Reklama
Jak donosi Bloomberg, Microsoft chce zaproponować nawet 10 mld dol. za Discorda. To założony w 2015 r. komunikator internetowy zaprojektowany do porozumiewania się graczy komputerowych, np. w trakcie turniejów gamingowych. Rozwijał się wraz z popularyzacją e-sportu, a ostatnio, podczas pandemii, jeszcze urósł, gdyż stał się platformą do zdalnych rozmów między pracownikami, a nawet miejscem na przeprowadzanie e-lekcji. Dziś Discord bije rekordy popularności: jeśli w 2019 r. miesięcznie korzystało z niego 56 mln użytkowników, rok później udało się podwoić tę liczbę.
Jednym z głównych powodów popularności jest to, że za podstawowe usługi nie trzeba płacić, spółka zarabia na dodatkowych subskrypcjach umożliwiających usługi premium, jak np. przesył większych plików. Co zresztą przekłada się na duże zyski – według szacunków analityków w 2020 r. dochody Discorda przekraczają już 100 mln dol.
Można przypuszczać, że Microsoft tą akwizycją chce zwiększyć potencjał swojej aplikacji Teams, również służącej do zdalnej komunikacji w grupie. Obecność Discorda na rynku gier komputerowych może wykorzystać do większej integracji z dotychczasową ofertą dla graczy i aktywami powiązanymi z konsolą Xbox. Pracy będzie sporo, gdyż szybko poszerza się lista wydawnictw pod kontrolą stworzonego przez Billa Gatesa koncernu. Minęły ledwo dwa tygodnie od wyrażenia zgody Komisji Europejskiej na zakup przez Microsofta za 7,5 mld dol. koncernu ZeniMax, w skład którego wchodzi Bethesda – jedno z najbardziej rozpoznawalnych studiów gamingowych na świecie.
Sporo zmienia się również na chińskim rynku. O tym, jak zaciekła może być dalsza rywalizacja z firmami Państwa Środka, świadczą ich wydatki na start-upy: w ubiegłym roku tamtejszy potentat technologiczny Tencent, właściciel aplikacji WeChat, wydał 12 mld dol. na zakup udziału w 163 perspektywicznych firmach, wyprzedzając tym samym dotychczasowego lidera, czyli specjalizującą się w e-commerce spółkę Alibaba. Jednocześnie Tencent ogłasza rekordowe zyski – wczoraj poinformował, że sprzedaż w IV kw. 2020 r. wzrosła o 26 proc. do poziomu 20,5 mld dol., przebijając tym samym prognozy analityków.
Grupa może jednak nie mieć tyle szczęścia w przyszłych akwizycjach. Władze chińskie z coraz większym niepokojem patrzą na koncerny, które pozostają poza kontrolą państwa, i zamierzają to zmienić. W ostatnim czasie sporo mówi się o tym, że po ograniczeniu wpływów Alibaby (m.in. poprzez kary finansowe za naruszenie chińskiego prawa antymonopolowego czy konieczność rozproszenia części aktywów) teraz Tencent znajdzie się na celowniku rządu. Stąd wskazuje się na potencjalne trudności związane z planowaną przez grupę konsolidacją platform do streamingu gier, zgodnie z którą Huya (w której Tencent ma ponad 50 proc. udziałów) miałoby przejąć DouYu (właściciel WeChata ma tu jedną trzecią udziałów). Obie firmy skupiają prawie 90 proc. wartego 3 mld dol. chińskiego rynku. Jak podał Reuters, powołując się na nieoficjalne źródła, Pony Ma, szef grupy, spotkał się już z przedstawicielami chińskiego nadzoru.
Tencent ma też problemy ze strony konkurencji: firma ByteDance (kontrolująca TikToka) weszła koncernowi na jego własne podwórko, kilka dni temu przejęła Moonton, chińskie studio gier mobilnych. Choć nie podano kwoty transakcji, spekuluje się, że mogło to być nawet 4 mld dol.
Lutowe przychody Moonton to ok. 17 mln dol. Po przejęciu spółka ma je jeszcze bardziej wyśrubować, przede wszystkim dzięki współpracy z TikTokiem, platformą społecznościową obsługującą ok. 700 mln użytkowników miesięcznie. Dzięki temu będzie można dotrzeć z grami do olbrzymiej grupy odbiorców.
W branży technologicznej trwa rynkowa gorączka, którą wzmagają napędzane pandemią świetne wyniki poszczególnych spółek. Firmy prowadzące akwizycje nie oszczędzają na zakupach: w grudniu ogłoszono, że amerykański Salesforce zajmujący się usługami chmurowymi dla firm przejmie platformę do pracy zdalnej Slack za rekordowe 27,7 mld dol.