Pomysł przemeblowania rynku mediów pojawia się w debacie publicznej od początku tej kadencji. Politycy partii rządzącej co pewien czas podnoszą go w coraz to nowych wersjach. Od kilku lat nie zmienia się tylko jedno: nader czytelna intencja podporządkowania sobie mediów prywatnych, by tak jak te publiczne życzliwie przedstawiały władzę, a w czarnych barwach opozycję.
Plany utemperowania tych tytułów prasowych, stacji radiowych i telewizyjnych oraz serwisów internetowych, które uparcie trzymają się zasady krytycznej oceny całej sceny politycznej, funkcjonują pod dwoma hasłami: repolonizacji lub, w wersji eufemistycznej, dekoncentracji. Wicepremier i minister kultury Piotr Gliński przyznał niedawno w radiowej Trójce, że jego resort ma „pewne projekty” dekoncentracyjne, które „czekają na swój polityczny czas”. Zajrzyjmy więc do szuflady z pomysłami PiS na media.
Najbardziej chwytliwe dla elektoratu Prawa i Sprawiedliwości jest hasło repolonizacji wpisujące się w narodową narrację. Uwypukla się wtedy obce pochodzenie kapitału finansującego „złe” media. Ponieważ są własnością zagranicznych koncernów, nie myślą po polsku – i dlatego krytykują rząd. Trzeba je więc oddać narodowi, a wtedy zmienią ton. Narzędziem repolonizacji miały być progi maksymalnego udziału kapitału zagranicznego w firmach medialnych. Nieoficjalnie mówiło się o pułapach 15-, najwyżej 20-procentowych. Projekt marzenie.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.