Co pani powie na to, że pożyczki są udzielane osobom niepełnosprawnym intelektualnie, nawet tym częściowo ubezwłasnowolnionym, które mogą zaciągać zobowiązania cywilnoprawne jedynie za zgodą sądu rodzinnego lub ustanowionego kuratora? Z Urszulą, byłym dyrektorem placówek detalicznych w jednym z największych banków komercyjnych w Polsce, rozmawia Mira Suchodolska.
Była pani bankowcem, banksterką, jak powiedzieliby niektórzy, dziś angażuje się pani w pomoc osobom, które wpadły w spiralę zadłużenia. I nie ma pani dobrego słowa dla tych instytucji finansowych. Co się wydarzyło?
W jednym z oddziałów, za który byłam odpowiedzialna, pracował kasjer – mężczyzna ze średnim wykształceniem, i to nie ekonomicznym. Gdy rozwiązywaliśmy wewnętrzne testy związane z wprowadzanymi procedurami, zawsze miał z nimi problemy i wypadał najsłabiej. Ale był jednym z najlepszych pracowników, stawianym przez przełożonych innym za wzór, nagradzany wysokimi premiami, bo miał świetne wyniki sprzedażowe. Pracował w niewielkim miasteczku na południu kraju. Starsze osoby, które przychodziły do oddziału, żeby odebrać niemieckie emerytury, które im wpływały na konto, uwielbiały go. Umiał z nimi rozmawiać ich gwarą, znały go od dziecka, dlatego potrafił namówić je na wszystko. Oferował jednak tylko te lokaty, które były premiowane, nie te przynoszące najwyższy dochód klientowi. Przez przełożonych, którzy mieli świadomość takiej postawy, była ona premiowana. Wielu pracowników, w tym i ja, nie godziliśmy się na to. Na naradach kierownictwa staraliśmy się mówić o tych niezgodnych, choćby z kodeksem etyki bankowej, praktykach. Nasze protesty nie były zauważane. Nie reagowano na to, że nakłanianie pracowników do wykonania nierealnych planów sprzedażowych często prowadziło do patologii, których ofiarą zawsze był klient. Jednak plan był ponad wszystko i w zasadzie to było warunkiem pracy w banku.