Dyskusja w sprawie internetowej pornografii rozgrzała na dobre, gdy premier Wielkiej Brytanii David Cameroon zapowiedział uruchomienie specjalnego filtru rodzinnego dla wszystkich użytkowników internetu na terenie Zjednoczonego Królestwa. Ów filtr ma domyślnie blokować wszelkie treści pornograficzne, chroniąc w ten sposób najmłodszych przed dostępem do „zakazanych stron”. Aby go wyłączyć, użytkownik sieci musi zwrócić się bezpośrednio do swojego dostawcy usług internetowych.

"W najciemniejszych zakamarkach internetu dzieją się rzeczy, stanowiące bezpośrednie zagrożenie dla naszych dzieci i trzeba się tego pozbyć" – mówił Cameron, uzasadniając swoją decyzję.

Okazuje się, że pomysł brytyjskiego premiera zainspirował naszych rodzimych polityków. Niektórzy z nich mówią otwarcie, że Polska powinna skorzystać z takiego rozwiązania prawnego. Do tego grona należy również minister sprawiedliwości, Marek Biernacki.

„Pomyślimy o przeniesieniu podobnych regulacji na grunt polski. Ochrona młodych ludzi powinna być naszym priorytetem” – mówił Biernacki w rozmowie z „Gazetą Wyborczą”.

To co dla jednych jest świetnym sposobem na ochronę młodego pokolenia przed dostępem do internetowej pornografii, dla innych stanowi jawną ingerencję w wolność internetu. Dziś internetowa pornografia, a jutro wolność słowa – argumentują osoby sprzeciwiające się jakimkolwiek próbom cenzury internetu.

Nie brakuje również osób, które pomysł premiera Camerona nazywają „rozwiązaniem chińskim”. Państwo Środka ściśle kontroluje wszelkie treści, które chińscy obywatele zamieszczają w sieci. Chiny wprowadził również szereg filtrów, które blokują dostęp do niepożądanych stron internetowych – zarówno ze względów moralnych, jak i światopoglądowych. Przez wiele lat Zachód krytykował takie formy cenzury i wzywał chiński władze do „uwolnienia” internetu. W tym kontekście pomysły premiera Camerona i ministra Biernackiego trącą polityczną hipokryzją.