Kariera prezydenckiego projektu ustawy o sądach pokoju, który jest wynikiem politycznego dealu rządzących z Pawłem Kukizem, nabiera rozpędu. Choć wydaje się, że jest to raczej gra na czas – bardziej w celu utrzymania koalicjanta niż z chęci wprowadzenia faktycznych reform. Może zatem toczyć się bez końca. A same sądy pokoju budzą kontrowersje z punktu widzenia zgodności z konstytucją. Główny orędownik ich wprowadzenia może przytaczać słowa własnej piosenki „Bo tutaj jest tak, jak jest” – „Wierzę w to, że zmieni się/ wierzę w to, że ty i ja. Obudzimy nowy dzień”. Tylko czy ten nowy dzień z inicjatywy prezydenta i Pawła Kukiza będzie dobry dla polskiego sądownictwa?
Były muzyk, a teraz poseł zdaje się nie rozumieć, dlaczego w proponowanej formie sądy pokoju nie mają w Polsce racji bytu. Nie chodzi przecież o samą ideę instytucji, która znalazła swoje ustrojowe zastosowanie chociażby w USA czy w niektórych szwajcarskich kantonach, lecz o jej ukształtowanie i zgodność z normami ustawy zasadniczej. Sam fakt, że także w II Rzeczypospolitej Polskiej sądy pokoju z pewnym powodzeniem funkcjonowały, to za mało, aby bezrefleksyjnie przyjąć je w obecnym systemie.
Kształt, jaki został zaproponowany w projekcie prezydenckim, nie spełnia wielu wymogów konstytucyjnych. Przede wszystkim sądy pokoju nie mogą być odrębnym sądem – ze względu na normę wywiedzioną z art. 175 ust. 1 Konstytucji RP, która stanowi, że wymiar sprawiedliwości może być sprawowany przez Sąd Najwyższy, sądy powszechne, sądy administracyjne oraz sądy wojskowe. Nie istnieje zatem możliwość powołania sądu umiejscowionego poza strukturą, który jednocześnie nie zapewnia spełnienia przesłanek z art. 45 konstytucji (sprawiedliwy, jawny proces, przeprowadzony przez właściwy, niezależny bezstronny i niezawisły sąd).