Z jednej strony wszelkie formalizmy procesowe nie sprzyjają ustalaniu prawdy, ale co, gdy ich brak powoduje jeszcze większy problem? Patrząc na stale wrastającą objętość pism procesowych, można odnieść wrażenie, że albo ich autorzy są wynagradzani w systemie wierszówkowym, albo zapomnieli, że w sporze sądowym decydujące znaczenia ma waga, ale argumentów, a nie dokumentów. W ostatnich czasach problem przybrał na sile i nie jest ograniczony li tylko do skomplikowanych spraw gospodarczych. Przyczyny tego stanu rzeczy jest wiele, a odpowiadają za to strony, pełnomocnicy, sądy, biegli jak i ustawodawca. Jak zauważa dr Monika Strus-Wołos proliferacji pism procesowych sprzyjają przepisy o charakterze prekluzyjnym, które powodują, że na wszelkie wypadek zamieszcza się w pozwie wszystko, nawet mniej istotne wątki na wypadek, gdyby druga strona w odpowiedzi na pozew właśnie taką kwestię podniosła.

– Im dłuższe pisma, tym dłuższe uzasadnienia. Im dłuższe uzasadnienia, tym dłuższe apelacje. Do tego swoje piętno odcisnęła komputeryzacja, która sprzyja manierze „kopiuj-wklej”. Oczywiście powrotu do pisania na maszynie, kiedy ważyło się każde słowo i najdalej na czwartej stronie znajdowała się formułka „w tym stanie rzeczy wnoszę jak na wstępie” już nie ma. Możemy natomiast przeciwdziałać manierze kopiowania całych passusów, odpowiednio szkoląc aplikantów z obydwu stron stołu sędziowskiego, tak aby umieli wyłuskiwać istotę sprawy – mówiła mec. Strus-Wołos podczas konferencji naukowej „Poszukiwanie prawdy w procesie cywilnym – ideał czy rzeczywistość” zorganizowanej przez Okręgową Izbę Adwokacką w Radomiu i tamtejszy Uniwersytet Technologiczno-Humanistyczny.