć, np. zdefiniowanie miejsca pracy po to, aby firmy wiedziały, jak mają obliczać okres delegowania. Jest to szczególnie ważne w przypadku zastępowania pracowników – dodała. Ponadto w ocenie Elżbiety Rafalskiej przedsiębiorstwa nie powinny ponosić odpowiedzialności za braki na stronach internetowych poszczególnych państw, gdzie mają znaleźć się zasady delegowania do danego kraju. – Odpowiedzialność pracodawcy powinna być współmierna do jego zawinienia – dodała minister.
Zdecydowanie opowiedziała się również za wyłączeniem transportu (w tym kabotażu i tranzytu) z dyrektywy o delegowaniu pracowników.
Skrajnie inne propozycje miały państwa starej Unii. Francja domagała się m.in. ograniczenia delegowania do 12 miesięcy.
– Delegowanie to zajęcie tymczasowe. Po roku pracy nie możemy mówić o jej tymczasowości – uzasadniała Muriel Penicaud, minister pracy Francji. – Nie do przyjęcia jest rozwiązanie, aby okres przejściowy na wdrożenie unijnych przepisów trwał aż pięć lat, tak jak to proponują niektóre państwa członkowskie. Powinniśmy być poważni w stosunku do naszych obywateli – wskazywała.
Francja chce, aby okres przejściowy na wdrożenie znowelizowanych zapisów dyrektywy trwał zaledwie dwa lata, a dyrektywa powinna mieć zastosowanie do wszystkich sektorów, także transportu. – Jesteśmy jednak gotowi uwzględnić argumentację innych krajów, aby dojść do porozumienia – podkreśliła Muriel Penicaud.
Wczoraj państwa członkowskie szukały kompromisu. W trakcie obrad zostało zaprezentowanych kilka wersji zmian w projekcie. Prezydencja estońska zaproponowała przykładowo, by czas delegowania skrócić do 20 miesięcy w ciągu kolejnych 36 oraz aby okres przejściowy na wejście nowych przepisów trwał trzy lata. Przedstawiony projekt zmian nie spodobał się jednak m.in. Polsce.
W chwili zamykania DGP posiedzenie Rady UE jeszcze trwało.
– Cieszy, że stanowisko Polski zyskuje kolejnych sprzymierzeńców, i to nie tylko Europy Środkowo-Wschodniej, ale także zachodnich krajów, między innymi Irlandii czy Hiszpanii. Francja powoli łagodzi swoje zdanie – komentuje Stefan Schwarz, prezes Inicjatywy Mobilności Pracy.
Stanowisko, które zajęła Rada UE, będzie jeszcze konfrontowane z opinią Parlamentu UE oraz Komisji Europejskiej.