Czego pani zdaniem najbardziej obecnie brakuje adwokaturze?

Adwokatura miała wiele lat, by przystosować się do wymogów współczesnego świata, ale tego czasu dobrze nie wykorzystała, zaś osobom, od których cokolwiek w adwokaturze obecnie zależy, brakuje dwóch rzeczy: po pierwsze świadomości tego, jak w praktyce wygląda życie przeciętnego adwokata, a po drugie, jak adwokaturę umiejscowić tu i teraz. Od dłuższego czasu błądzimy niczym dzieci we mgle i stale kontestujemy rzeczywistość. Jakkolwiek może to brzmieć naiwnie, jeśli samorząd ma spełniać rolę, do której został powołany (art. 1 Prawa o adwokaturze), powinien szukać szansy w każdej przeszkodzie i nauczyć się wybierania mniej uczęszczanej drogi – nie może podążać za innymi, musi wytyczać własne szlaki. Kluczowe dla funkcjonowania adwokatury powinna być zatem innowacyjność i działanie wbrew znanym dotychczas zasadom, lecz w zgodzie z kluczowymi wartościami palestry. Tymczasem jako środowisko od 2005 r. wciąż zastanawiamy się, jak rozwiązać sytuację zmiany pokoleniowej w adwokaturze i zamiast po prostu przyjąć ją do wiadomości i się do niej przystosować, stoimy w miejscu. W wyniku otwarcia dostępu do zawodu adwokatura stała się dużo młodsza, ale mam wrażenie, że osoby, które są w niej od dekad, wciąż nie znalazły sposobu, jak z młodszymi kolegami znaleźć wspólny język, jak ich zrozumieć. Zamiast połączyć siły i czerpać równocześnie z doświadczenia i młodości to, co w nich najlepsze, mamy skłonność do budowania faktycznych podziałów. Adwokatura dzisiaj i jutro według wszelkiego prawdopodobieństwa nie będzie już przypominała tej z lat 70. czy 80. Proces tej przemiany mnie fascynuje i wierzę, że może on przynieść wyłącznie zmianę na lepsze, ale poza czczymi deklaracjami – nie widzę, aby ktoś faktycznie do tego dążył. Niezależnie zaś od wszystkiego, mi osobiście bardzo w adwokaturze brakuje skromności, pokory i świadomości, że zmiany są czymś nieuniknionym, a nowi ludzie w palestrze nie niosą ze sobą widma upadku środowiska.

Reklama

Adwokaci nie czują wsparcia samorządu?

Mam wrażenie, że samorząd, rozumiany jako przedstawiciele organów adwokatury, w szczególności na poziomie naczelnym, ma charakter niesłychanie ekskluzywny. Przykładowo, by brać udział w obchodach 100-lecia adwokatury, trzeba było piastować funkcje. Bycie „po prostu” adwokatem to było nie dość. Tymczasem, tego rodzaju święto powinno być prawdziwą fiestą środowiska, okazją do celebrowania przeszłości, wspominania ważnych dla nas jednostek i wartości, które ze sobą niosły, ale równocześnie budowania świadomości, że to, co nas łączy, jest ważne dla zawodowej tożsamości. To bowiem dzięki temu poczuciu przynależności do pewnej grupy, świadomości, że każdy z nas jest jej istotnym elementem buduje się koleżeństwo, jakże ważne dla wykonywania tego zawodu i wpływające istotnie na sposób jego praktykowania, u którego podstaw leży wzajemny szacunek i życzliwość oraz świadomość, że niezależnie od tego, co się wydarzy, mamy wsparcie innych, nigdy nie jesteśmy sami. Niezależnie od tego jubileusz mógł także być fantastycznym doświadczeniem dla osób spoza adwokatury, aby w nietypowy sposób zbliżyć się do tego, co nam adwokatom jest bliskie i z czego jesteśmy dumni. Nikt tego potencjału nie dostrzegł – nie zakładam, że ze złej woli. Po prostu dlatego, że przedstawiciele władz naczelnych zdają się nie widzieć, że w świecie odchodzi się od formalizmu, dystansu i sztywności, na rzecz tego, co w kulturze nazywamy sprezzaturą i co łączy się z pewnego rodzaju luzem, spontanicznością i naturalnością, niestojącą w kontrze do wartości i wzajemnego szacunku. Świadomość tych zmian społecznych jest dla mnie istotna i żałuję, że ich wagi jako środowisko nie doceniamy, a władze samorządowe być może nieumyślnie, ale jednak – stawiają się ponad nami, stoją z boku. Przez to tzw. „zwykły adwokat”, który boryka się z trudami codzienności, wie, jak ona naprawdę wygląda, ile kosztuje zwykłe życie, ale także świadom tego, jak na przestrzeni lat zmienił się model budowania relacji z klientami, konfrontując się choćby z tym, ile wynosi dieta dla osób w samorządzie i mając wrażenie, że ona przysługuje niezależnie od tego, jakie działania ktoś podejmie i czy się z nich rozliczy, czuje niesmak.

Reklama

Nie powinno być diet?

Zawsze byłam i nadal jestem przeciwniczką diet – to powinna być jedynie rekompensata pozwalająca np. na uregulowanie składki ZUS, być może stanowiąca wkład w wynajem lokalu, a nie po prostu pensja wpływająca co miesiąc na konto. Samorząd nie może być substytutem pracy zawodowej, nie do tego został powołany. Moim zdaniem diety generują podziały. Ci, dla których samorząd został stworzony, zawsze będą z pewną niechęcią patrzyli na osoby, które się z ich składek utrzymują, a działacze będą uważali, że to im się po prostu należy, bo są działaczami. Funkcjonujący w strukturach samorządu adwokaci dzielą się na dwie grupy – na tych, którzy żyją dla samorządu i na tych, którzy żyją z niego. Tertium non datur. Aby ci z pierwszej grupy mogli cokolwiek zmienić, nie mogą stanowić mniejszości. Skoro ja to widzę, inni prawdopodobnie też. Przyznam więc, że zasmuciła mnie informacja o tym, że przedłużenie kadencji NRA, choć jest postrzegane jako wyraz zaniedbania tego organu w obszarze znowelizowania przepisów pozwalających na obrady w dobie pandemii, nie było przeszkodą do przedłużenia wypłat diet do końca roku (jakby ta sprawa była najistotniejsza dla istnienia samorządu).

Jak wygląda życie tego „przeciętnego adwokata”? Czego potrzebuje i jak samorząd może mu pomóc?

Czasem słowo „przeciętny” ma pejoratywne znaczenie, ale ja nie użyłam go w tym kontekście. „Przeciętny adwokat” to dość młody człowiek, który wykonuje zawód w niewielkiej lub indywidualnej kancelarii, nie ma zaplecza w postaci pokoleń adwokatów w rodzinie, ale jest też w takim wieku, że ma już swoją rodzinę. Musi praktykować w taki sposób, by mieć poczucie realizowania społecznej misji i pełnienia ważnej społecznie funkcji, ale także by z niego utrzymać siebie i bliskich. To jest taka osoba, która wykonuje zawód w małej kancelarii, i jeśli sama sobie nie zorganizuje wszystkich sfer aktywności zawodowej, to z całą pewnością nie może liczyć na swój samorząd. Nie odmawiam mi – zarówno na szczeblu krajowym, jak i izbowym, dbałości (choć z pewnymi wyjątkami) o takie sprawy jak np. tajemnica zawodowa i jestem świadoma, że w przypadku jej zagrożenia na ogół wsparcie ze strony samorządu jest, choćby w formie asysty przy przeszukaniu kancelarii. Jednakże, gdy zdarzy się sytuacja, że muszę np. w ostatniej chwili odwołać swoje stawiennictwo na rozprawie, bo rozchoruje mi się dziecko, to jeśli nie mam szczęścia i nie odczekam 40 min na połączenie z biurem obsługi interesanta – nie mam możliwości powiadomienia o tym sądu. Myślę, że w tym zakresie samorząd powinien znaleźć narzędzia i koncepcję, by ułatwić adwokatom życie. Jeszcze kilka lat temu adwokat przychodzący do sekretariatu był obsługiwany w pierwszej kolejności, jeśli sprawę trzeba było załatwić „na teraz”. Dziś jesteśmy takimi samymi interesantami jak wszyscy i z pewnością samorząd powinien nas wspierać, by ten kontakt z sądem był sprawniejszy.

Ale jak w praktyce samorząd, zwłaszcza centralny, miałby ułatwiać komunikację z sądem?

Pomysłów na to, jak to zorganizować, można mieć bardzo dużo, pod warunkiem, że człowiek znajduje wspólny język z rozmówcą. Z tego zaś, co widzę, adwokatura tego wspólnego języka nie ma. Ani z Ministerstwem Sprawiedliwości, ani z przedstawicielami sądów, ba – nawet ze społeczeństwem. Zawsze jesteśmy w opozycji, choć stajemy w obronie demokracji, wspieramy sędziów czy prokuratorów. Działania te mają jednak charakter bardzo doraźny, powiedziałabym – wpadkowy, a na domiar złego samorząd ma tendencję do zawłaszczania dla siebie inicjatyw oddolnych, jak to miało miejsce niedawno w odniesieniu do pomocy prawnej świadczonej przez adwokatów w czasie protestów. Jako grupa zawodowa nie dbamy o to, by budować nić porozumienia z innymi ludźmi i organizacjami, z przedstawicielami innych wolnych zawodów. Jestem przekonana, że wystarczyłoby starać się znaleźć z nimi jakiś punkt styczny, wspólny język. Pól ważnych dla wszystkich grup zawodowych jest niemało - sprawne funkcjonowanie sądów to coś, na czym zależy i radcom, i adwokatom, i sądom, a w brew pozorom także ministerstwu. My mamy jednak tendencję do tego, by raczej mówić, jak jest źle a nie szukać rozwiązania problemów – dzisiaj, wykorzystując narzędzia, które mamy w ręku, a nie te, na które liczymy w bliżej nieokreślonej przyszłości. Jestem całym sercem za tym, by występować w obronie konstytucji i wypowiadać się, gdy ustawodawca występuje przeciw zasadom państwa prawa, natomiast jeżeli będziemy czekali, aż otoczenie, na które składają się ustawodawca, legislacja i społeczeństwo, samo się zmieni, to nie będziemy mogli poprawić nawet tych aspektów, na które mamy wpływ.

A co zrobić, by adwokatura była skuteczniejsza w „przepychaniu” swoich postulatów?

Nie jestem zwolenniczką „przepychania” swoich pomysłów, a wydaje mi się, że to słowo nie jest przypadkowe. Formułując pytania do kandydatów na prezesa w ramach internetowej debaty, adwokaci pytają nas np. o to, jak zmusić polityków, by słuchali adwokatury i się z nią liczyli. Nie da się „zmusić” do szacunku czy „przepchnąć” czegoś, co dla drugiej strony jest nieakceptowalne. Nie można przekonać do swoich racji siłą. Trzeba się komunikować z innymi i przekonać do swoich intencji, zarazić naszym punktem widzenia, pozwolić się zrozumieć i liczyć na to, że małymi krokami zmienimy świat na lepsze. Taki plan może się powieść, choć oczywiście nie musi, ale ten model, który jest nam dzisiaj bliski – udać się nie może. Orężem adwokatury jest słowo, a nie tupanie nogami. Jak ze wszystkim, jednakże istotne jest także to, kto słowa wypowiada – od tego bowiem zależy, jak to robi. Skoro przez ostatnie 30 lat adwokatura nie tylko nie jest poważnie traktowana przez świat polityki, ale nade wszystko nie cieszy się też zaufaniem społecznym, jakiego by sobie życzyła i na jakie jej zdaniem zasługuje, to przyczyn tego stanu rzeczy szukałabym w nas.

Ale jak ten stan zmienić? To kwestia błędów w komunikacji?

Nie tylko komunikacji jako takiej czy używanych do niej narzędzi. Jest to kwestia zmiany sposobu patrzenia na świat, który nas otacza. Adwokatura wciąż nie rozumie, że istotą komunikacji ze społeczeństwem jest dialog, a nie komunikat. Tymczasem, jeśli spojrzymy na stronę NRA czy fanpage adwokatury, co widzimy? Suche, pozbawione emocji komunikaty. Taki sposób przekazywania wiedzy o adwokaturze i jej perspektywie na świat nie buduje zaangażowania społeczności – ani adwokackiej, ani zewnętrznej. Naszych problemów nie rozwiąże otworzenie nowego komunikatora czy powołanie rzecznika prasowego (choć powinien on rzecz jasna być), dopóki nie przyjdzie świadomość, a być może po prostu osoba, która widzi, że świat się zmienił i wie, jak się w nim poruszać. Moim zdaniem, w dzisiejszej NRA takiego człowieka nie ma lub nie dał się poznać. Oczywiście, kolejnym polem do dyskusji jest to, co zrobić, by nowi ludzie chcieli się angażować w samorząd.

To właśnie miało być moje kolejne pytanie.

Wystarczy nie podcinać im skrzydeł. Myślę, że jednym z większych grzechów adwokatury jest niedocenianie poszczególnych jednostek. W samorządzie mamy ponad 20 tys. adwokatów, a na stronie adwokatura.pl publikują regularnie tylko cztery osoby. Tak nie może być. W środowisku mamy prawników, którzy piszą i wydają książki, grają w filmach, tworzą scenariusze i robią na co dzień mnóstwo ciekawych rzeczy. Trzeba byś ślepym i głuchym, by tego nie zauważyć. Skoro ignorujemy tych ludzi, to nie ma się co dziwić, że oni się do samorządu nie palą. Po co mieliby to robić?

Czy pani zdaniem istnieją jakieś systemowe przeszkody dla zaangażowania kobiet w działalność w samorządzie?

Na poziomie przepisów żadnych przeszkód nie ma. Ale nie chodzi tylko o to, jak brzmią przepisy, ale i jakie jest nastawienie. Od prawie czterech lat piszę co tydzień felietony i jednym z tematów budzących największe emocje jest używanie formy „adwokatka”. Większość komentarzy, także kobiet, wyraża oburzenie, jak w ogóle można pomyśleć o używaniu takiego feminatywu. Więc jeśli już na tym poziomie kobiety doznają przeciwności także we własnych szeregach, to nie możemy czuć się równe.

Ale chyba nie chodzi tylko o nazwę zawodu...

Oczywiście, że nie. Jeszcze parę lat temu absolutnym wstydem było przyznanie przez adwokatki czy aplikantki, że ich szefowie dopuszczają się pewnych nadużyć służbowych ze względu na to, że mają do czynienia z kobietą. Dziś można już mówić o tym dużo bardziej otwarcie i myślę, że to dobrze. Na rynku adwokackim funkcjonuję od 14 lat i w czasach aplikacji nigdy nie zdarzyła mi się rozmowa kwalifikacyjna, na której nie padłoby pytanie, czy zamierzam założyć rodzinę. Wiem, że moi koledzy nigdy takich pytań nie dostawali. Mężczyzna może mieć dom, rodzinę, świetnie rozwiniętą karierę i tu nie widzimy kolizji, a kobieta, jeśli chce pracować, musi zorganizować opiekę nad dzieckiem, bo jedno i drugie jest jej odpowiedzialnością. Zresztą mam niekiedy wrażenie, że bardziej równościowi są mężczyźni wobec kobiet niż kobiety wobec innych kobiet. W tym obszarze, jak mniemam, mamy jeszcze do odrobienia kilka lekcji.

Mówiła pani dużo o ludziach młodych. Najmłodszą grupą w adwokaturze są aplikanci. Co dla nich mógłby zrobić samorząd, np. w kwestii zarobków?

Nie znajdę magicznej formuły, która pozwoli aplikantom godziwie zarabiać. Mnie jako aplikantce bardzo zależało, by nauczyć się wykonywania zawodu. Gdyby nie było innej możliwości, byłabym skłonna pracować za darmo albo – by się utrzymać – choćby jako ekspedientka. Nie uważam, żeby to uwłaczało mojej godności, a tym bardziej godności zawodu. Adwokaci nigdy nie byli chętni, by płacić aplikantom i to jest złe. Za dobrą pracę należy się dobre wynagrodzenie i zasada ta dotyczy nie tylko aplikantów adwokackich, lecz przedstawicieli wszystkich zawodów. Samorząd mógłby wyrównać szanse. Nie powinno być sytuacji, która ma miejsce od lat, że w większości izb aplikant musi mieć zgodę dziekana na podjęcie pracy poza kancelarią patrona. Często zaś patron nie chce go zatrudnić, a jeśli to robi – nie chce płacić. Tymczasem np. w Warszawie aplikant może robić, co chce, wielu w ogóle nie zgłasza dodatkowej pracy i nie słyszę, aby mieli z tego powodu problemy. Zasady etyki i wykonywania zawodu powinny być wszędzie takie same. Zresztą, gdy byłam jeszcze członkiem NRA, wraz z Przemysławem Rosatim zainicjowaliśmy podjęcie uchwały o tym, że aplikantom za pracę należy płacić. Ja zaś postulowałam, by niepłacenie za pracę było deliktem dyscyplinarnym i zostało wpisane do KEA na wzór obowiązku regulowania wynagrodzenia prawnikowi zagranicznemu. Niestety nie udało się przekonać naczelnej rady do tak „rewolucyjnego” pomysłu.

To dobry moment by spytać o kwestię, która zawsze powraca przy okazji wyborów – jak się pani odnosi do dopuszczenia zatrudnienia adwokatów na etacie? Ten postulat wydaje się szczególnie ważny dla młodych kobiet.

Umowa o pracę, podobnie zresztą jak kwestia reklamy, jest przez osoby, które kandydują, rozgrywana na poziomie emocji, a nie merytorycznej wiedzy. Jestem zdania, że w istotę zawodu adwokata wpisana jest niezależność – co do zasady wykluczona w umowie o pracę. Jeśli więc ktoś potrzebuje zabezpieczenia socjalnego wynikającego z umowy o pracę, to nie jestem pewna (choć wiele osób mnie za ten pogląd skrytykuje), czy powinien wykonywać ten zawód. Jako matka całkowicie samodzielnie wychowująca dwoje dzieci wykonuję właśnie ten zawód, bo moja konstrukcja osobowościowa nie pozwala mi na to, bym była zależna od kogokolwiek. Jeżeli ktoś ma inną osobowość i potrzebuje mieć komfort, to zawód adwokata chyba nie jest dla niego.

Pada jednak argument, że radcy mają umowę o pracę, a i tak są niezależni.

Tak, ale nie było jeszcze na poziomie europejskim skargi, która doprowadziłaby do badania ustawy o radcach prawnych pod kątem tej niezależności. Nawet w orzecznictwie polskich sądów pracy widać, że sama obawa pracownika, iż mogą być wobec niego wyciągnięte konsekwencje służbowe, wyklucza niezależność. Jest jeszcze inny argument, który się często pojawia: że adwokat jest zależny od swojego klienta. Ja to widzę inaczej. Niezależność to nie tylko niezależność od pracodawcy czy sugestii bądź pieniędzy klienta, ale także, jakkolwiek patetycznie to brzmi – od własnych wewnętrznych pokus. Właśnie dlatego, choć w tym zawodzie można osiągnąć wiele satysfakcji, nigdy nie będzie ona płynęła z komfortu. Bycie adwokatem nie jest komfortowe z wielu przyczyn, jak choćby z tego powodu, że zawsze jesteśmy w osi konfliktu, broniąc klientów stajemy w opozycji do organów państwa. Aby pozostać w pełni niezależnym często z uszczerbkiem dla własnych finansów musimy rezygnować z rzeczy, które mogłyby nas przywiązać i sprawić, że zaczniemy być interesowni. Ubolewam, nad tym, że tak niewiele uwagi tej kwestii poświęca się w toku przygotowania do wykonywania zawodu, choć to sprawa kluczowa i fundamentalna. Dziś zastanawiamy się, jak upodobnić nasz zawód do zawodu radcy prawnego i ułatwić sobie życie, zamiast zastanawiać się, jak z tego dyskomfortu zrobić naszą siłę. Można rzecz jasna dążyć do tego, aby mieć spokojne życie i pewność, że się dostanie emeryturę, czy inne świadczenia, ale komuś, kto ponad wszystko ceni sobie wolność, te elementy komfortu nigdy nie zrekompensują jej braku.

No właśnie, kwestia umowy o pracę to już właściwie jedyna różnica między adwokatami a radcami. Jak się pani odnosi do propozycji połączenia zawodów?

To nie jedyna różnica, bowiem ta kluczowa jest ujęta w rocie ślubowania. Adwokaci mają zawsze stać na straszy wolności obywatelskich. Radcy nie mając tego obowiązku wpisanego w ustawę i nie muszą tego robić, choć oczywiście wielu to robi. Jednakże ta możliwość obrania innej drogi niż ta, którą adwokat podąża obligatoryjnie, powoduje, że nie ma mowy o pełnej niezależności i na poziomie formalnym można wprawdzie pracować jak adwokat, ale się nim jednak nie będzie. Niedostrzeganie tego rozróżnienia w praktyce niestety powoduje, że granice między zawodami się zacierają, także w oczach osób, które je wykonują. Nie chciałabym, aby receptą na ten stan rzeczy było wyeliminowanie różnic, lecz dostrzeżenie, że ich istnienie ma głęboki sens z perspektywy bezpieczeństwa obywatela. Natomiast co do połączenia korporacji, jeżeli samorząd adwokacki będzie robił dokładnie to, do czego został powołany, to osoby wykonujące ten zawód nie będą czuły pokusy zmiany barw.

Chciałbym też spytać o pani zdanie dotyczące uregulowania kwestii reklamy – bo to kwestia, którą zdecydowanie trzeba dostosować do nowych warunków świata.

Zadziwia mnie, że jako profesjonaliści tak nieprofesjonalnie podchodzimy do kwestii, która ma wpływ na wykonywanie naszego zawodu. Nie pozostaję jednak ślepa na prawo unijne, które stanowi, że przedsiębiorca nie może być ograniczony w dostępie do reklamy. Wiem też, że różne kraje regulują różnie kwestie reklamy zawodów prawniczych, ale w żadnym państwie europejskim nie jest ona niedopuszczalna. W adwokaturze zawsze przed wyborami toczy się dyskusja – dopuścić czy utrzymać zakaz? Pytanie powinno być zupełnie inne i z pewnością byłoby, gdybyśmy wykazali się rzeczowym podejściem do tematu. Nie chodzi bowiem o to, czy, lecz jak wprowadzić regulację, która wreszcie byłaby zgodna z prawem, w tym nade wszystko z prawem unijnym. Zadziwiające, że w kontekście stawania przez adwokaturę w obronie demokracji jest ono naszym orężem, zaś pochylając się nad kwestią stwarzania adwokatom równych i sprawiedliwych warunków wykonywania zawodu zdajemy się nie być świadomi faktu, że etyka adwokacka jest traktowana jako część krajowego porządku prawnego, a sądownictwo dyscyplinarne jako sądownictwo krajowe. Tym samym od lat dyskutujemy na temat tego, co już ma ramy prawne wspierając się chałupniczymi co do treści, formy i sposobu analizy wyników – ankietami obejmującymi ułamek całego środowiska, zamiast po prostu przyjąć uchwałę nienarażającą nas na uchylenie przez SN na skutek inicjatywy MS.

Czy tym powinien się zająć Ośrodek Badawczy Adwokatury?

Mam sporo zastrzeżeń nie tyle do działania tej instytucji, ile do tego, iż jej potencjał niemal w ogóle nie jest przez samorząd wykorzystywany. Ośrodek Badawczy Adwokatury, zgodnie ze statutem, powołany jest do prowadzenia badań, wydawania opinii, zlecania rozmaitych publikacji, korzystania z pomocy specjalistów z różnych dziedzin. Co zaś wyłącznie robi? Wydaje publikacje, głównie takie, do których prawa autorskie już wygasły. Od tego odchodzić nie należy, ale adwokatura zdaje się marnować zarówno potencjał OBA jak i fakt, że kierujący nim mec. Andrzej Zwara posiada wiedzę i umiejętności, aby z tej instytucji uczynić perełkę adwokackiej myśli. Ośrodek Badawczy Adwokatury bodaj jako jedyne ciało w obrębie NRA ma precyzyjnie określone kompetencje i ramy organizacyjne. Przypomnieć wypada, że statutową rolą OBA jest prowadzenie badań nad tworzeniem i stosowaniem prawa oraz historią adwokatury i popularyzacją wiedzy o adwokaturze (par. 1 statutu). OBA powinno stać się jednostką organizacyjną NRA, którego zadania skupione być winny, obok dotychczasowych aktywności związanych z celebrowaniem tradycji adwokackiej, także w szczególności na opiniowaniu projektów aktów prawnych przesyłanych w ramach konsultacji do NRA w ramach tzw. prainicjatywy ustawodawczej, pracach legislacyjnych związanych z projektami ustawowymi dotyczącymi wykonywania zawodu adwokata - formułowanie własnych projektów aktów prawnych, w szczególności w zakresie: przymusu adwokackiego, stawek za sprawy z urzędu, udziału adwokata w procesie cywilnym i karnym (np. e-doręczenia) oraz analizie stanu prawa samorządowego, przeprowadzanie badań i sondaży związanych m.in. ze stanem pomocy prawnej w Polsce, oraz interpretacją przepisów związanych z wykonywaniem zawodu adwokata. W realizacji powyższych kompetencji OBA powinien współpracować także z organami władzy publicznej, organami samorządów zawodowych oraz instytucjami o ośrodkami naukowymi i badawczymi.

Dzisiaj zaś OBA zdaje się być traktowana jako drukarnia, co samo w sobie jest jednym z wielu przykładów tego, że znając się na wszystkim, nie znamy się na niczym. Mamy bowiem w NRA kilkanaście komisji i zespołów, w skład których wchodzą głównie te same osoby, rekordziści zasiadają nawet w trzech czy czterech. Zakresy działania tych gremiów się pokrywają, bo nie ma jasnego podziału kompetencji, określenia obszarów zainteresowania. Ten brak regulacji raczej utrudnia prace niż ułatwia. Nikt też nie jest za działanie tych komisji odpowiedzialny, choć teoretycznie każdy przewodniczący składa na koniec kadencji sprawozdanie. Niestety, większość tych sprawozdań, to “trwanie w oczekiwaniu na wyniki”, „analizowanie zagadnienia” lub „pochylanie się nad problemem”. W międzyczasie zaś - Adwokatura stoi w miejscu, a reszta świata pędzi do przodu. Rozwiązaniem byłoby więc znaczne zmniejszeni liczby komisji i przekazanie większych funduszy na Ośrodek Badawczy Adwokatury. Jeśli chcemy nie tylko odpowiadać na rzeczywistość, ale i ją kreować, choćby w zakresie legislacji, to na OBA właśnie trzeba skupić fundusze i siły, a komisje powinny mieć charakter doradczy. Choć w NRA myśli się inaczej – nie znamy się na wszystkim i właśnie z tej przyczyny przeprowadzamy wyłącznie nieskuteczne, nieestetyczne i przechodzące bez echa kampanie wizerunkowe, organizujemy jubileusze, które choć mogłyby – nie ciekawią nikogo, tworzymy logo z okazji 100-lecia adwokatury, o którym nie można powiedzieć wiele więcej niźli to, że jest brzydkie, budujemy strony internetowe, na których nie sposób znaleźć potrzebnych informacji, czy nie dbamy o bezpieczeństwo tajemnicy adwokackiej przechowywanej w skrzynkach mailowych adwokatów, którzy wprawdzie korzystają z flagowej domeny adwoktura.pl, ale którą, podobnie jak i serwerem, wedle mej wiedzy adwokatura nie zarządza.

A jaki ma pani pomysł na zwiększenie sprawności prac NRA?

Bardzo prosty – transmitowanie posiedzeń, by adwokaci mieli realną wiedzę, co się na nich dzieje. Nie chcę, żeby mi tu przypisano negatywne intencje, ale byłam członkiem NRA i odeszłam z niej m.in. dlatego, że były to spotkania o charakterze w dużej mierze towarzyskim, którym ja – choć towarzyska zdecydowanie jestem – ani nie mogłabym ani nie chciałabym dawać rady. Posiedzenia NRA nie powinny być 2-dniowym bankietem, którego opary czuć w powietrzu nawet na drugi dzień. W takich warunkach nie sposób mówić o ważnych sprawach – równocześnie wyklucza to według mnie godności zawodu i świadczy to o niepoważnym traktowaniu adwokatów, z których składem te wydarzenia są finansowane, podobnie jak i diety samorządowców. Wracając do pytania - uważam, że podstawą zaufania jest kontrola, dzisiaj adwokaci nie mają jej w odniesieniu do tego czym zajmują się ich przedstawiciele. Obecnie, nie będąc członkiem organów samorządowych, muszę czekać na komunikaty. One nigdy nie są publikowane w dniu posiedzenia, tylko z kilkudniowym opóźnieniem. I mam wrażenie, że na każdym posiedzeniu dzieje się dokładnie to samo. Podejmuje się uchwałę w sprawach, o których społeczeństwo zdążyło zapomnieć, głos zabiera prezes, skarbnik, sekretarz i przewodniczący komisji etyki, po czym wyznacza się następny termin i to właściwie wszystko. Myślę, że gdyby adwokaci mieli większą wiedzę zarówno o tym, co się dzieje na posiedzeniach jak i do czego nie dochodzi, choć powinno, czy członkowie władz są aktywni czy tylko aktywność markują, niebywale prędko bycie etatowym działaczem przestałoby być atrakcyjne.

Czy nie boi się pani zarzutu, że w porównaniu z innymi kandydatami ma jednak zbyt małe doświadczenie samorządowe, by ubiegać się o najwyższą funkcję?

Szczerze mówiąc, od dłuższego czasu doświadczenie samorządowe postrzegam jako minus, a nie atut. Gdyby doświadczenie wystarczyło, nie byłoby potrzeby konkurowania z obecnym prezesem. Popatrzmy, jak wygląda samorząd adwokacki, jak się odnajduje w świecie, jak wyglądają jego kanały komunikacji i mamy odpowiedź na pytanie o to, czy doświadczenie jest atutem czy nie.

Oczywiście, zadaję sobie pytanie, dlaczego to ja miałabym być wybrana na funkcję, o którą się ubiegam. Rzecz jasna nie jestem w stanie konkurować z niektórymi kandydatami doświadczeniem, ilością tytułów naukowych czy latami pełnionych w samorządzie funkcji. Nie próbuję nawet przypuszczać, że jestem od nich lepsza. Moja siła płynie z tego, że jestem taka, jak inni adwokaci, z pewnością, jak większość z nich. Nie wywodzę się z rodziny o wielopokoleniowej tradycji związanej z wykonywaniem zawodów prawniczych - jestem jednak przekonana, że otoczenie, w którym wzrastałam nauczyło mnie szacunku do drugiego człowieka i przekonania, że jeśli mogę mu pomóc, staje się to w istocie moim obowiązkiem. W ramach zawodowej praktyki nie zajmuję się obsługą transakcji o wysokiej wartości -reprezentuję klientów przed sądami w sprawach, które dotyczą ich zwykłych, codziennych i życiowych problemów dzięki czemu mam poczucie, że w sposób realny zmieniam świat na lepsze. Wprawdzie nie globalnie, ale w najbardziej jednostkowych wymiarach. Nie pracuję w dużej korporacji -prowadzę indywidualną kancelarię, przez co nierzadko towarzyszą mi rozterki dotyczące finansowego zabezpieczenia na przyszłość. Mimo to, każdego dnia odczuwam wdzięczność płynącą z możliwości wykonywania w pełni niezależnego i wolnego zawodu oraz satysfakcję z dokonanego wyboru. Nie mogę pochwalić się kilkudziesięcioletnią praktyką adwokacką - jednakże na rynek weszłam w czasie, gdy dostęp do zawodu został w sposób niemal niekontrolowany otwarty, a konkurencyjność na rynku wzrosła w stopniu nieznanym historii palestry. Mimo tych przeciwności znalazłam swoje miejsce. Nie jestem człowiekiem wolnym od wad -z pewnością popełniłam niemało błędów, zarówno w obszarze blisko 10-letniej adwokackiej praktyki jak i w toku ponad 6-letniej obecności w mediach. Z doświadczeń tych wyciągam naukę, a nie nauczkę, która odbierałaby mi entuzjazm do tego, czym się zajmuję. Mam 40 lat – jestem osobą młodą, ale nie na tyle, aby poprzestawać na marzeniach. Poza nimi – mam też plany, które konsekwentnie realizuję. Samodzielnie wychowuję dwoje dzieci w zróżnicowanym wieku (8 i 15 lat). Ponad wszelką wątpliwość umiem zarządzać czasem i łączyć życie rodzinne z pracą i pozazawodowymi przedsięwzięciami. Wiem, jakie problemy dotykają adwokatów, bowiem ja także ich doświadczam. Jestem świadoma konkurencji i ograniczeń, bo mam z nimi do czynienia każdego dnia. Rozumiem na czym polega przepracowanie i znużenie wyzwaniami codziennego dnia połączone z żalem płynącym niekiedy z bolesnej konfrontacji z rzeczywistością, w której praca wymagająca lat wyrzeczeń nie daje oczekiwanej finansowej gratyfikacji. Wiem, co czuje rodzic, który równocześnie musi zaopiekować się chorym dzieckiem i stawić na rozprawie. Nie jestem lepsza od innych adwokatów. Jestem taka, jak oni. Daje mi to przekonanie, że nie tylko wiem, jakie zmiany są potrzebne Adwokaturze, ale przede wszystkim – jak wprowadzić je w życie. Nie tylko bowiem słucham głosu adwokatów, ale nade wszystko – słyszę co naprawdę mają samorządowi do powiedzenia.

Łączę aktywność zawodową z prowadzeniem domu, wychowaniem dzieci i wiem, że to absolutna jazda bez trzymanki. Do tego wszystkiego jestem aktywna w mediach społecznościowych, dużo wysiłku wkładam w popularyzację wiedzy o prawie. Pokój Adwokacki na Facebooku ma zasięgi dochodzące do 1,5 mln odbiorców, każdą debatę w czasie rzeczywistym ogląda około 11 tys. osób, na Instagramie kartkówki z prawa rozwiązuje każdorazowo kilka tysięcy osób. To pokazuje, że nie tylko orientuję się w dzisiejszym świecie i wiem, jakie niesie wyzwania i trudy, ale też lepiej niż pozostali kandydaci razem wzięci, odnajduję się w obszarze komunikacji.