Na początku kadencji prezydenta Joego Bidena wydawało się, że największe koncerny technologiczne będą mieć ogromny wpływ na nowo powstającą administrację. Jednak wybór profesora Tima Wu na doradcę ds. konkurencji, nominacja znanej z krytyki Amazona Liny Khan na przewodniczącą Federalnej Komisji ds. Handlu czy wydany 9 lipca dekret prezydencki wskazują, że administracja Białego Domu przyjęła ostry kurs względem potentatów z Kalifornii. Szczególnie druga z wymienionych nominacji wywołała wzburzenie w siedzibach prezesów Amazona i Facebooka. Do tego stopnia, że oficjalnie zaapelowali o odwołanie Liny Khan z racji na prezentowane wcześniej krytyczne poglądy na temat tych dwóch spółek.
Wnioski z trwającego 16 miesięcy śledztwa na temat działalności największych firm technologicznych są jasne: Google, Amazon, Facebook, Apple (GAFA) nadużywają swojej pozycji i działają niezgodnie z zasadami konkurencji. Podkomitet ds. prawa antymonopolowego, handlowego i administracyjnego w liczącym 450 stron raporcie szczegółowo wylicza grzechy cyfrowych gigantów.
Na kanwie dokumentu demokraci zaprezentowali projekty pięciu ustaw, które mogą poważnie naruszyć pozycję gigantów z Doliny Krzemowej. Pierwsza z nich, The American Innovation and Choice Online Act, uniemożliwi firmom faworyzowanie własnych produktów na posiadanych przez siebie platformach. Druga, The Platform Competition and Opportunity Act, pozwoli regulatorom na zablokowanie przejęć wschodzących firm przez dużych graczy. Trzecia, Ending Platform Monopolies Act, zakaże posiadania przez dominujące platformy firm z pokrewnych branż, które stanowią konkurencję dla platformy. Czwarta, The Augmenting Compatibility and Competition by Enabling Service Switching Act, ma wymusić możliwość przenoszenia danych pomiędzy platformami oraz ich interoperacyjność. Oznacza to, że różne usługi (np. sieci społecznościowe) będą musiały zacząć się ze sobą komunikować. Podobnie jak możemy zadzwonić do znajomego, który ma numer w Orange, gdy my mamy w Play, po wprowadzeniu tej ustawy będzie można przesyłać wiadomości między różnymi portalami społecznościowymi. Wreszcie piąta, The Merger Filing Fee Modernization Act, zapewnia dodatkowe środki rządowym agencjom odpowiedzialnym za egzekwowanie przepisów antymonopolowych poprzez podniesienie opłat, które duże firmy muszą uiścić, prosząc o zgodę na fuzję.
W podobnym kierunku idzie dekret prezydencki Joego Bidena. Tu jednak punkt odniesienia jest szerszy, a jest nim wzrost koncentracji i ograniczenia konkurencji na wielu rynkach, od maszyn rolniczych przez refundację biletów lotniczych po przejrzystość ofert usług telekomunikacyjnych. Jednym z kierunków jest ponowny przegląd już zaakceptowanych przejęć, co jest jasnym nawiązaniem do wchłonięcia Instagrama i WhatsAppa przez Facebooka. Innym działaniem, o charakterze horyzontalnym, ale powiązanym z praktykami stosowanymi w obszarze technologicznym, jest ograniczenie możliwości podpisywania z pracownikami umów o zakazie konkurencji – co może sprzyjać konkurencji pomiędzy firmami.
Prace nad regulacjami w obszarze cyfrowym to naturalna odpowiedź na rosnące znaczenie technologii w codziennym życiu, ale też objaw zwiększającej się dojrzałości sektora. Po dekadzie wolności i zachwytu nad nowymi możliwościami i dekadzie rodzących się wątpliwości wchodzimy w czas regulacji napędzanych przez uzasadniony sceptycyzm. Podobne cykle przechodziły wcześniej inne technologie jak samochody czy transport lotniczy. Benedict Evans, niezależny analityk zajmujący się nowymi technologiami, porównuje te cykle, wskazując, że pierwsze 50 lat obecności nowej technologii służy społeczeństwu do zapoznania się z jej działaniem, a kolejne 50 lat z poznawaniem jej często nieoczywistych skutków. Gdzieś pomiędzy tymi półwieczami technologia staje się niezbywalną częścią społeczeństwa i wtedy pojawiają się regulacje. W takim momencie jesteśmy obecnie.
Czy łatwo będzie wyregulować technologie? Wręcz przeciwnie. Nie ma czegoś takiego jak „regulacja technologii”, podobnie jak nie ma „regulacji samochodów”. Na fakt, że powszechnie korzystamy z samochodów w bezpieczny dla siebie sposób, składa się wiele czynników: normy konstrukcyjne, wymogi bezpieczeństwa (np. obowiązkowe pasy), odpowiednia infrastruktura czy przepisy drogowe.
W przypadku nowych technologii takie reguły musimy jeszcze wypracować. Wstępne pomysły Kongresu mają spore wady. Przenoszenie danych wydaje się receptą na zwiększenie konkurencji na rynku portali społecznościowych. Tylko nie zawsze da się przypisać własność do obiektu – np. moje polubienie twojego zdjęcia – co jest czyją daną? Co mogę przenieść bez pytania właściciela zdjęcia o zgodę? Podobnie jest z zakazem sprzedaży własnych produktów na swojej platformie. To, że Amazon walczy z innymi sprzedawcami, stawia go w jednym rzędzie z supermarketami, które tego typu praktyki stosują od dawna. Nie jest to problem specyficzny dla branży wysokich technologii.
Z kolei podział firm na niewiele się zda, jeśli dana usługa opiera się na efektach sieciowych, czyli jest tym bardziej atrakcyjna, im więcej osób z niej korzysta – to prowadzi do naturalnej konsolidacji lub monopolu. Rozbicie monopolu produktowego platform może być korzystne dla konkurencji, ale już nie dla konsumenta. Wczesne wersje edytorów tekstowych pozwalały jedynie na pisanie tekstu, jeśli chcieliśmy mieć opcję liczenia wyrazów, komentowania czy wstawiania przypisów, musieliśmy wykupić taki produkt od niezależnej firmy. Wątpliwe jest, czy ktokolwiek chciałby do tego wrócić.
Cyfrowe platformy wymykają się tradycyjnej krytyce głównie dlatego, że monopol na rynku wyszukiwarek czy mediów społecznościowych nie prowadzi do wzrostu cen produktów. W cyfrowym świecie są one darmowe, choć brak ceny jest tylko pozorny. Za mapy Google’a, Instagram czy Whats Appa płacimy naszą prywatnością. Jednak brak ceny wyrażonej w pieniądzu utrudnia wskazanie szkody, jaką taki monopol generuje – w „materialnej” gospodarce firma o dominującej pozycji na rynku dążyła do podniesienia cen dla użytkowników, czemu z kolei przeciwdziałały organy antymonopolowe. Warunki działania w gospodarce cyfrowej są inne, dlatego nowe regulacje nie powinny koncentrować się na kontrproduktywnym rozbijaniu monopoli rodem z początku XX w., a wypracować nowe sposoby badania rynków i rozwiązania przyznające większą kontrolę użytkownikom i wzmacniające obronę praw pracowników cyfrowych korporacji.
Ryzyka, jakie stwarza bezprecedensowa pozycja kilku firm technologicznych, są już niemożliwe do zanegowania. Skoro bierze się do nich nawet ich ojczyzna, to możemy być pewni, że najbliższe lata przyniosą fundamentalne podważenie dotychczasowego porządku cyfrowej gospodarki.