Powszechne wyobrażenia bywają jednak zwodnicze, a debata polityczna nad ustawą o wakacjach kredytowych, a wcześniej nad pomysłami o „zamrożeniu” stawek WIBOR, tak bardzo skupiła się nad ustawianiem banków w roli kozłów ofiarnych, których można bezkarnie pozbawiać dochodów, że tylko te wyobrażenia utrwaliła. Co więcej, po stronie zwolenników uderzenia w banki miałyby stać też argumenty etyczne. Wszak zabieramy bogatym bankom, by dać biednym dłużnikom.

Nawet pobieżne zapoznanie się z tym, w jaki sposób działają banki, pozwoliłoby rozwiać to złudzenie. Banki co do zasady finansują się kapitałem obcym – głównie zobowiązaniami wobec podmiotów gospodarczych i gospodarstw domowych, które lokują w nich depozyty. Kiedy pozbawia się banki przychodów odsetkowych, te tracą środki na wypłatę odsetek od ulokowanych w nich oszczędności – również oszczędności deponowanych przez ludzi biednych i żyjących skromnie, odkładających na czarną godzinę czy z myślą o tym, by kiedyś w przyszłości mieć pieniądze na wkład własny na wymarzone mieszkanie. Wypłacanych przez banki odsetek nie da się oddzielić od odsetek od nich otrzymywanych: banki nie są skłonne ponosić kosztów wyższych od osiąganych przychodów.

Reklama

Ale przecież, jak często słyszeliśmy z ust polityków zarówno partii rządzącej, jak i opozycji, banki wcale oprocentowania lokat i kont oszczędnościowych nie podnoszą, za to chętnie podnoszą oprocentowanie kredytów. W efekcie osiągają w tym roku rekordowe (a przy tym nieuczciwe, bo okupione krzywdą dłużników) zyski. Jeśli chodzi o oprocentowanie oszczędności, to oczywista nieprawda. Obecnie bez trudu można znaleźć na rynku oferty kont oszczędnościowych i lokat oprocentowanych na poziomie stopy referencyjnej NBP albo i wyżej.

Ale poza tym, my – zwykli obywatele – jesteśmy nie tylko wierzycielami banków. Jesteśmy też ich właścicielami, o czym jednak politycy forsujący pomysł „wakacji kredytowych” nie wspominali. O wiele łatwiej bowiem wprowadzić regulacje uderzające w jakiś sektor wtedy, gdy w powszechnym wyobrażeniu ich koszt poniosą jacyś bliżej niezidentyfikowani bogacze, a nie zwykli ludzie.

Reklama

Często utożsamia się własność z kontrolą. W przypadku sektora bankowego to prawda, że co do zasady banki w Polsce są kontrolowane albo przez państwo, albo przez kapitał zagraniczny. Jednak w spółce akcyjnej, w której duża część akcjonariatu jest rozproszona, do sprawowania kontroli często wystarcza 30-procentowy albo nawet 20-procentowy udział w kapitale. Ale finansowe konsekwencje tej kontroli ponoszą wszyscy akcjonariusze, również ci, którzy posiadają po kilka akcji, tak samo jak wszyscy akcjonariusze ponoszą konsekwencje działań regulacyjnych.

A kim są niesprawujący kontroli właściciele polskich banków? W pierwszej kolejności trzeba wymienić otwarte fundusze emerytalne, które na koniec 2021 roku posiadały bezpośrednio lub pośrednio (przez PZU, posiadające akcje Alior Banku i Pekao) akcje banków o wartości ponad 50 miliardów złotych, czyli ponad dwa razy więcej, niż wyniosła wartość akcji posiadanych bezpośrednio lub pośrednio przez Skarb Państwa (nieco ponad 24 miliardy złotych). To aktywa nie wielkich i bogatych instytucji finansowych, lecz 15 milionów przyszłych emerytów. Polacy posiadają akcje banków też samodzielnie, chociażby w wyniku różnych programów prywatyzacyjnych. W końcu posiadają je, jeśli zdecydowali się zainwestować w polską giełdę w ramach tzw. trzeciego filara emerytalnego, w tym przez pracownicze plany kapitałowe, czyli słynne PPK, do których zachęcał sam premier Mateusz Morawiecki, głosząc hasło „budowania oszczędności Polaków”. Kiedy w kwietniu tego roku obwieścił, że „zmusi sektor bankowy” do pomagania kredytobiorcom, nie zająknął się nawet, że oznacza to, iż zapłacą za to również ponad dwa miliony uczestników PPK. Nie wspomniała o tym również opozycja, która od samego początku chętnie zarzucała bankom rzekomą chciwość zamiast wskazywać na interesy przyszłych emerytów, którzy stali się właścicielami banków.

W końcu trzeba przyjrzeć się też samym kredytobiorcom, o których z mediów i od polityków dowiadujemy się tylko tyle, że w ostatnim czasie wzrosły im raty o co najmniej kilkadziesiąt procent. Nie słyszymy jednak, że wielu z nim wcześniej o kilkadziesiąt procent spadły. Nie wszystkie kredyty hipoteczne zaciągano bowiem w czasach, gdy stopa referencyjna NBP obniżyła się do 0,1% (to tylko jedna szósta wszystkich złotowych kredytów hipotecznych). A przykładowo rata 25-letniego kredytu o marży 2 p.p. zaciągniętego w 2012 roku była w II kwartale 2021 roku o ok. 35% niższa niż na początku, by teraz wrócić mniej więcej do pierwotnego poziomu – nominalnie, bo realnie wciąż jest sporo niższa, gdyż poziom cen wzrósł od tamtego czasu o ok. 30%. Ceny nieruchomości też były wówczas niższe, przez co niższy – o ok. 40% w porównaniu z 2021 rokiem – był przeciętny kredyt. W końcu, przez ostatnie 10 lat średnie wynagrodzenie wzrosło o ok. 60%. A zatem nawet teraz dla kredytobiorców z tamtego okresu jako grupy rata nie powinna być większym obciążeniem dla domowego budżetu niż w chwili zaciągnięcia kredytu. W końcu trzeba pamiętać, że aby otrzymać wysoki kredyt (a takie zwykle zaciąga się na zakup nieruchomości), trzeba mieć wysoką zdolność kredytową. I tak się właśnie dzieje: w sześciu najniższych decylowych grupach dochodowych kredyt hipotecznych ma po kilka procent gospodarstw domowych, a w najwyższej grupie (czyli wśród 10% najzamożniejszych) – ponad 30%.

Widzimy więc, że wbrew powszechnemu wyobrażeniu, którym opinię publiczną w ostatnich miesiącach karmili politycy zarówno obozu rządzącego, jak i opozycji, powszechne programy wsparcia dla kredytobiorców nie są wcale redystrybucją od bogatych do biednych. Wiele wskazuje, że stanie się wręcz przeciwnie: za wchodzące właśnie w życie „wakacje kredytowe” zapłacą głównie biedni, a skorzystają na nich głównie bogaci.

Jeśli państwo ma tworzyć siatkę bezpieczeństwa socjalnego, to powinno kierować swoje wsparcie do tych osób, które faktycznie znalazły się w trudnej sytuacji materialnej, a nie do każdego, kto np. zaciągnął kredyt hipoteczny, bez względu na to, na jakich warunkach i czy po ostatnich podwyżkach stóp procentowych znalazł się w trudnej sytuacji. Kompletną naiwnością jest głoszona chociażby przez ministra Waldemara Budę wiara w to, że „tylko ci, którzy rzeczywiście czują, że rata przekracza ich możliwości odroczą sobie spłatę tych rat przez tzw. wakacje kredytowe”. Prosta kalkulacja, z którą można zapoznać się na niemal każdym blogu o finansach osobistych, pokazuje bowiem, że nawet jeśli kogoś stać na ratę, to i tak na „wakacjach kredytowych” skorzysta. Dlaczego więc miałby z nich zrezygnować?

Marcin Zieliński, ekonomista Fundacji FOR