Podobnie rzecz ma się ze związkami partnerskimi. Używane w art. 446 par. 3 kodeksu cywilnego pojęcie „rodziny” orzecznictwo interpretuje szeroko, a osoba najbliższa, o której mowa w art. 115 par. 11 kodeksu karnego, odnosić się może także do partnera. Wychodzi więc na to, że tylko kodeks rodzinny i opiekuńczy tego rodzaju rozwiązania nie zna, stojąc na straży modelu „chłopak i dziewczyna – normalna rodzina”.

Mimo to polskie organy muszą uznawać skutki prawne małżeństw jednopłciowych zawartych legalnie w innym państwie Unii Europejskiej w zakresie niezbędnym do wykonania praw unijnych. A po wyroku Trybunału Sprawiedliwości UE z 25 listopada 2025 r. dotyczy to również odmów transkrypcji. Nie dlatego, że kodeks rodzinny i opiekuńczy poddano nowelizacji, lecz dlatego, że polskie organy muszą tak czynić, co wynika z utrwalonej linii orzeczniczej TSUE. Ów rozdźwięk między tym, co u nas mówi prawo, a tym, co de facto obowiązuje, jest dziś jednym z najbardziej wymownych przykładów tego, jak polskie ustawodawstwo nie nadąża za życiem, a ściślej – jak bardzo nie chce nadążyć, pozostawiając w cieniu niemałą część swoich obywateli. Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu mówi wprost, że brak jakiejkolwiek instytucjonalnej ochrony par jednopłciowych narusza prawo do życia prywatnego i rodzinnego – a zatem presja nie idzie wyłącznie „z Brukseli”.

Co zmieniło orzeczenie TSUE ws. uznawania małżeństw jednopłciowych?

Polska formalnie pozostaje państwem świeckim. W praktyce jednak ustawodawstwo dotyczące życia prywatnego obywateli od lat projektowane jest tak, jakby nad salą sejmową wciąż wisiał święty obraz z napisem: „Mamy tu wszystko, ale nie kompromis”. Można się z tym zgadzać albo nie, ale coraz trudniej udawać, że to wyłącznie kwestia suwerenności światopoglądowej.

Doszliśmy do sytuacji, w której państwo mówi swoim obywatelom: w Polsce wasz związek nie istnieje, ale jeśli pojedziecie kilkaset kilometrów dalej, zawrzecie go zgodnie z prawem innego kraju UE, to po powrocie my wpiszemy skutki tego faktu do naszych rejestrów. Nie dlatego, że chcemy, tylko dlatego, że nie możemy odmówić.

Nie jest to żadna „furtka” ani „tylne drzwi” rozumiane jako próba obejścia polskiego ustawodawstwa przez obywateli. To raczej kolizja dwóch porządków prawnych, w której prawo unijne nie wprowadza nowego modelu małżeństwa, lecz blokuje odmowę uznania skutków prawnych faktu rodzinnego, jeżeli taka odmowa odbiera obywatelowi realne prawa. TSUE od kilku lat konsekwentnie przypomina państwom członkowskim, że brak stosownej krajowej regulacji nie zwalnia danego państwa z obowiązku poszanowania podstawowych praw obywateli Unii – w tym przysługującego im prawa do życia rodzinnego i swobody przemieszczania się. W praktyce oznacza to, że Polska wprawdzie nie musi wprowadzać małżeństw jednopłciowych, ale nie może zamykać się na skutki prawne ich zawarcia poza granicami kraju.

Z jednej strony mamy więc narrację o „obronie tradycyjnej rodziny”, z drugiej strony urzędnika, który – po orzeczeniach TSUE – nie może odmówić uznania skutków małżeństwa dla celów praw unijnych, a po ostatnim wyroku TSUE spór dotyczy już wprost odmów transkrypcji i praktycznych formularzy stanu cywilnego. Prawo krajowe mówi „nie”, prawo unijne i praktyka odpowiadają: nie możesz tego „nie” skutecznie wykonać.

Kwestia związków jednopłciowych przestała być tylko problemem obyczajowym

Istniejący dysonans musi generować niepewność, chaos i poczucie, że system działa wbrew samemu sobie. Skoro państwo de facto uznaje skutki zagranicznych małżeństw jednopłciowych, to dlaczego z taką determinacją odmawia stworzenia minimalnych ram ochrony prawnej dla par, które w nim żyją, płacą podatki i wychowują dzieci? To, że problem nie jest rozwiązany wprost, nie oznacza, że go nie ma. Wprawdzie nie w postaci rozwiązania światopoglądowego i ideologicznego sporu, lecz w aktach stanu cywilnego, decyzjach administracyjnych i orzeczeniach sądów.

Można oczywiście mówić, że to „narzucanie obcych standardów”. Tylko że Unia nie narzuca Polsce modelu małżeństwa – przypomina jedynie, że odmowa uznania skutków prawnych faktu rodzinnego nie może odbierać obywatelowi praw, które wynikają z członkostwa w tej wspólnocie. UE nie jest przecież kosmicznym bytem, lecz wspólnotą prawną, do której Polska przystąpiła z własnej woli, przyjmując zobowiązanie, że prawa obywatelskie nie kończą się na granicy państwa ani na światopoglądowych preferencjach większości. W tym kontekście problem związków jednopłciowych nie jest problemem obyczajowym, tylko testem dojrzałości państwa prawa. Sprawdza, czy potrafimy oddzielić prawo od ideologii, a konstytucyjną zasadę świeckości od symbolicznej obecności religii w debacie publicznej.

Jeśli państwo mówi: „nie regulujemy, bo nie chcemy”, a jednocześnie reguluje „bo musi” na mocy wyroków trybunałów międzynarodowych, to w oczywisty sposób coś tu nie gra. Musimy bowiem funkcjonować w rzeczywistości, w której świeckość mamy wprawdzie zapisaną w konstytucyjnych deklaracjach, ale w ustawodawstwie dotyczącym życia prywatnego często wygrywa logika „jednego modelu moralnego”.

Być może znaleźliśmy się w momencie, gdy właściwym pytaniem nie jest to, czy Polska powinna wprowadzić związki jednopłciowe, lecz czy państwo prawa może dłużej funkcjonować w systemie, w którym fakty rodzinne obywateli uznaje się tylko „warunkowo”, bo tak każe Trybunał, a nie wtedy, gdy wymaga tego zwykła przyzwoitość legislacyjna.