Jeśli działalność w Niemczech okaże się dla nas zadowalająca, to myślimy też o innych rynkach: Czechach, Francji i Wielkiej Brytanii. Kwestia, czy wyjdziemy z Ukrainy, nie została rozstrzygnięta - mówi w wywiadzie dla DGP Zbigniew Jagiełło, prezes PKO BP.
Reklama
W bankach panuje tendencja do podwyższania prowizji i opłat. Czy klienci reagują na te podwyżki, rezygnując z usług?
Każdy przedsiębiorca, który prowadzi działalność zarobkową, stara się w tych warunkach, w których funkcjonuje, zarabiać jak najwięcej i pozyskać jak najwięcej klientów. Firmy, które wydają gazety, chcą jak najwięcej zarabiać na ogłoszeniach, na sprzedaży gazet, mieć jak największą bazę klientów. W podobny sposób postępują banki. Chcą zarabiać i mieć jak najwięcej klientów. Konkurencja powoduje jednak, że nie można bez ryzyka podnosić cen, bo grozi to utratą klientów. Natomiast w środowisku niskich stóp procentowych możliwość zarabiania na tym, co było i jest nadal najważniejszą częścią przychodów banków, czyli przychodach odsetkowych, jest mniejsza. To sprawia, że banki szukają zysku w obrębie prowizji i opłat. Taką strategię stosują wszystkie banki na całym świecie.
Nie dostrzegam, by zmiany w tabelach opłat i prowizji powodowały u nas czy w innych bankach znaczne wahania liczby klientów. Po pierwsze, te zmiany cenowe nie są drastyczne. Po drugie, dokonują ich wszyscy gracze.
PKO BP przybyło w I kw. tysiąc klientów, posiadaczy rachunków osobistych. Początek roku zawsze jest taki słaby?
W I kw. 2015 r. byliśmy skoncentrowani na działaniach związanych z przejęciem Nordei. Najważniejszą dla nas rzeczą było sfinalizowanie fuzji operacyjnej. Poza tym dostosowywaliśmy się do wymagań rekomendacji U dotyczącej bancassurance, która weszła w życie z początkiem kwietnia. Trzecią ważną dla nas rzeczą w tym okresie był start operacyjny banku hipotecznego.
Jeśli chodzi o liczbę klientów, to chcemy, żeby stale rosła. Ale jesteśmy na tyle dużym bankiem, że to nie jest nasze najważniejsze zadanie. Poza wzrostem musimy się skupić na tym, by klienci, którzy u nas są – a mamy ich najwięcej w Polsce – byli jak najlepiej obsługiwani.
Wśród bankowców zapanowała moda na sprzedaż pożyczek gotówkowych. Podobnie było przed kryzysem. Wtedy skończyło się dużą liczbą złych kredytów. Nie obawia się pan powtórki?
My oferujemy kredyty gotówkowe głównie własnym klientom. Nie sprzedajemy ich też przez zewnętrznych pośredników. Jeśli porównamy nasz udział w rynku kredytów konsumenckich z udziałem w depozytach czy rachunkach, to widać, że jesteśmy wciąż „niedoważeni”, jeśli chodzi o te kredyty. Czyli nasi klienci korzystali z ofert innych instytucji finansowych. W ciągu ostatnich dwóch lat to się zmieniło na korzyść, ale do ponad 20-proc. udziału, który mamy w rachunkach, jeszcze trochę nam brakuje.
Natomiast widzę tu bardziej generalny problem. W Polsce udział kredytów gotówkowych do PKB jest już powyżej średniej unijnej. Ważne, by ich wartość i liczba nie rosły w niekontrolowany sposób. Żeby faktycznie nie powstała jakaś szokowa presja w przyszłości.
Prezesa największego banku w kraju można chyba zapytać też o to, jak z tym wyzwaniem powinniśmy sobie poradzić.
Z naszej perspektywy odpowiedzią jest sprzedaż tych kredytów przede wszystkim własnym klientom. Rzecz dotyczy jednak całego rynku. Musimy pamiętać, że stopy procentowe są obecnie niskie, więc dostępność kredytów jest duża. Działa też wiele instytucji pozabankowych, co powoduje, że z jednej strony jest większa konkurencja, ale z drugiej – stwarza to większą zachętę do podejmowania przez klientów decyzji pod wpływem impulsu. Można bowiem otrzymać pożyczkę, nie będąc sprawdzanym w BIK i nie składając oświadczenia o dochodach. Problem jest więc systemowy, nie dotyczy tylko banków, ale całego organizmu państwowego.
A więc powinno wkroczyć państwo?
Rząd podjął działania, aby ograniczyć działalność instytucji niebankowych po to, by przeciwdziałać ryzyku w przyszłości.
Spodziewałby się pan zaostrzenia rekomendacji T dotyczącej kredytów konsumpcyjnych, która kilka lat temu została złagodzona przez Komisję Nadzoru Finansowego?
Nie sądzę, by było to potrzebne w sytuacji, gdy mamy przed sobą perspektywę dobrej koniunktury gospodarczej nie tylko w 2015, ale i w 2016 r.
Kiedy w waszej ofercie pojawią się kredyty hipoteczne o stałym oprocentowaniu, które były przez pana zapowiadane jakiś czas temu?
Takie kredyty będą mogły się pojawić, gdy parlament uchwali nowelizację ustawy o listach zastawnych.
To znaczy, że jesteście operacyjnie gotowi do tego, by zacząć ich udzielać? Jak szybko od wejścia w życie nowych przepisów te kredyty będą dostępne? Natychmiast?
Natychmiast raczej nie. To jest związane z techniczną stroną oferowania takich kredytów. Najpierw trzeba wyemitować listy zastawne o stałym oprocentowaniu, by z tego źródła finansować te kredyty.
Można też najpierw sprzedać kredyty, a później wyemitować pod nie listy zastawne.
Można robić i tak, i tak. My chcemy podejść do tego ostrożnie. Nie wiemy, jaka będzie sytuacja w momencie emisji listów zastawnych. Koniunktura może się bowiem gwałtownie zmieniać. Ostrożność w podejściu do oferty, którą będziemy składać klientom, wymaga uwzględnienia tego elementu.
A więc ile trzeba będzie czekać na te kredyty? Trzy miesiące od wejścia w życie ustawy? Pół roku?
Kilka miesięcy powinno wystarczyć.
Czy robiliście szacunki, ile taki kredyt by kosztował, biorąc pod uwagę np. obecne warunki rynkowe?
Nie sądzę, by był znacząco droższy lub tańszy od bieżącej oferty. Natomiast miałby ten walor, że przez najbliższe 5–7 lat jego rata by się nie zmieniała. Zapewniałoby to stabilność finansom domowym.
Jakie będą efekty niedawnego wyroku Trybunału Konstytucyjnego, który zakwestionował instytucję bankowego tytułu egzekucyjnego?
Ten wyrok per saldo pogarsza sytuację banków i klientów, a jest korzystny dla kancelarii notarialnych i prawników. BTE, który był bardzo restrykcyjny, ale tani, będzie zamieniony na coś bardziej elastycznego, ale droższego. Banki, aby chronić depozyty, z których są udzielane kredyty, będą wymagać innych zabezpieczeń, np. weksla czy umowy notarialnej.
Czy PKO BP już wymaga notarialnego oświadczenia o dobrowolnym poddaniu się egzekucji?
Nie stosujemy żadnych nowych form zabezpieczeń. Proszę zauważyć, że trybunał rekomendował parlamentowi znalezienie systemowego rozwiązania do lipca 2016 r. Nie wiemy, jak ono będzie wyglądało.
Porozmawiajmy o wynikach działalności na Ukrainie. Chwaliliście się tym, że wasz tamtejszy bank jest najbezpieczniejszy. Ale strata grupy PKO BP na Ukrainie wyniosła w I kw. 60 mln zł. Czy zastanawiacie się nad wyjściem z tego rynku?
PKO Bank Polski wszedł na Ukrainę w 2004 roku. Wtedy ówczesne kierownictwo banku podjęło decyzję o zakupie Kredobanku. Gdy pięć lat temu przyszedłem do PKO, jedyne co można było robić, to zwiększać odpisy na jego portfel kredytowy. Później wydzieliliśmy z banku kredyty uznane za niepracujące i przenieśliśmy je do tzw. bad-banku, co umożliwiło Kredobankowi prowadzenie normalnej działalności. Jest ona dziś dochodowa, natomiast strata wiąże się z tym starym portfelem. Kredobank jest również uznawany przez różne ośrodki opiniotwórcze za solidną instytucję odporną na zawirowania kryzysowe. Podkreślam też, że z punktu widzenia skali naszej działalności ekspozycja na Ukrainie nie ma wielkiego znaczenia.
Zainwestowany został miliard złotych. Wartość tej inwestycji dziś to ok. 250 mln zł.
Aktywa całej grupy PKO Banku Polskiego to obecnie ponad ćwierć biliona złotych. A nasz ubiegłoroczny zysk netto wyniósł 3,25 mld zł.
Co z decyzją w sprawie wyjścia z Ukrainy?
Kwestia, czy wyjdziemy z rynku naszego wschodniego sąsiada, czy tam zostaniemy, nie została jednoznacznie rozstrzygnięta. Kluczowe jest pytanie, czy mamy chętnych do zakupu naszej działalności na Ukrainie. Nie mamy. Pozbywanie się banku za jedną hrywnę lub złotówkę w momencie, gdy już go zrestrukturyzowaliśmy, nie ma sensu. Spokojnie prowadzimy więc działalność operacyjną. Natomiast nie mamy żadnych przesłanek, żeby zadeklarować, że będziemy wychodzili z Ukrainy lub zostaniemy tam na stałe.
A inne kierunki ekspansji zagranicznej? Spółka leasingowa ma oddział w Szwecji. Bank zamierza otworzyć oddział w Niemczech. Czy w grę wchodzą też inne kraje?
Nasze podejście jest takie, że idziemy za naszymi klientami korporacyjnymi. Myślimy o kilku krajach. Pierwszym są Niemcy. Już złożyliśmy wniosek w naszej Komisji Nadzoru Finansowego. Po uzyskaniu zgód potrzebujemy trzech miesięcy na uruchomienie działalności operacyjnej. Rynek niemiecki z jednej strony jest trudny, wymagający. Z drugiej, w Niemczech działa ok. 180 tys. polskich przedsiębiorców. Wielu z nich to klienci naszego banku w Polsce, chcemy pomagać im również za granicą. Jeśli działalność w Niemczech okaże się dla nas zadowalająca, to myślimy też o innych rynkach: Czechach, Francji i Wielkiej Brytanii.
Ile czasu będzie potrzeba na ocenę niemieckiego projektu?
Od sześciu do dwunastu miesięcy. W 2016 roku zdecydujemy o dalszych krokach.