Reklama
Najprostszą drogą wykorzystywaną przez europejskich ustawodawców, z której rząd w Warszawie nie skorzystał, było wprowadzenie stanu nadzwyczajnego. Na taką formę, umożliwiającą wprowadzenie nadzwyczajnych środków bezpieczeństwa w majestacie prawa, zdecydowano się we Francji i w Hiszpanii. W pierwszym z tych państw obecny stan nadzwyczajny został wprowadzony 20 stycznia. Choć docelowo miałby trwać do czerwca, senatorowie dążą do tego, by skrócić go do kwietnia ze względu na akcję szczepionkową.
Narastające niezadowolenie społeczne nie spotyka się z wyrozumiałością sędziów. – Jesienią rozpoczęły się protesty intelektualistów, domagających się otwarcia księgarń, kin, teatrów i ośrodków kultury. Skierowano wniosek do Rady Stanu o uchylenie restrykcyjnego rozporządzenia, ale bez skutku. Niektórzy właściciele księgarń zbuntowali się, otworzyli i wolą płacić grzywny – mówi Hanna Stypułkowska-Goutierre z kancelarii HSG Avocats w Paryżu. Jak dodaje, kary bywają wysokie. Podstawowa to 135 euro, ale w przypadku recydywy może osiągnąć 3750 euro, jeśli osoba popełni trzy wykroczenia w ciągu miesiąca.
Ta ostatnia reguła wywołuje kontrowersje. – Policja uznawała recydywę na podstawie dokonanych wcześniej kontroli, zapisanych w systemie policyjnym, mimo że uprzednia kara mogła nie być jeszcze prawomocna lub ulegała zakwestionowaniu – tłumaczy François Wojcikiewicz, partner zarządzający w Quaerens Avocats w Paryżu. Jak zauważa, większość kar dotykała osoby wychodzące z domu wbrew zakazom, które zapomniały wypełnić obowiązkowe zaświadczenie, że to czynność konieczna, bądź wypełniły je niepoprawnie.
Władze wyciągnęły wnioski z marcowego lockdownu, kiedy pospieszono się z wydaniem dekretu i przedstawiono go przed opublikowaniem ustawy wprowadzającej stan wyjątkowy. – Oznaczało to, że pierwszy lockdown był nielegalny, a grzywny wówczas nałożone – bezprawne. Opinia publiczna nie została jednak o tym należycie poinformowana i nie usłyszała nawet o tym błędzie prawnym. Większość mandatów została zapłacona – opowiada Wojcikiewicz.

Reklama
W Hiszpanii w październiku 2020 r. wprowadzono drugi już stan alarmowy, który ma obowiązywać do 9 maja. Daje on możliwość wprowadzania lockdownu z możliwością modyfikacji przez władze regionalne. Sądy nie zawsze przychylają się do zamierzeń ustawodawców, ale też nie podważają ich w całości. Jak wskazuje Katarzyna Dylik, prawniczka z Barcelony, łamanie ograniczeń nie może być rozumiane jako nieposłuszeństwo wobec władzy czy porządku publicznego, a zatem nie powinno być ścigane z kodeksu karnego. Potwierdza to orzecznictwo sądów administracyjnych.
W Niemczech ustanawianie restrykcji podzielono między władze federalne i landowe. Kontrowersje wzbudzał fakt, że te drugie wprowadzały obostrzenia w oparciu jedynie o przepis ustawy federalnej mówiący, że należy podjąć niezbędne środki ochronne. – Zdaniem konstytucjonalistów ograniczenie praw podstawowych powinno mieć precyzyjniejszą i bardziej jednoznaczną podstawę prawną – wskazuje Anna Stangenberg, radca prawny. Dlatego w listopadzie 2020 r. znowelizowano ustawę, wprowadzając katalog obostrzeń, które można nakładać. To zmniejszyło możliwości sądowego podważania lockdownów.
– W odróżnieniu od polskich regulacji możliwość wprowadzania ograniczeń z precyzyjnym wskazaniem dopuszczalnych środków została wprost przewidziana w ustawie obowiązującej na poziomie federalnym, a nie tylko w rozporządzeniach wykonawczych – tłumaczy Wojciech Rocławski, adwokat w niemieckiej kancelarii RGW. Obywatele korzystają z przysługujących im możliwości odwoławczych, ale w większości sądy potwierdzają legalność prawa. W tym duchu wydawano orzeczenia na temat zamkniętych siłowni czy zakazu wychodzenia z domu w noc sylwestrową. Zdarzają się jednak wyjątki, gdy sądy zwracają uwagę na zbyt ogólne postanowienia landowych rozporządzeń.
Podobnie jest we Włoszech. Tam protesty przeciwko obostrzeniom zaczęły się w październiku 2020 r., a w styczniu ruszyła akcja restauratorów pod hashtagiem #iopro (ja otwieram). Jak tłumaczy adwokat Matteo Folloni z Kancelarii Prawniczej Piotr Korolko specjalizującej się w prawie włoskim, nie wytworzyła się tam linia orzecznicza stwierdzająca, że ograniczenia zostały wprowadzone niezgodnie z prawem. – Z drugiej strony sąd administracyjny w Rzymie uznał w wyroku, że restrykcje naruszają fundamentalne wolności, a sąd we Frosinone uznał, iż dekret premiera jest niezgodny z zasadą swobody poruszania się. Są to jednak tylko pojedyncze przypadki – mówi.
Włoski rząd posiłkuje się przewidzianą w konstytucji możliwością wprowadzania rozporządzeń z mocą ustawy, które muszą być zatwierdzone przez parlament w ciągu 60 dni. – Ten sposób uchwalania prawa jest powszechnie stosowany od 1948 r. i nie budzi szerszych wątpliwości, zwłaszcza w sytuacjach wymagających pilnych działań, np. trzęsień ziemi – dodaje adwokat Michał Wyjatek z kancelarii Szymański & Wyjatek Adwokaci.