Hasło „polityka prorodzinna” nie schodzi z ust wielu posłów. Ale twórcy przepisów raz próbują uszczęśliwiać na siłę, innym razem pozostają głusi na podstawowe problemy matek.
Reklama
Magazyn Dziennika Gazety Prawnej z 16 czerwca 2017r. / Dziennik Gazeta Prawna
Politycy najlepiej wiedzą, czego potrzeba matkom Polkom. Takie przynajmniej można odnieść wrażenie, chociażby analizując pomysł, który zrodził się w Ministerstwie Infrastruktury i Budownictwa. Resort proponuje, by w sklepach i na stacjach benzynowych pojawiły się pomieszczenia do przewijania oraz karmienia dzieci. Pierwsza wersja dokumentu trafiła do uzgodnień w listopadzie 2016 r. Kolejna, z kwietnia tego roku, nakłada taki obowiązek na wszystkie punkty handlowe powyżej 100 mkw. – Murów sklepu nie da się rozciągnąć – przekonuje Waldemar Nowakowski, prezes Polskiej Izby Handlu. A same wywołane do tablicy kobiety? Jednym pomysł się podoba, ale dla większości to wylewanie dziecka z kąpielą. „Fikcyjny problem, fikcyjna pomoc”, „A czy ktoś nas pytał o zdanie?”, „Mam większe potrzeby niż izolatka w centrum handlowym” – komentują. Czego więc dziś oczekują matki, szczególnie te młode stażem? I jak to się ma do rządowych propozycji? Postanowiliśmy o to spytać same zainteresowane. Żadna nie chce rewolucji i specjalnego traktowania. Pewne jest jedno: program 500 plus nie wyczerpał tematu polityki prorodzinnej. Delikatnie mówiąc.
Banki (naprawdę) przyjazne dużym rodzinom
Anna Marcisz, mama czwórki dzieci w wieku od 2 do 11 lat
Starsze dzieci chodzą do niepublicznej szkoły. To nie jest nasz kaprys, tylko wymóg sytuacji. Oboje z mężem pracujemy. Mieszkamy w małej miejscowości na Śląsku. I publiczna szkoła w naszej okolicy pracuje w systemie zmianowym. A to oznacza, że jedno z nas musiałoby zrezygnować z pracy i zająć się wyłącznie zawożeniem i odwożeniem dzieci. Mamy marzenie. Chcielibyśmy wybudować dom. Bo na razie mieszkamy na 48 mkw. w mieszkaniu moich rodziców. Dostaliśmy od nich działkę, postawiliśmy fundamenty. Na resztę chcieliśmy wziąć kredyt. W banku usłyszeliśmy, że nie mamy odpowiedniej zdolności. Zmieniło się prawo. Między innymi w efekcie nacisków ze strony Komisji Nadzoru Finansowego w 2016 r. wzrosły miesięczne koszty utrzymania jednego członka rodziny, które banki przyjmują przy obliczaniu zdolności kredytowej. Dziś wynoszą ok. 800 zł. Usłyszałam, że sprawa wyglądałaby zgoła inaczej, gdybyśmy mieli dwoje dzieci. A tak, zdaniem instytucji finansowej, nie starczy nam na spłatę rat. Mam wrażenie, że ten, kto tworzył te paragrafy, kompletnie nie rozumie, jak funkcjonują duże rodziny. Koszty nie rosną o 100 proc. wraz z kolejnym dzieckiem. Ubrania, zabawki, meble są przechodnie.
Paradoks naszej sytuacji polega na tym, że jesteśmy zbyt biedni lub zbyt majętni. Za dobrze zarabiamy, by otrzymać jakąkolwiek pomoc od państwa. Zresztą nie po to z mężem harujemy od rana do nocy, by wyciągać rękę po świadczenia. Czasem myślę, że samodzielność nie jest w cenie, że powinnam zrezygnować z pracy. Wtedy nasze dochody spadłyby, ale moglibyśmy ustawić się w kolejce do MOPS-u. Dla mnie oznaczałoby to jednak przekreślenie planów życiowych. Zajmuję się analizami statystycznymi w badaniach medycznych. Gdybym wypadła z rynku na kilka lat, nie miałabym po co wracać do zawodu. Za szybko zachodzą w nim zmiany, pojawia się specjalistyczna wiedza.
Dziś, żeby zyskać wiarygodność banku, powinniśmy zarabiać przynajmniej 2 tys. zł więcej. To nierealne. Patrzymy więc na niszczejące fundamenty i, prawdę mówiąc, płakać się chce. Bo jakiegokolwiek wyboru dokonamy, nie przybliżymy się do swoich marzeń. Modlimy się o cud i wierzymy, że Bóg znajdzie wyjście z tej sytuacji.
ZUS z ludzką twarzą
Agnieszka Janowska, mama 3-letniej córki
Dziś mogę powiedzieć, że powoli wychodzę na prostą, ale jeszcze niedawno byłam na skraju załamania. Musiałam wrócić do pracy, by zarabiać na mleko, pieluchy. To chyba nic dziwnego? Zaczęłam poszukiwania żłobka. W kilku usłyszałam: brak miejsc. A w jeszcze innym: pani dziecko się nie kwalifikuje. Jak to – dopytywałam. Okazało się, że skoro mój mąż jest muzykiem, to może siedzieć w domu. Ma w końcu wolny zawód. Uratowała mnie koleżanka, która jest dyrektorką przedszkola. Przyjęła Lenę, mimo że mała nie miała wtedy jeszcze skończonych trzech lat.
Gdy córka mocno się rozchorowała, wzięłam trzy dni zwolnienia. Zapalenie płuc to poważna sprawa, zwłaszcza dla wcześniaka, a ja nie miałam obok siebie babci do pomocy. Szybko jednak się okazało, że to, co oczywiste dla mnie, dla urzędników w ZUS wydaje się podejrzane. Trzy miesiące trwała wymiana korespondencji z Zakładem, który zakwestionował moje zwolnienie. Powód? Znów chodziło o wolny zawód mojego męża. Wypełniałam więc skrupulatnie kolejne pisma, wyliczając, gdzie i jak pracuje moja druga połowa. W końcu miałam dość. Wzięłam wydrukowane plakaty z datami koncertów i z gorączkującym dzieckiem na rękach stawiłam się w urzędzie. Poskutkowało. Problem nagle przestał istnieć.
Dziś już nie biorę zwolnień, spora część mojej pensji idzie na opłacenie niani. Ale trudno, wolę takie koszty niż kolejną urzędniczą batalię. Mam wrażenie, że polityka prorodzinna dobrze wygląda na papierze. Nie wiem, może mnie problemy po prostu same odnajdują. Na razie jednak nawet nie myślę o kolejnym dziecku.
Samorządy. Bo przykład idzie z dołu
Magda Macyszyn, mama 9-letniego chłopca, i Michalina Gajewska , mama dwóch dziewczynek. Współtworzą projekt Family Coaching
Nie o to chodzi, by pisać kolejne ustawy i pod groźbą sankcji wymuszać na pracodawcach wprowadzanie nowych rozwiązań. Godzina pracy krócej dla młodych stażem rodziców już funkcjonuje w nowoczesnych dużych firmach. Pozwala im wejść w rytm, w nową rolę, bez szkody dla aktywności zawodowej. Ale to wybór, dobra wola, nie odgórny nakaz. Podobnie jeśli chodzi o rozwiązania adresowane konkretnie do kobiet. Dziś jest tak, że wybierając urlop macierzyński, matka wypada z rynku pracy na rok. Przez ten czas nie wolno jej nic robić, inaczej ściągnie na siebie kontrolę ZUS. Nic dziwnego, że po 12 miesiącach ciężko jej wrócić na stare tory. Tym bardziej że przez ten czas jej stara firma mogła się zmienić. Być może sama kobieta musi zmienić branżę. Istnieje proste rozwiązanie. A gdyby miała możliwość wzięcia udziału w szkoleniach organizowanych przez np. urząd pracy? Załóżmy: kurs online zakończony egzaminem w placówce? Nie każda zmiana jest utopijna. Wystarczy prosta reorganizacja.
Kolejny pomysł wymaga zaangażowania ze strony samorządów. Gminy, nawet te niewielkie, mogłyby udostępniać przestrzeń dla kobiet, które chciałyby tworzyć grupy wsparcia. Tak dzieje się już np. w gminie Lesznowola. Matki spotykają się, rozmawiają o swoich kłopotach, wymieniają wiedzą i doświadczeniem. Jedna jest lekarzem, inna prawnikiem, kolejna może pomóc w napisaniu CV. Bo kobiety, wracając do obiegu, walczą często z samotnością w systemie. Niektóre samorządy zatrudniają doradców zawodowych dla młodych ludzi dopiero wchodzących na rynek pracy. Co stoi na przeszkodzie, by taka osoba wspierała również matki łączące wychowanie dziecka z aktywnością zawodową?
Nie potrzebujemy rewolucji. Czasem wystarczy zmiana grafiku. Dziś jest tak, że idąc z dzieckiem do lekarza, trzeba wziąć dzień wolnego. A gdyby tak pediatra raz w tygodniu przyjmował w późniejszych godzinach? Na razie szwankuje również obieg informacji. Szczególnie dotyka on rodzin, w których rodzi się dziecko wymagające specjalistycznej opieki. Żaden urząd nie udziela kompletu informacji, gdzie szukać pomocy i komu dokładnie ona przysługuje. To powoduje, że działamy często po omacku. Państwu powinno zależeć na tym, by matka niepełnosprawnego dziecka była dobrze zorganizowana. Dzięki temu jest większa szansa, że pozostanie czynna zawodowo.
Oszczędności? Nie kosztem dzieci
Agnieszka Błaszczak, mama 9-letniej Hani i 5-letniego Adasia
Jeszcze kilka lat temu pracowałam w dużej firmie prowadzącej szkolenia informatyczne. Ale odkąd na świecie pojawił się syn, moje życie wywróciło się do góry nogami. Wspólnie z mężem ustaliliśmy, że zrezygnuję z kariery i zostanę z dzieckiem w domu. Bo Adaś ma orzeczenie o niepełnosprawności, wymaga ciągłej rehabilitacji, zajęć sensorycznych, logopedycznych. Żadne publiczne przedszkole w Legionowie i okolicach mu tego nie gwarantowało. Oferta w stylu kilku godzin w tygodniu grupowych zajęć wyrównawczych to stanowczo za mało. Bo choć ma 5 lat, jest na etapie rozwoju ponad rok młodszego dziecka. Znalazłam przedszkole, niepubliczne, które oferowało dokładnie to, co synowi jest do szczęścia potrzebne. Co więcej, miasto współfinansowało leczenie. Nic dziwnego, że do placówki trafiały podobne dzieci z całej okolicy. Nareszcie prawdziwa polityka prorodzinna, myślałam. Niestety, do czasu. Dyrektor przedszkola oznajmiła niedawno, że miasto szuka oszczędności i tnie o blisko połowę wsparcie. To było jak grom z jasnego nieba. OK, ja dam radę. Znajdę jakąś pracę, niekoniecznie w zawodzie. Ale decyzja urzędników oznacza dla części dzieci koniec rehabilitacji, bo rodziców nie stać na sfinansowanie jej z własnej kieszeni. Dla kilkulatka z afazją, który ma potężne problemy z mówieniem, rozumieniem, to wyrok, przekreślenie szans na w miarę normalne funkcjonowanie w przyszłości. Rozwiązaniem byłoby stworzenie większej liczby wyspecjalizowanych publicznych placówek, czynnych cały rok (bo od rehabilitacji nie może być wakacji). Ale o czym tu mówić, skoro brakuje miejsc w zwykłych przedszkolach.
Fair play w kolejce po świadczenia
Aldona Potulska, mama niespełna 3-letniego Olka
Tak się złożyło, że wychowuję synka sama. Jego tata pracuje za granicą. Nie potrzebuję od naszego państwa szczególnego traktowania. Prędzej tego, by nie rzucano mi kłód pod nogi. Jeszcze na urlopie macierzyńskim dowiedziałam się, że mój dział w firmie idzie do likwidacji. Zaczęłam więc gorączkowo szukać nowej pracy. Udało się, ale kosztowało mnie to sporo emocji. Świetnie, ale co z dzieckiem – myślałam. Uratowała mnie mama, która wróciła z zagranicy. Jednak ona ma już swoje lata, dlatego wolałabym, żeby syn poszedł do przedszkola. Dziś Olek na żłobek jest za duży, a wszystkie sopockie przedszkola w pobliżu odmówiły jego przyjęcia. Dlaczego? Bo we wrześniu miałby tylko 2,5 roku. Jeszcze kilka lat temu nie byłoby z tym problemu, ale teraz rodzice sześciolatków nie posyłają dzieci do szkoły. Przedszkola robią więc dodatkowe grupy starszaków, a na maluchy zwyczajnie brakuje miejsca.
Na razie więc mój work-life balance opiera się na bezcennym rozwiązaniu o nazwie „babcia”. Na szczęście w pracy szef zna moją sytuację, mogę wziąć wolne z dnia na dzień. W ostatnich miesiącach trafiłam z synkiem dwa razy do szpitala. Olbrzymie nerwy, stres, ale chociaż nie musiałam martwić się o to, że ktoś w pracy będzie robił mi wyrzuty.
Zawodowo obserwuję różne instytucje finansowe. Widzę niepracujące kobiety, które przychodzą po pożyczki. Są im udzielane dzięki świadczeniom, które dostają na dzieci. To jakieś nieporozumienie. Nie temu służą te pieniądze! Radzę sobie, chcę być samodzielna, nie zabiegam o wsparcie z MOPS. Ale coraz bardziej nie podoba mi się to, że w naszym kraju ciągle można coś załatwić, umiejętnie omijając przepisy. Są np. kobiety, które żyją w związkach partnerskich, a przy okazji zapisywania dziecka do przedszkola udają samotne. Dostają za to dodatkowe punkty i utrudniają życie osobom, którym ta pomoc jest naprawdę potrzebna. To nie fair.
Godzina krócej? Nie, dziękuję
Agnieszka Czmyr-Kaczanowska, mama dwóch córek, 9 i 7 lat, oraz 3-letniego synka, współzałożycielka portalu MamoPracuj.pl
Marzę o tym, by zamiast wprowadzać pomysły, najpierw pytano rodziców o zdanie. Czy potrzebne są specjalne miejsca do karmienia w sklepie? Naprawdę trzeba kobietę z dzieckiem zamykać w jakimś dziwnym miejscu? To oznacza, że nie mogłaby już karmić gdzieś indziej? Zawsze zastanawiam się także, czy specjalne pokoje w korporacjach są używane rzeczywiście do karmienia piersią. To fajne, że pracodawcy szukają rozwiązań prospołecznych, ale jak to miałoby wyglądać? Kobieta przychodzi z dzieckiem do pracy? A może dostarczane jest jej na czas? Moje wątpliwości wzbudził też pomysł, który wiosną tego roku zgłosiło PSL. Mówił o tym, by jeden rodzic pracował o godzinę krócej, a dostawał pełne wynagrodzenie. Politycy przekonywali, że to świetne rozwiązanie. Do mnie zaczęły jednak docierać głosy zaniepokojonych mam: teraz to już pracy na pewno nie znajdziemy, bo któremu przedsiębiorcy będzie się opłacało nas zatrudnić? Przekazałam te wątpliwości politykom. W odpowiedzi usłyszałam, że to jedyny moment, by zmianę wprowadzić, bo mamy dziś rynek pracownika. Dla mnie jednak to tylko przerzucanie całego ciężaru pomocy matkom z państwa na pracodawców.
Każde działanie zza biurka obarczone jest ryzykiem, że nie będzie przystawało do rzeczywistości. Ostatnio dowodu dostarczył... basen uczelniany w Krakowie. Informacja przy wejściu głosiła: jeden rodzic może mieć pod opieką maksymalnie dwoje dzieci. A co mają powiedzieć liczniejsze rodziny? Rozumiem, że to rozwiązanie podyktowane troską. Ale na basenie są też ratownicy i ochrona.
Jeśli państwo chce pomagać matkom, powinno iść w kierunku ułatwiania im odnalezienia się na rynku, uelastycznienia pracy i przede wszystkim podpowiadania, jak łączyć życie rodzinne z zawodowym. Roczny urlop macierzyński to genialna sprawa, ale wiele kobiet pozostaje nieaktywnych o wiele dłużej. Z każdym miesiącem trudniej im potem znaleźć pracę.
Szkoły i przychodnie dla pracujących rodziców
Joanna Gotfryd, mama dwóch córek, 7- i 11-letniej, współzałożycielka portalu MamoPracuj.pl
Gdy urodziła się młodsza córka, chciałam zapisać ją do żłobka. Trafiła na 160. miejsce na liście rezerwowej. Panie żartowały, że powinnam była pomyśleć o tym, gdy dziecko było w brzuchu. Problemy powtórzyły się później, kiedy szukaliśmy dla dzieci przedszkola. Musieliśmy ratować się prywatnymi miejscami, bo w publicznych znowu nie było miejsc.
Gdy miałam jedną córkę, pracowałam na pełen etat. Nie było mnie w domu przez 11 godzin. 10 lat temu nie istniało pojęcie elastyczności zatrudnienia. Jednak kiedy na świecie pojawiła się druga dziewczynka, uznałam, że muszę coś w swoim życiu zmienić. Tak naprawdę stworzyłam sobie miejsce pracy, które pozwala mi poświęcać rodzinie więcej czasu. Ale wiem, że nie każdy ma tyle szczęścia. Przepisy tego nie ułatwiają. Starsza córka ma problemy z tarczycą, wymaga regularnych kontroli u endokrynologa. Za każdym razem proszę lekarza o popołudniowy termin wizyty. I dostaję: godzina 11.00, albo ostatnio – 13.20. Nikogo nie interesuje to, że pracuję. To moja sprawa. Generalnie rodzice często muszą sobie radzić sami. Oczywiście taka ich rola. Ale gdy nadchodzą wakacje, dzieci mają dwa miesiące wolnego. Pracujący rodzice dostają dwa, góra trzy tygodnie urlopu. I co dalej? Tu również przydałaby się instytucjonalna pomoc.
Alimenty i bon oświatowy
Anita Kucharska-Dziedzic, mama 15-letniego syna, szefowa Lubuskiego Stowarzyszenia na rzecz Kobiet „Baba”
Pamiętam dylemat sprzed lat: samorozwój i pisanie doktoratu czy czas poświęcany dziecku? Pocieszałam się, że nie ilość czasu, ale jego jakość ma znaczenie. Co nie zmienia faktu, że wychodząc z domu, płakałam, widząc zapłakaną twarz syna. I tak byłam w dobrej sytuacji, bo po powrocie z urlopu macierzyńskiego nikt mnie z pracy nie wyrzucał. Pracowałam praktycznie na opłacenie opieki i utrzymanie, na nic innego z mojej pensji już nie starczało. Dlatego, jak radzą sobie samotne matki, naprawdę nie wiem. Tym bardziej jeśli ojciec nie chce partycypować w utrzymywaniu dziecka.
Wszelkie dotychczasowe próby poprawienia ściągalności alimentów spełzły na niczym. Przejęcie odpowiedzialności przez państwo – myślę tu o Funduszu Alimentacyjnym – dotyczy tylko dzieci żyjących w nędzy. Jeśli matki pracują, jeśli sobie radzą, jeśli jest tylko jeden syn lub córka, to wypłaty z Funduszu są sporadyczne. Dlatego zapewnienie kobietom specjalnego miejsca w sklepie to iluzoryczne wsparcie macierzyństwa. Tu akurat wystarczy zwykła ludzka życzliwość i troska. Nie trzeba tego dekretować w ustawach. Jest długa lista pilniejszych spraw. Choćby pełen dostęp do opieki instytucjonalnej, żłobków i przedszkoli, także dla dzieci niepełnosprawnych. W przypadku szkół – dla rodziców ważna jest opieka nad dziećmi poza godzinami lekcyjnymi, czyli świetlice szkolne, nieprzepełnione, dobrze wyposażone. Bon oświatowy powinien obejmować dodatkowe zajęcia sportowe, wycieczki szkolne i zielone szkoły, bo w przypadku rodzin wielodzietnych i samotnych matek 500+ nie zwiększyło zauważalnie dostępu dzieci do tych form wypoczynku i wychowania. Darmowe podręczniki, darmowa wyprawka szkolna, posiłki w szkole. No i pamiętajmy o studentach, koszt utrzymania dziecka w wielkim mieście jest poza zasięgiem wielu rodziców.