W naszym kraju jest 10,8 mln hektarów pól, które są systematycznie uprawiane. Zaledwie 3 mln ha zasiewów jest przez rolników ubezpieczane na wypadek przymrozków, gradobicia czy suszy.

Robi to tylko ok. 10 proc. z niespełna 2 mln gospodarzy. Gównie dlatego, że w Polsce istnieje obowiązek ubezpieczania połowy areału obsianego zbożem i rzepakiem. Andrzej Janc, dyrektor biura ubezpieczeń rolnych w Concordii, uważa, że rolnicy kupują polisy tylko dlatego, że część składki płaci za nich państwo. – Decyzja o poszukiwaniu oszczędności budżetowych gdzie się tylko da, w efekcie której dotacja została zmniejszona z 203 do 183 mln zł, spowoduje, że kolejne 200–300 tys. hektarów pozostanie bez ochrony – wyjaśnia Janc. Dlaczego? Bo mimo że rolnicy mają obowiązek, nie kupią polisy, bo ich na to nie stać. Ci z producentów rolnych, którym budżet nie dopłaci do składki ubezpieczeniowej, musieliby wykupić ubezpieczenie komercyjne. Według Janca zainteresowanych taką polisą osób może być nie więcej niż 10 proc. spośród tych, którzy dotąd mieli polisy z dotacją. Przy wsparciu z budżetu państwa pokrywają bowiem z własnej kieszeni tylko połowę wyliczonej przez ubezpieczyciela składki. A ta jest różna w zależności od rodzaju upraw. Na przykład cena za hektar rzepaku to średnio 350 zł (połowę pokrywa dopłata), za hektar zboża – 150 zł.

O tym, że dotacje stanowią ważną zachętę dla rolników, aby po polisę sięgnąć, świadczą badania Europejskiego Funduszu Rozwoju Wsi Polskiej. Raport „Modyfikacja systemu ubezpieczeń upraw w Polsce” podaje, że liczba zawartych umów ubezpieczenia upraw rolnych w 2012 r. wyniosła ponad 135 tys. Od momentu wprowadzenia dotowanych ubezpieczeń upraw, czyli od 2005 r., liczba zawieranych umów zwiększyła się z niecałych 50 tys. do niemal 140 tys. – W 2012 r. było w Polsce 136 tys. obowiązkowych polis upraw rolnych na kwotę ok. 355 mln zł – tłumaczy Marcin Tarczyński, analityk Polskiej Izby Ubezpieczeń.