Reklama
Z Robertem Kwiatkowskim rozmawia Magdalena Rigamonti
Możemy rozmawiać bezpiecznie: ja już przechorowałam koronawirusa, jestem po testach, ode mnie się pan nie zarazi.
W SLD pomór, poszło po ludziach, po klubie i po partii. Już nie wiadomo, kto od kogo ani kiedy. Ja na razie zdrowy.
Bo się pan izoluje od reszty klubu.
Już nagrywamy?
Tak.
Izoluję się, ale nie od klubu. I na pewno nie politycznie.
W zasadzie nie widać pana w tym SLD.
Chętnych w Sojuszu do pokazywania się nie brakuje. Szczególnie tych młodych, energicznych i przebojowych.
Mówi pan o Włodzimierzu Czarzastym? On jest ciągle u was najbardziej energiczny i przebojowy.
To wicemarszałek Sejmu.
A pan zwykły poseł.
Szeregowy.
Zazdrości pan prezesowi TVP Jackowi Kurskiemu?
W życiu. Co też pani mówi? Czego miałbym mu zazdrościć?
Władzy w mediach, władzy mediów.
Kurski zrobił rzecz niewybaczalną i nieodwracalną: uzależnił swój los oraz los TVP od partyjnej centrali.
Pan też był prezesem TVP z partyjnego nadania. Z nadania SLD.
Ale tak, jak jest teraz w TVP, to nie było nigdy, a już na pewno nie za moich czasów. Można o mnie różne rzeczy mówić, ale sam podejmowałem decyzje i ponosiłem za nie odpowiedzialność. A dzisiaj decyzje podejmowane są w centrali PiS, zaś władza w TVP to filia dworu na Nowogrodzkiej. Liczy się tylko wola Jarosława Kaczyńskiego. Zresztą, jak czytam plotki, których nie jestem w stanie zweryfikować, to decyzję o zdjęciu z anteny TVP kolejnego przełomowego filmu Ewy Stankiewicz o katastrofie smoleńskiej podjął właśnie prezes PiS. Nie wiem, czy nie protestować przeciwko bezwzględnej cenzurze.
Ironia się pana trzyma.
Jaka ironia? Stankiewicz słynie z przełomowych odkrywczych dokumentów.
„Trzech kumpli” to świetny film.
Świetny film z tezą.
To opowieść o zamordowaniu przez reżim komunistyczny młodego opozycjonisty Stanisława Pyjasa. Opowieść o kumplach Pyjasa: Bronisławie Wildsteinie, i tym drugim, współpracującym z bezpieką, Lesławie Maleszce.
Trudno nazwać ten film dokumentem. Na pewno był wydarzeniem przełomowym.
Film pokazał w 2008 r. TVN, a nie TVP.
Ale autorka była zawsze ta sama – Ewa Stankiewicz.
Pan był politykiem.
Kiedy?
Kiedy był pan prezesem TVP.
A skąd. Protestuję przeciwko takiej tezie. Byłem menedżerem.
Z bezpośrednim telefonicznym połączeniem z prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim.
Wywodzimy się z jednego środowiska.
Dlatego mówię o telefonie.
W gabinecie prezesa TVP była specjalna łączność rządowa, którą odziedziczyłem po poprzednikach.
To był duży telefon z przyciskami do premiera i ministrów?
Pamięta pani stacjonarne telefony? To był taki sam telefon, jak każdy inny. Były już też wtedy telefony komórkowe.
Do prezydenta dzwonił pan ze stacjonarnego?
Jak była taka potrzeba, to tak, łączyłem się przez sekretariat.
A była potrzeba?
Że niby ustalałem z Kwaśniewskim, jak mają wyglądać „Wiadomości”? Zapewniam, że nie było tak jak teraz. Do kontaktów z prezydentem dochodziło często, jednak istotniejsza niż częstotliwość kontaktów była wspólnota poglądów. I takie wspólne, nieuzgadniane widzenie świata, widzenie Polski, problemów, z jakimi wówczas przychodziło się nam mierzyć. Być może zabrzmiało górnolotnie, ale kiedy spojrzymy, czego byliśmy uczestnikami w tamtym czasie, między połową lat 90. a połową lat dwutysięcznych, to były to przecież te historyczne procesy, które nas zaprowadziły do wspólnoty obronno-gospodarczo-cywilizacyjnej Zachodu. Konstytucja to 1997 r., wejście do NATO to 1999 r., dołączenie do Unii Europejskiej to 2004 r. To się właśnie działo. A ja, prezes TVP, miałem ambicję być menedżerem, nie politykiem. Byłem menedżerem, który miał ambicję robić telewizję prawdziwie nowoczesną, lubianą, do tego bardzo sprawną. Pamiętam, jak niektórzy się obruszali, kiedy mówiłem o TVP – firma. Marek Jurek protestował przeciwko temu, mówiąc, że to instytucja publiczna.
Był pan politykiem związanym z SLD, kiedy w 1998 r. zostawał pan prezesem TVP. Przecież pan był jednym z prowadzących kampanię prezydencką Aleksandra Kwaśniewskiego.
Moment, kampanię prowadzili Krzysztof Janik, Danuta Waniek i Marek Siwiec. A ja byłem w niej czynny jak inni doradcy i konsultanci. Proszę nie przykładać dzisiejszej miary do ówczesnych wydarzeń. Byłem wtedy człowiekiem mediów i w pewnym sensie jestem nim do tej pory. Oczywiście byłem osobą o licznych kontaktach politycznych, ale one nie miały sformalizowanego charakteru. Od tego uciekałem.
To nawet lepiej. Był pan po prostu prezesem sprzyjającym prezydentowi Kwaśniewskiemu i rządowi SLD.
Przed chwilą mi pani mówiła, że byłem politykiem, a ja politykiem się stałem, kiedy wstąpiłem do Twojego Ruchu, a w zasadzie Europy Plus.
To była porażka polityczna Janusza Palikota.
Ten projekt był...
Niewypałem.
Spalił na panewce. Choć po latach okazało się, że projekt połączenia sił liberalnych i lewicowych w Polsce ma sens. Ostatnie wybory dały nam – połączonym siłom lewicowo-liberalnym – 12,5 proc.
Kto u was jest siłą liberalną? SLD, Razem czy nieistniejące ugrupowanie Roberta Biedronia?
W tradycyjnym rozumieniu – ugrupowanie Biedronia. To połączenie dało nam co ósmy głos, co po latach nieobecności i biedy, braku środków budżetowych na prowadzenie kampanii, uznaję za przyzwoity wynik. Za czasów prezesury w TVP bardziej mnie interesowała oglądalność „Wiadomości” niż to, jakie tematy są w nich podejmowane.
Interesowało też pana, żeby nie pojawił się materiał z Charkowa, z cmentarza katyńskiego, na którym widać, że prezydent Kwaśniewski jest pijany (o kulisach tego wydarzenia opowiadał Jerzy Dziewulski w wywiadzie pt. „Miałem z Głódziem na pieńku”, który ukazał się w Magazynie DGP 28 kwietnia 2017 r. – red).
Nie bardzo to wszystko pamiętam. Wiem, że były kłopoty z taśmą z Charkowa.
Nie chcieliście tego materiału wyemitować.
A to bez wątpienia.
Teraz TVP także nie pokazuje niewygodnych materiałów dla własnego obozu rządzącego, nie pokazuje materiałów kompromitujących dla sprzymierzonego z PiS-em Kościoła, nie ma materiałów o pedofilii w Kościele.
Wydaję mi się, że to są rzeczy nieporównywalne.
Porównywalne, tylko skala inna.
Koniec końców materiał z Charkowa został wyemitowany i nie mam w tej sprawie nic do dodania. Poza tym, że wolę w telewizji oglądać pijanego Kwaśniewskiego niż trzeźwego Andrzeja Dudę. Ale to już jest kwestia gustu i indywidualnych wyborów. Historia, a w zasadzie prehistoria.
To historia TVP, a pan był jej prezesem przez prawie sześć lat.
Materiał z Charkowa się pojawił. A prawica intensywnie to eksploatowała w trakcie kampanii prezydenckiej w 2000 r. Nie przeszkodziło to jednak Kwaśniewskiemu zostać ponownie prezydentem – i to w pierwszej turze.
Pomógł pan, TVP pomogła.
Nie trzeba było. Para prezydencka była wtedy u szczytu popularności. Zresztą ślady tej niegasnącej popularności widać do dziś. Takiej drugiej pary to jeszcze przez długi czas mieć nie będziemy. Jakby tu powiedzieć, żeby pani nie urazić: to, co jest ważne z pani perspektywy, jest nieważne z punktu widzenia opinii publicznej, którą się pani tak przejmuje i którą pani reprezentuje.
Dobrze pan wie, że ważne, bo pan jako prezes TVP i sprzymierzeniec prezydenta nie chciał emitować kompromitujących go filmów.
Ani Charków, ani sprawa z dyplomem magisterskim, a w zasadzie z brakiem tego dyplomu, nie wpłynęła na wynik wyborów. Usiłowano zrobić z tego skandal, powód do tego, żeby wręcz unieważnić wybory, a okazało się, że dla opinii publicznej było to nieistotnie. Więcej, dla wyborców Kwaśniewski był człowiekiem po prostu wykształconym.
A że oszukał, wróć, minął się z prawdą, mówiąc, że ma wyższe wykształcenie, nie miało znaczenia.
Jemu nie potrzeba było dyplomu, niezależnie jak z tym było z formalnego punktu widzenia.
Przecież pan wie, jak wiele zależy od tego, jak takie zdarzenie zostanie przedstawione w głównym programie informacyjnym.
Pani mnie teraz pyta jako przyjaciela Kwaśniewskiego, czy jako człowieka, który jakoś tam odpowiadał za media?
Jakoś tam? Był pan prezesem telewizji publicznej.
OK, pani próbuje postawić tezę, że odpowiadałem za najsilniejsze wówczas medium w Polsce, łącząc pozycję polityczną i poparcie dla Kwaśniewskiego. A ja powtórzę, że dla realnej pozycji politycznej Kwaśniewskiego taki Charków czy sprawa magisterki nie miały większego znaczenia. Kiedy był ten Charków, bo już nawet nie pamiętam?
W 1999 r., zaraz po tym, jak pan został prezesem TVP.
Rok później była kampania prezydencka. Szefem sztabu Mariana Krzaklewskiego był Wiesio Walendziak, który na telewizji się zna i ma ciężką rękę. Wyciągnięto te taśmy z Charkowa. Pokazywał to Tomasz Lis niemal na okrągło – na tym też budował swoją pozycję niezależnego dziennikarza. Potem prezentowali je wszyscy w swoich audycjach wyborczych. I nic się nie stało, ponieważ ludzie nie zwrócili na to większej uwagi. To było dolegliwe dla Kwaśniewskiego, ale miał on niepodważalną pozycję, autorytet i popularność. Kropka.
Gdyby prezesem TVP był wtedy Marek Jurek albo Jarosław Kaczyński, to też by miał?
Pytała mnie pani, czy pomagałem Kwaśniewskiemu.
Pytam o siłę mediów.
Siła mediów jest niekwestionowana, zwłaszcza Telewizji Polskiej.
Właśnie. Jasno pan w końcu mówi, że TVP miała wpływ na politykę, na wyniki wyborów.
Jasno też mówię, że Kwaśniewskiemu nie musiałem pomagać. Maszyna wyborcza sama pracowała na jego popularność. A decyzje, które podejmował, z dzisiejszej perspektywy wydają się zbawienne. A to, jak działa telewizja i jaka jest jej siła, widzimy po ostatnich wynikach wyborczych. Proszę pamiętać, że to jest teraz dwa razy mniejsza telewizja niż za moich czasów. TVP Jacka Kurskiego jest połową TVP Kwiatkowskiego, ponieważ siłę firmy liczy się udziałem w rynku. Telewizja Kurskiego ma 28 proc. udziału w rynku, kiedy ja odchodziłem, ten udział wynosił 54,5 proc. Ktoś więc rąbnął połowę publicznej telewizji i naród się nie zorientował.
To nie wina Kurskiego, choć to on mówił podobno, że ciemny lud wszystko kupi.
Byłbym niesprawiedliwy, gdybym zwalał winę tylko na Kurskiego. To jest niestety robota moich następców, a raczej ich zaniechania. Nie zliczę ich wszystkich, było ich z nastu. Farfał, Urbański, Orzeł... Nie wiem, czy to jest wywiad z byłym prezesem, czy z obecnym posłem. Wiedziałem, że umrę jako były prezes TVP.
Przecież ważniejszej funkcji pan życiu nie sprawował.
To jest chyba ważne tylko dla dziennikarzy.
A dla pana nie?
Jest. To moje największe życiowe wyzwanie.
Zakończone krachem, czyli aferą Rywina. Tym, że był pan w grupie trzymającej władzę.
Nie byłem. I to wiadomo od początku. Rywin mówi o tym w nagranej rozmowie z Adamem Michnikiem. Niezależnie od tego, czy ta grupa istniała, czy nie, to Rywin wyraźnie powiedział, że Kwiatkowski do niej nie należał. Cała reszta to interpretacje bądź konfabulacje.
Wtedy rozpoczęła się oszałamiająca kariera Zbigniewa Ziobry.
Ale to Jan Rokita był najjaśniejszą gwiazdą komisji śledczej. Wszystko to była taka międzypartyjna nawalanka, w której SLD nie wiedział, jak się zachować i przegrał. Komisja była spektaklem politycznym, który pół Polski oglądało z zapartym tchem. Sala kolumnowa, za stołem prezydialnym sędziowie albo, jak kto woli, apostołowie wymiaru sprawiedliwości, a z drugiej strony złoczyńcy: Miller, Belka, Cimoszewicz, Kwiatkowski. Wszyscy poddawani w quasi reality show osądowi opinii publicznej. SLD nie wytrzymało ciśnienia. Leszek Miller podszedł do komisji zbyt uczciwie, co zresztą później sobie wyrzucał. Trzeba umieć zarządzać sytuacjami kryzysowymi. Sojusz nie umiał. Z perspektywy czasu widać, że każda ekipa rządowa ma do czynienia z poważnym kryzysem. Platforma miała ośmiorniczki i aferę hazardową.
PiS też miał, ale PiS-u nic nie rusza.
Poczekamy, zobaczymy.
Coś pan planuje?
Nie, ja jestem z innej szkoły uprawiania polityki.
Kto ma media, ten ma władzę?
To uproszczenie. W 2015 r. Kaczyński nie miał mediów, a władzę zdobył.
Ale szybko media przejął.
On ma taki system wartości, że tylko władza się liczy. Jego nic innego nie interesuje. Reszta jest traktowana instrumentalnie. Kiedy SLD przyszło do władzy, to nie robiło skoku na media publiczne, choć prezydent Lech Wałęsa publicznie to nam proponował.
Prezydent Duda rozmawiał z panem na temat pańskiego członkostwa w Radzie Mediów Narodowych?
Nigdy.
Zgodził się, żeby pan, polityk z korzeniami w PZPR, był w RMN.
Mam korzenie gdzie indziej, nie w PZPR.
Przecież należał pan do PZPR. Przecież zapisał się pan z własnej nieprzymuszonej woli.
Pani nie chce mnie słuchać.
Ależ słucham.
Czym innym jest przynależność do PZPR – tak, byłem w tej partii od 1985 r., a czym innym korzenie. Moje korzenie to ZSP Ordynacka. To jednak trochę inny świat niż PZPR.
Ordynacka to była lewicowa, socjalistyczna organizacja wspierająca komunistyczne rządy w Polsce.
Lewicowa, inteligencka.
Przecież Solidarności nie wspieraliście.
No pewnie, że nie.
Aż się pan żachnął.
Ale panią te lata 80. i 90. ciągną.
Ciągną, bo pan wzrastał w świecie, w którym była cenzura, nie było wolnych mediów i pan się temu nie sprzeciwiał. Do tego wyrósł pan w komunistycznym domu.
Niech mi pani opisze komunistyczny dom.
Pana ojciec był doradcą gen. Wojciecha Jaruzelskiego.
Nie miałem wrażenia, że czymś się wyróżniamy. Byłem też ochrzczony.
Potajemnie?
Chyba bez imprezy. A Kościół zbrzydł mi w trzeciej klasie szkoły podstawowej i trwam w stanie niewierzącym do teraz. Mój dom był tradycyjny. Rodzice mają się dobrze, kocham ich i szanuję. Ojciec profesor, pułkownik. Wielki awans społeczny. Jego rodzina wywodzi się spod Przemyśla, mamy z Tarnopola.
Jak się wyrasta w takim domu, związanym z obozem władzy, to się dostaje określony zestaw poglądów.
Wtedy obóz władzy był reprezentatywny i bardzo powszechny. Ojciec był członkiem PZPR, partii, która miała trzy miliony ludzi, był wojskowym.
No właśnie, jak się ma takie poglądy, to potem w wolnej Polsce gen. Jaruzelski jest bohaterem, a nie zbrodniarzem, a stan wojenny wprowadził po to, żeby ratować Polskę – i tak to jest potem przedstawiane w TVP.
Jesienią 1981 r. wszyscy już mieli dosyć tego, co się działo, a nikt nie wiedział, co zrobić. Karnawał Solidarności sam się wyczerpywał. Jedni nie chcieli ustąpić, drudzy nie mogli. Ocet na półkach był rarytasem, zima była prawdziwa, a Rosjanie mówili, że rurociąg Przyjaźń przestanie działać, więc uważam, że wprowadzenie stanu wojennego przez Jaruzelskiego było jedynym rozsądnym posunięciem.
Dla większości w RMN jest pan komuchem, lewakiem.
Szczególnie dla przewodniczącego Rady Krzysztofa Czabańskiego, który przez lata był członkiem PZPR. Z atmosfery na posiedzeniu nie wnosiłem, by się do mnie pozostali członkowie rady odnosili wrogo czy niechętnie. Nie, Joanna Lichocka nie pokazywała mi środkowego palca. Wszedłem do RMN, bo z członkostwa zrezygnował Grzegorz Podżorny i wiadomo było, że miejsce po nim jest dla opozycji, a że nominacji dokonuje prezydent... Jedno miejsce od początku istnienia RMN zajmował Juliusz Braun, więc było jasne, że drugie miejsce będzie dla Lewicy. Zebrał się klub i zarekomendował kandydaturę byłego prezesa TVP.
Dajmy Kwiatkowskiemu, bo się nudzi – tak to było?
Nie, bo się nie nudzę. Mam funkcji aż za dużo. Przede wszystkim zajmuję się swoim okręgiem – Toruń, Grudziądz, Włocławek. Masa miast i masa spraw. Jestem nowy w okręgu, więc muszę pracować w dwójnasób. Mam więc co robić i czym się zajmować.
Po co panu ta RMN? Przecież pan jest tam pionkiem, zawsze pana przegłosują.
Złożono mi tę propozycję, ponieważ, powiem zarozumiale, znam się na mediach. Stosowny wniosek został złożony, skierowany do prezydenta, a następnie odesłany już podpisany. I ani prezydent, ani żaden z urzędników nie skalali się kontaktem ze mną, z posłem Lewicy.
Prawo pozwalało nie zaakceptować pańskiej kandydatury.
Tak. Nie skalał się też odmową.
To jeszcze raz: po co to panu? Chodzi o te trzy tysiące złotych miesięcznie?
Jeszcze nie dostałem żadnych pieniędzy. Nie podpisałem też żadnej umowy. Na razie odbyło się kilka posiedzeń RMN na zoomie. A jeśli chodzi o to, po co mi ta rada, to ta instytucja nie jest taka od czapy, jak się powszechnie sądzi. Uważam, że przemija postać świata i to, co się dzieje w polityce, też się zmieni. Za chwilę wybory prezesa telewizji.
Proszę się nie łudzić, nie będzie żadnych wyborów.
Oczywiście, bo prezesa wskaże prezes. Formalną rolę do odegrania w tej sprawie ma jednak RMN. I albo patrzy na ręce, albo nie. Ja wolę być i patrzeć. Nieobecni nie mają racji. Tam wszyscy zdają sobie sprawę, że jest jeszcze problem Polskiego Radia. Oczywiście można zamknąć oczy i powiedzieć: Polacy, nic się nie stało. Jednak jest świadomość, że cała ta historia z Trójką przebiła tę ze stadniną koni w Janowie Podlaskim.
Skoro Polaków nie interesował pijany prezydent w Charkowie, to co ich obchodzi Trójka?
Bardzo proszę, niech pani tego nie łączy. Poczekamy, zobaczymy. Uważam, że coraz więcej Polaków zaczyna się jednak interesować spustoszeniem, które robi PiS. To, co się dzieje w PiS-owskich mediach, rezonuje. Sytuacja dojrzewa. Kiedy dojrzeje – nikt nigdy nie wie. Na tym też polega urok polityki, że jest nieprzewidywalna.
Czyli uważa pan, że to przez media przeleje się czara goryczy.
Oglądała pani ostatnio „Wiadomości”?
Często oglądam.
Tam argumentacja jest tak toporna, tak paździerzowa, że nawet niektóre środowiska prawicowe odrzucają programy informacyjne TVP. Powiedziałbym, że oby tak dalej. To sięgnie jakiegoś ekstremum, bo nie chcę powiedzieć, że dna.
Jak się to ogląda przez dwa tygodnie bez przerwy, można uwierzyć, że tak wygląda świat...
Przez jakiś czas prowadziłem firmę butelkującą wodę.
W pana oświadczeniu majątkowym jest napisane, że ma pan ponad dwa miliony akcji firmy butelkującej wodę mineralną.
Tak. W związku z tym mieszkałem pod Jelenią Górą. Tam ludzie odbierają głównie kanały telewizji publicznej. I powiem pani szczerze, że można się dać uwieść.
Michał Adamczyk, teraz główny prezenter „Wiadomości”, którego kiedyś pan zatrudniał, będzie dumny, kiedy to przeczyta.
Przyjmował go Piotrek Sławiński, szef „Wiadomości”. Myślę, że Adamczyk i wszyscy inni tam wiedzą, że wszystko to, co robią, jest do czasu. Gierkowi propaganda nie pomogła. A przecież miał monopol informacyjny, a do tego masę innych zalet, których Kaczyński nie ma.
Będzie pan w RMN protestował, oplakatowywał się, przykuwał do kaloryfera przeciwko propagandzie w TVP?
Wyobraża sobie pani mnie w tej roli? Jeśli wierzyć plotkom o tym, co się mówi w Pałacu Prezydenckim, i jeśli weźmie się pod uwagę znaną skłonność przewodniczącego Czabańskiego do prezesa Kurskiego, to może nie trzeba będzie protestować, zmiana na stanowisku szefa TVP nastąpi sama. Oczywiście trzeba zapytać, co zmieni ewentualna zmiana Kurskiego na innego bulteriera.
Nie ma drugiego takiego.
Lepsze jest wrogiem dobrego. No cóż, tacy ludzie nami rządzą, sami ich wybraliśmy, nikt nam ich nie narzucał, żadne Ruskie. Więcej, jak już to wszystko wiedzieliśmy, to pół roku temu wybraliśmy Andrzeja Dudę na prezydenta.
W 2015 r. SLD chciało, żeby prezydentką była Magdalena Ogórek.
Mnie proszę z tym nie mieszać. Miller podejmował lepsze i gorsze decyzje w swoim życiu politycznym – i ta była tego drugiego rodzaju. Nie chciałbym, żeby powstało mylne wrażenie, że bronię tej decyzji, ale wówczas był popyt na młodą kobietę.
A Barbara Nowacka odmówiła.
Andy Warhol mawiał, że każdy w życiu ma swoje 15 minut – i moim zdaniem Nowacka je wówczas zmarnowała. Gdyby wtedy wystartowała, byłaby dzisiaj na innej pozycji, lewica byłaby na innej pozycji. I okazało się, że jest młoda dziennikarka ze znakomitymi kontaktami w sferach medialnych...
Słyszałam, że powstaje książka, również o kontaktach Magdaleny Ogórek, także w sferach medialnych.
Niejedna osoba pewnie się zarumieni. Cóż, życie, życie jest nowelą.
To chyba nie pan wprowadzał do TVP „Klan”, z którego pochodzi ta piosenka?
Nie, to Ryszard Miazek. Ja wprowadzałem „M jak miłość”, „Na dobre i na złe”. Wszystko do tej pory jest na antenie.
Miał pan nosa do tego, czy ludzi?
Ludzi. Nieocenioną Ninę Terentiew.
Pan uchodzi za sztywniaka.
Wszyscy mi mówią, że przy bliższym poznaniu zyskuję. No, ale iluż ludzi mogę bliżej poznać.
W TVP był pan nieprzystępny.
Tam prezes miał silny autorytet instytucjonalny. Jak się namnożyło tych prezesów jak królików, to nikt ich nie mógł traktować równie poważnie, jak Kwiatkowskiego, który rządził prawie sześć lat. Nikt nie musiał mnie lubić, wystarczy, że mnie szanowali.
Kurski też jest już długo.
Może go lubią? Zdewastował telewizję. Uzależnił ją od partii i od finansowania z garnuszka państwa. To demoralizujące, i to się obróci przeciwko telewizji. W bardziej normalnych czasach ktoś zapyta, czy wydawać miliard na TVP czy na onkologię. I naród w tej sprawie nie będzie miał wątpliwości i politycy z czasem też. Wszyscy będą mieli dość finansowania bardziej czy mniej udawanych gwiazd.
A ile zarabiali gwiazdorzy „Wiadomości”, kiedy był pan prezesem TVP?
Dobrze zarabiali.
40 tys. zł miesięcznie?
Znacznie więcej. Zarabiali naprawdę dobre pieniądze, bo mieliśmy bardzo dobrych prowadzących. Gwiazdami byli Jolanta Pieńkowska i Kamil Durczok.
Czyli nie ma co się burzyć, kiedy słyszymy o zarobkach Danuty Holeckiej czy Adamczyka?
Proszę to porównać z wynikami. Durczok z Pieńkowską mieli sześciomilionową widownię. A jaką widownię mają Holecka i Adamczyk? O połowę mniejszą.
Śledzi pan to?
Obowiązki członka RMN. ©℗ti