W ubiegłym roku gminne zespoły interdyscyplinarne ds. przeciwdziałania przemocy w rodzinie przyjęły ponad 94,7 tys. formularzy Niebieska Karta (NK), wskazujących na podejrzenie wystąpienia domowej agresji. Ich liczba wzrosła więc w porównaniu do 2018 r. o 1,4 tys. Natomiast w tym roku – z uwagi na epidemię koronawirusa i obowiązujące wiosną obostrzenia, można spodziewać się, że będzie ich mniej. Z informacji pochodzących od zespołów wynika, że faktycznie odnotowały spadek wpływających formularzy, ale nie był on drastyczny.

Bezpodstawne obawy

Tak jak w poprzednich latach najwięcej zgłoszeń pochodziło od policji oraz pracowników socjalnych – 78 proc. i 12 proc. Następne 5 proc. dołożyli nauczyciele i pedagodzy. Natomiast na szarym końcu są druki, które trafiły do zespołów interdyscyplinarnych od gminnych komisji oraz służby zdrowia. W tym ostatnim przypadku było to tylko 658 NK, czyli 0,7 proc. Tym samym utrzymana została niechlubna tendencja, bo do tej pory tylko raz (w 2017 r.), ich liczba przekroczyła 700.

– Z jednej strony, patrząc na ogólną sytuację w służbie zdrowia, która na co dzień boryka się z wieloma problemami, należy się cieszyć nawet z tej skromnej liczby medyków, którzy wypełniając NK, włączają się do walki z przemocą w rodzinie. Jednak z drugiej strony, biorąc pod uwagę, powody tak małej aktywności podawane przez samych lekarzy, państwo przez te 10 lat niewiele zrobiło, aby na nie zareagować – mówi Renata Durda, kierownik Pogotowia na rzecz Ofiar Przemocy w Rodzinie „Niebieska Linia”.

Jak podkreśla, medycy od samego początku wskazywali, że wypełnianie kart zajmuje dużo czasu i ta czynność nie podlega finansowaniu przez NFZ. Tymczasem nikt nie podjął nawet dyskusji, czy nie należałoby jej wyceniać – tak jak innych świadczeń wykonywanych przez lekarzy.

– Wiele z tych obaw jest całkowicie bezpodstawne, a bardzo łatwo mógłby je rozwiać duży projekt edukacyjno-szkoleniowy skierowany do pracowników ochrony zdrowia, który pokazałby, że samo wypełnienie NK nie będzie dla nich oznaczać tego, że zamiast w miejscu pracy, będą spędzać czas na salach sądowych – dodaje Renata Durda.

Zaburzone statystyki

O ile w zeszłym roku doszło do wzrostu liczby NK, to w tym roku wiele wskazuje na to, że może ona spaść. Jest to oczywiście konsekwencja wybuchu epidemii i wprowadzonych na wiosnę przepisów, które miały zapobiegać jej rozprzestrzenianiu i spowodowały, że wyjścia w teren dzielnicowych czy pracowników socjalnych były ograniczone. Zamknięte były też szkoły, a tym samym wychwytywanych przypadków występowania przemocy też mogło być mniej. Potwierdzają to dane gminnych zespołów, bo druków NK rzeczywiście trafiało do nich mniej, przy czym nie były to duże spadki. Na przykład do zespołu interdyscyplinarnego w Gdańsku wpłynęło w pierwszym półroczu br. 230 kart, podczas gdy w analogicznym okresie 2019 r. było ich 240. Podobnie było w Krakowie – tamtejszy zespół otrzymał od stycznia do końca czerwca 340 formularzy, a w pierwszej połowie ubiegłego roku 395.

Również w Toruniu, w czasie największych obostrzeń (marzec, kwiecień, maj) liczba druków wszczynających procedurę wynosiła 64 i była na zbliżonym poziomie, co w tych samych miesiącach 2019 r., kiedy sięgnęła 67. Natomiast większy spadek liczby formularzy zaobserwowany został w Lublinie. Porównując okres od marca do maja w 2019 r. oraz 2020 r., wynosił on 35 proc.

Z kolei w Łodzi odnotowany został wzrost liczby NK, bo w pierwszym półroczu 2019 r. wpłynęło ich 758, a w tym samym okresie br. – 766.

Więcej interwencji

W 2019 r. było nie tylko więcej wypełnianych NK, ale też wzrosła liczba dzieci zabieranych rodzicom w trybie art. 12a ustawy z 29 lipca 2005 r. o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie (t.j. Dz.U. z 2020 r. poz. 218 ze zm.). Zgodnie z nim w sytuacji zagrożenia życia lub zdrowia dziecka pracownik socjalny w ramach wykonywania obowiązków służbowych ma prawo odebrać dziecko z rodziny i umieścić je u najbliższych krewnych, w rodzinie zastępczej lub w placówce opiekuńczo-wychowawczej. O takim działaniu zawiadamia w ciągu 24 godzin sąd.

Okazuje się, że w ubiegłym roku w ten sposób zapewniono bezpieczeństwo 1303 dzieciom, co oznacza wzrost w porównaniu do 2018 r. o 18 proc. (w wcześniejszych latach liczba ta utrzymywała się na poziomie 1100–1200 w skali roku).

– W ostatnich latach panowało przekonanie, że problemy rodzin z dziećmi mogą być rozwiązane przez pieniądze, bo to bieda jest powodem ich odbierania. Okazuje się jednak, że wcale tak nie jest, a świadczenia wszystkiego nie załatwią. Podjęcie działań interwencyjnych jest zaś często jedynym sposobem, aby dzieci przestały być krzywdzone i wydaje się, że ta zmiana podejścia mogła przełożyć na większą liczbę tego rodzaju interwencji – uważa Renata Durda.