To nie była jakaś wiedza tajemna, większość sędziów zdawała sobie doskonale sprawę z tego, w jak absurdalnie skonstruowanym systemie funkcjonuje i - parafrazując znany cytat Stefana Kisielewskiego (którego nie wypada tu przytoczyć; kto chce, znajdzie) - potrafiła się w nim całkiem nieźle urządzić. Również spora liczba przedstawicieli innych profesji prawniczych zdawała sobie sprawę z tych patologii, ale i oni starali się w tym wszystkim jakoś urządzać: w końcu innych sądów w Polsce nie ma, a żyć trzeba. Przeciętny jednak obywatel widział tylko objawy i narastał w nim opór wobec efektów tych obserwacji. Te efekty funkcjonowania wadliwego systemu, na którego konstrukcję przecież większego wpływu ani ja, ani inni szeregowi sędziowie nie mieliśmy, doprowadziły do powszechnego oczekiwania gruntownej reformy sądownictwa. Między innymi na fali tego niezadowolenia Zjednoczona Prawica osiągnęła sukces wyborczy i od 2015 r. wygrywa kolejne wybory. Nie jest moją rzeczą recenzowanie tego, co się udało, a czego i z jakich przyczyn nie udało się dokonać, zwłaszcza że przez blisko 4 lata brałem czynny udział w tym dziele. Tu wystarczy konstatacja, że oczekiwanie (takiej czy innej) reformy sądownictwa nadal jest oczekiwaniem większości głosujących Polaków i tego żadna partia polityczna na dłuższą metę nie może zignorować.

Można powiedzieć, że rozpoczęcie reform, a właściwie już ich zapowiedź po zwycięstwie wyborczym 2015 r. spowodowały, że ostatecznie społeczeństwu opadły łuski z oczu. Histeryczna reakcja zagrożonego mainstreamu elit sądownictwa na perspektywy zmian, odbierających im rządy nad liniowymi wyrobnikami w sądach, pokazała, ile warte są ich frazesy o niezależności sądownictwa i niezawisłości sędziowskiej. Nagle okazało się, że w obronie zagrożonych pozycji książęta sądownictwa z SN, NSA czy sądów apelacyjnych zaczęli zapisywać się do dotychczas pogardzanej Iustitii, gdy ta stała się przybudówką głównej partii opozycyjnej. Wszystko w nadziei, że wspólnie uda się zablokować reformy i sprawić, by było tak, jak było. Słusznie mówi się, że nic tak nie jednoczy, jak wspólny wróg. Nagle, i jak sądzę z początkowym zdumieniem, widzowie TV czy internauci zaczęli oglądać sceny w rodzaju spaceru liderów stowarzyszeń sędziowskich z liderami opozycji parlamentarnej obok Sejmu czy demonstracje pod sądami, zwłaszcza przed SN, gdzie sędziowie stawali ramię w ramię z czynnymi politykami. Co gorsza, rychło ci pierwsi (oczywiście nie wszyscy, ale wystarczająco wielu, by nie można było uznać tego za odosobnione wybryki) zaczęli w sferze orzeczniczej dawać upust swoim politycznym sympatiom i antypatiom. Nagle okazywało się, że ci sami sędziowie mogą w analogicznych sytuacjach wydawać skrajnie różne rozstrzygnięcia, w zależności od tego, czy maszeruje Strajk Kobiet, czy Marsz Niepodległości; czy odbywa się parada równości, czy miesięcznica katastrofy smoleńskiej.