Można by sądzić, że w kraju, gdzie obowiązywanie lub nie przepisów zależy nie tylko od decyzji ustawodawcy oraz sądów i trybunałów, lecz do pewnego stopnia nawet od publikatora aktów prawnych, nic już nie może zdziwić. Wniosek pierwszej prezes Sądu Najwyższego do Trybunału Konstytucyjnego w sprawie administracyjnego zatrzymania prawa jazdy jednak mnie zaskoczył. Głównie dlatego, że w przeciwieństwie do kilku innych wniosków kierowanych na al. Szucha (np. o zbadanie konstytucyjności art. 4171 k.c. dotyczącego odpowiedzialności odszkodowawczej Skarbu Państwa za bezprawie legislacyjne skierowany przez premiera albo ten I prezes SN dotyczący ustawy o dostępie do informacji publicznej czy prokuratora generalnego kwestionujący prawo SN i NSA do wydawania uchwał) intencją wnioskodawczyni wydaje się chęć rozwiązania rzeczywistego problemu, z którym borykają się obywatele.
Moje zaskoczenie jest tym większe, że już straciłem nadzieję, że ktokolwiek kiedyś spróbuje go rozwiązać. Chodzi o zatrzymywanie prawa jazdy za przekroczenie prędkości o więcej niż 50 km/h w obszarze zabudowanym (a także przewożenie zbyt dużej liczby pasażerów). Jeszcze przed wejściem w życie tych przepisów, m.in. na łamach DGP, wylano hektolitry atramentu na temat potencjalnej niekonstytucyjności proponowanych rozwiązań. Zatrzymanie dokumentu na trzy miesiące jest równoległe z karą wymierzaną na podstawie kodeksu wykroczeń. Wśród licznych ekspertów, którzy tak twierdzili, szczególnie wypada wspomnieć podówczas doktora, dziś już habilitowanego, Marcina Warchoła.