- Pyta pani z czego musieliśmy zrezygnować. Ze wszystkiego – opowiada mi Magda, której rata kredytu hipotecznego to już 60 proc. domowego budżetu. – Na początek poszły najbardziej oczywiste rzeczy: nowe ubrania, jedzenie na mieście, droższe prezenty. Po ostatniej podwyżce zrezygnowaliśmy już nawet z Netfliksa. Pieniądze wydajemy tylko na opłaty, jedzenie i dojazdy do pracy. Wakacje? Nawet nie ma mowy – dodaje.

Jak wynika z najnowszego raportu „Polacy o cenach produktów i usług”, opracowanego przez agencję Inquiry, już co trzeci Polak odczuwa dotkliwie wzrost rat kredytów zarówno konsumpcyjnych, jak i hipotecznych. Zmniejsza się także siła nabywcza gospodarstw domowych – blisko połowa badanych wskazuje, że w porównaniu z ubiegłym rokiem odczuwają spadek dochodów.

Zaledwie w ciągu ostatniego miesiąca wzrosły wśród konsumentów obawy o możliwość terminowej spłaty kredytów – w maju 2022 r. odsetek osób deklarujących takie obawy wśród kredytobiorców wynosił 62 proc. w porównaniu do 55 proc. w marcu i 57 proc. w kwietniu.

Reklama

Podczas ostatniej konferencji po posiedzeniu RPP Adam Glapiński podkreślał jednak "że w tej chwili stopy nie są jakieś szczególnie wysokie, jeśli spojrzymy na ostatnie 20 lat naszej gospodarki".

- Popadam już w depresję, nie śpię po nocach, nerwowo czytam wszystkie artykuły odnośnie stóp procentowych, wakacji kredytowych i w ogóle wszystko, co związane z kredytami hipotecznymi. Szukam informacji, dzięki którym mogę ulżyć rodzinie. Są dni, w których myślę o najgorszym... ciągle zastanawiam się " na co ci to było?" – mówi Ewa.

Reklama

Ewa jest nauczycielką. Jej mąż również pracuje w budżetówce. Oboje są zdani na łaskę i niełaskę rządu – nie pójdą przecież do szefa i nie poproszą o podwyżkę. O swojej sytuacji mówią: kredytowe tarapaty. - Zawsze twierdziłam, że ciężką pracą każdy może coś osiągnąć - wmawiam to swoim dzieciom, także tym, które tylko uczę. I teraz czuję się z tym tak bardzo źle: pracuję ja, pracuje mąż a wpadliśmy w takie kredytowe tarapaty. Przecież ciężką pracą mieliśmy coś osiągnąć, a nie tracić – mówi.

- Mamy bardzo odpowiedzialne zawody, wymagają od nas wiele wyrzeczeń, zawsze musimy być skupieni i umieć znaleźć rozwiązanie każdego problemu - teraz nie mamy go nawet dla siebie – mówi.

Ewa z mężem mają troje dzieci. Do tej pory – jak mówi – żyło im się dobrze, stabilnie. - Mieliśmy mieszkanie, jednak z trójką dzieci ciężko było się pomieścić. Za oszczędności kupiliśmy działkę budowlaną i rozpoczęliśmy inwestycje swojego życia, zaczęliśmy spełniać marzenia – opowiada.

W dniu otrzymania decyzji kredytowej była szczęśliwa, choć na horyzoncie zaczęły pojawiać się pierwsze problemy – ceny materiałów budowalnych wystrzeliły w górę. - Od razu wiedzieliśmy, że sam kredyt nam nie wystarczy na dokończenie budowy, więc sprzedaliśmy mieszkanie - zmartwienia miały się skończyć. Jak się okazało one się dopiero zaczęły - oszczędności zniknęły, pieniądze ze sprzedaży mieszkania również... Powiem szczerze, w najgorszych snach nie przypuszczałam, że w tak krótkim czasie rata kredytu może wzrosnąć o 100% , teraz czuje się jak idiotka, bo mogłam wybrać oprocentowanie stałe, ale było ryzyko odmowy, doszły do tego słowa/ rady doradcy kredytowego i zła decyzją została podjęta- niestety ale ani nauczyciel ani policjant nie zarabia kokosów) – mówi.

- Nasza rata to już ponad 3400zł plus obowiązkowe ubezpieczenie 150zł na miesiąc. Musze przyznać, że nawet tyle nie zarabiam. Jest mi cholernie przykro i czuje się jak złodziejka, bo wcześniej odkładaliśmy dla dzieci 500+, a teraz bez tych pieniędzy wylądowalibyśmy na bruku. Nie zapisałam starszej córki na angielski od września, bo nie wiem ile jeszcze wzrośnie rata i czy znajdę pieniądze na zajęcia. Drugą córkę przepisałam do przedszkola państwowego - cale szczęście udało się nam dostać - jest to już jakaś oszczędność. Boli mnie to, że muszę jej zmienić środowisko, pocieszam się tym, że zmiana środowiska nie zrobi jej tyle krzywdy, co brak jedzenia – opowiada dalej.

- Teraz nie mamy mieszkania, nie mamy oszczędności, za to mamy pełno zmartwień. Dom jest za miastem. Samochód trzeba zatankować, dzieci rozwieźć do placówek i na zajęcia, dom ogrzać, jedzenie zapewnić, ale skąd na to brać? Ciężką praca już nie wystarcza... bierzemy nadgodziny, kiedy tylko mamy taką możliwość, a i tak żyjemy do ostatniego. Jeszcze. Zaraz może braknąć i do ostatniego – mówi.

- Chciałam nawet sprzedać dom, ale już mało kto ma zdolność i chętnych na zakup nie ma – dodaje.

Krzysztof Pietraszkiewicz, prezes Związku Banków Polskich, pytany o potencjalne problemy w spłacaniu kredytów mówi z kolei, że ostatnie dane wskazują na 5,6 proc. kredytów całego portfela zagrożonych brakiem spłaty. Znacznie lepszą jakością cechuje się portfel kredytów mieszkaniowych.

"Proszę pamiętać, że banki licząc zdolność kredytową, uwzględniały możliwy kilkuprocentowy wzrost stóp procentowych" - mówi i dodaje, że zdolności kredytowej nie ma znacząca część naszego społeczeństwa , a ci którzy kredyt hipoteczny otrzymali są w „uprzywilejowanej” sytuacji ; mogli spełnić swoje marzenie i spłacając kredyt budują systematycznie swoją silniejszą pozycję ekonomiczną.

W podobnej sytuacji do Izy jest Anita. - Rata wzrośnie mi w czerwcu - najprawdopodobniej, jeśli WIBOR 6M nie zaszaleje jakoś wysoko, to staniemy na 2300-2400, obecna rata to 1670 zł. Nie licząc 500+ - to będzie 40 proc. naszych dochodów. Ja jestem nauczycielem w przedszkolu. Mąż pracuje również dla państwowej firmy. Kiedyś wydawało mi się, że fajnie, oboje mamy państwową pracę, stałą, pewną, kredyt miał nam pomóc. Teraz prócz tego, że mamy kredyt hipoteczny, mamy również wzięte pożyczki z KZP, dlatego nasze wypłaty są mniejsze, bo je spłacamy. Do tego dochodzą raty, ponieważ z kredytu hipotecznego nie starczyło nam na zakup podstawowego sprzętu – mówi. -Braliśmy oprocentowanie zmienne, w banku zostaliśmy poinformowani, nasza doradczyni kredytowa również mówiła nam o tym, że oprocentowanie może wzrosnąć, może również zmaleć, ale nikt wtedy nie pomyślał, że wzrośnie aż tak. Kredyt braliśmy w 2019 roku, nigdy nie pomyślałabym, że rata wzrośnie aż tak bardzo, w tak krótkim czasie – opowiada

- Boję się tego lipca, gdy pierwszy raz będziemy płacić większą ratę. Na szczęście nie mamy problemu z ekogroszkiem i opałem, bo w nowym domu zamontowaliśmy pompę ciepła, ale zaraz prąd pójdzie w górę i wyjdzie na jedno. Niesamowicie się boję. Czytam komentarze ludzi na grupach kredytowych, gdzie niektórzy się wspierają, a inni wyśmiewają. Ludzie tracą grunt pod nogami. Na szczęście nie braliśmy wielkiego kredytu, bo "tylko" 270 tys. - dodaje

Agnieszka i Marcin, z kredytem, którego rata wzrosła do 4200 zł płacą największą cenę spośród moich rozmówców. – Kupiliśmy mieszkanie, ponieważ chcieliśmy powiększyć rodzinę, ale teraz jest to niemożliwe – mówią. Rata pochłania już całą pensję jednego z nich. Drugie zarabia mniej i pieniędzy na leczenie już nie wystarcza. – Nawet gdyby starczało to jak mamy myśleć o kolejnych, niemałych przecież, wydatkach? – pyta retorycznie. – Żałujemy bardzo decyzji jaką podjęliśmy. Z zakupem mogliśmy poczekać, bo czas działa na naszą niekorzyść. Jesteśmy już sporo po trzydziestce, więc odłożenie dziecka na lepsze czasy może oznaczać, że nigdy się go nie doczekamy – tłumaczy. Rozważali sprzedaż mieszkania i wynajem, ale – jak tłumaczą – rynek w Warszawie zwariował i zawarcie nowej umowy wiąże się z bardzo wysokim odstępnym. – Znajomi, którzy wynajmują u jednego właściciela przez dłuższy czas mają podwyższane opłaty, ale te kwoty nie zbliżają się nawet do tych, które widnieją w nowych ogłoszeniach – mówi. Co dalej? – Czekamy na kolejne posiedzenia RPP, we dwójkę pociągniemy jeszcze przez jakiś czas, choć coraz mocniej zaciskamy pasa. Staramy się pogodzić z tym, że nasz plan na życie nie wypali i musimy go zmienić. Czujemy przede wszystkim rezygnację, już nawet nie mamy siły się złościć – dodają.

Także Rafał z żoną martwią się swoją sytuacją w kontekście powiększenia rodziny. Z tą różnicą, że żona Rafała jest już w ciąży. - Kupiliśmy mieszkanie 55 m z miejscem parkingowym na łączną kwotę 400 000 zł. Wkładu własnego mieliśmy 10 proc.. Uczciwie sami na to wszystko zarobiliśmy, nigdy nie korzystaliśmy z pomocy państwa – opowiada.

Kredyt na 30 lat, rata przy podpisywaniu umowy wynosiła 1600 zł, dodatkowo muszą płacić ubezpieczenie pomostowe (około 300 zł miesięcznie, do momentu wpisania mieszkania do Księgi Wieczystej). - Marża banku to 2,9%, dodatkowo dochodzi oprocentowanie. W pierwotnej wersji pożyczamy 360 tys., a musimy spłacić 600 tys. Dla mnie to już wydawało się absurdalne – mówi.

Ich budżet domowy to 7300 zł.

- Po ostatniej, czerwcowej, podwyżce, rata wzrasta nam do 3600 zł (plus pomostówka czyli 3900 zł). Mieszkanie odbieramy w kwietniu, teraz wynajmujemy i płacimy 1200 zł czynszu. Z prostej kalkulacji zostaje nam 2200 zł na życie, paliwo, rachunki i odłożenie na remont mieszkania. Bankowi musimy oddać około 1 300 000 zł. Przy kolejnych podwyżkach stóp procentowych będziemy wegetować – opowiada.

- Rozważamy sprzedaż mieszkania, bo gdy pojawi się dziecko, nie damy rady tego wszystkiego dźwignąć finansowo - mówi. 500+? Rafał używa tu języka, którego nie wypada cytować. - Na chwilę obecną w Polsce nie ma warunków do życia dla klasy średniej, nie wiem czemu to my mamy płacić za inflację i rozdawnictwo PiS-u. Niech sobie politycy potrącają z pensji. Jaką przyszłość ja mogę zapewnić dziecku, jak państwo moje uczciwie zarobione pieniądze oddaje banksterom, którzy na brak gotówki nie cierpią. Jeżeli do Polski dotrze wojna, nie mam zamiaru brać w niej udziału i bronić tego nic niewartego państwa. Dziwię się tylko, że naród do tej pory kuli uszy i nadstawia drugi policzek, zamiast wywieźć Morawieckiego i resztę na taczkach i postawić przed sądem. Do jakiego momentu obywatele muszą zostać obdarci ze swojego dobytku i godności, żeby wyjść na ulice i zrobić w końcu porządek? – mówi rozgoryczony.

Wszyscy moi rozmówcy podkreślają, że biorąc kredyt wiedzieli, że tak korzystna sytuacja nie potrwa długo. Że zaciągając zobowiązanie na 20 lat, muszą liczyć się z tym, że rata w końcu wzrośnie. Nikt nie spodziewał się, że podwoi się w ciągu pół roku. – Kiedy Rada zaczęła podnosić stopy poszedłem do szefa i poprosiłem o podwyżkę. Miałem za sobą akurat dobry czas w pracy i naprawdę na nią zasługiwałem. Dostałem i cieszyłem się nią przez dwa miesiące. Potem kolejna podwyżka stóp i wróciłem do punktu wyjścia. Teraz będzie jeszcze gorzej – opowiada Tomek. – Normalnie takie rzeczy dzieją się na przestrzeni kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu miesięcy. Można się na to przygotować, a teraz? Przecież nie pójdę znowu po podwyżkę – dodaje. Jego sytuacja, jak sam mówi, nie jest zła. Zarabia dobrze, miał oszczędności, mieszkanie kupił z dużym wkładem własnym. Wydatki, które tnie, nie są niezbędne do życia, a i na rozrywkę wystarcza. – To, że nie znalazłem się pod ścianą, nie znaczy, że godzę się na to, co się dzieje – mówi.

- Poziom zaufania w społeczeństwie zależy ogólnie rzecz ujmując od trzech czynników: wspomnianej już zamożności, poziomu nierówności społecznych i przejrzystości systemu. W ostatnim czasie mamy problem także z dwoma kolejnymi. W przypadku nierówności społecznych widzimy, że mimo tej trudnej sytuacji w jakiej się znajdujemy są osoby, które radzą sobie dobrze (chociażby politycy wysokiego szczebla) i szukamy wytłumaczeń: skąd oni to mają? W przypadku przejrzystości systemu to w ostatnim czasie mieliśmy problemy z Polskim Ładem i ustaleniem naszych zarobków oraz problemy z KPO. Nasz system gospodarczy nigdy nie był przejrzysty i prosty, a teraz te sprawy skomplikowały go jeszcze bardziej - mówi dr hab. Agata Gąsiorowska, prof. Uniwersytetu SWPS.

Jak mówi ekspertka, ekonomiści często są zdania, że poziom zaufania do siebie nawzajem jak i do instytucji państwowych zależy wprost od obiektywnej zamożności, rozumianej jako PKB na poziomie kraju czy dochód konkretnego gospodarstwa domowego na poziomie indywidualnym: im jesteśmy bogatsi, tym zaufanie jest większe. - Badania wskazują jednak, że sprawa jest trochę bardziej zniuansowana i poziom zaufania zależy bardziej od subiektywnie ocenianej sytuacji finansowej: im jest ona lepsza, tym poziom zaufania wyższy. W przypadku kiedy nasze budżety domowe kurczą się nie tylko przez rosnące raty kredytów, ale też przez inflację, możemy dojść do sytuacji kryzysu zaufani - tłumaczy.

- Politycy usiłują sobie radzić z tą sytuacją w sposób bardzo niedobry, spychając całą odpowiedzialność za rosnące raty na banki. Część osób z pewnością przyjmie tę narrację, choć zakładam, że są też osoby, które dostrzegą, że to nie banki komercyjne podnoszą stopy procentowe - dodaje.

****

- Pani Karolino jeżeli Prezes NBP mówi, że jest dobrze, że nie będzie podwyżek, że wszystko jest pod kontrolą to niestety ludzie uwierzyli – kończy Paweł.

- Ehh... pod Bogiem- uwierzyłam Glapińskiemu. Śledziłam wydarzenia, czytałam jego wypowiedzi i obietnice- uwierzyłam! Teraz przeklinam ten dzień i słono za to płacimy! – wtóruje mu Ewa