Sąd Najwyższy w składzie trójkowym ma dziś podjąć kolejną uchwałę dotyczącą problemu frankowego. Odpowie na pytanie SA w Warszawie, czy w świetle zasady swobody umów klauzula indeksacyjna w regulaminie, która pozwala kredytodawcy na jednostronne określenie kursu waluty, powoduje nieważność całej umowy.
Moim zdaniem SN na tak postawione pytanie powinien odpowiedzieć przecząco. Nie ma tu bezwzględnej nieważności, lecz bardziej subtelne i adekwatne konstrukcje prawne.
Jaką więc wagę, pana zdaniem, będzie miała ta uchwała dla spraw toczących się w sądach powszechnych?
Reklama
Niewielką. Problem zasadniczo wyjaśnia uchwała SN (7) z 7 maja 2021 r. (III CZP 6/21), wskazując, co się dzieje, gdy mamy w umowach o kredyt w walucie obcej klauzule abuzywne, mówiąca wprawdzie o kilku kwestiach, lecz wszystkich związanych z takimi właśnie klauzulami, o jakie pyta SA w Warszawie. W uchwale SN przyjęto koncepcję bezskuteczności zawieszonej jako właściwej sankcji wobec takich umów. Byłbym więc zaskoczony, gdyby skład trójkowy uznał, że mamy do czynienia z bezwzględną nieważnością.
Czy w takim razie SN może odmówić podjęcia uchwały?

Reklama
Oczywiście. Problem abuzywności takich klauzul jest ugruntowany zasadą prawną SN (której zmiana wymaga uchwały pełnej Izby Cywilnej) i orzecznictwem europejskim. Tak więc nie spodziewam się, aby coś w tej kwestii miało się zmienić. Ale oczywiście niczego nie można przesądzać.
Od pewnego czasu można odnieść wrażenie, że problem kredytów frankowych zszedł na drugi plan i teraz mówi się przede wszystkim o kredytach złotówkowych, co ma oczywiście związek z podnoszeniem stóp procentowych. Czy pana zdaniem to, co się dzieje obecnie, będzie miało wpływ na postrzeganie problemu kredytów frankowych?
prof. Maciej Gutowski, adwokat, cywilista, autor książki „Wadliwość umów kredytu denominowanego lub indeksowanego do franka szwajcarskiego” / Dziennik Gazeta Prawna
Może ludziom trochę otworzyć oczy. Od początku przecież było wiadomo, że w każdy kredyt, frankowy czy złotowy, jest wbudowane ryzyko walutowe. Tyle że inaczej je odczuwamy, kiedy zarabiamy i wydajemy w walucie, w której zaciągnęliśmy kredyt. Ono się wtedy układa w całym naszym portfelu w sposób jednolity. Kiedy mamy kredyt złotowy, to zauważamy je , gdy złotówka się znacznie osłabia i podnosi się stopy procentowe, bo kredyt staje się nominalnie droższy. I podobny mechanizm mamy w przypadku kredytów frankowych. Tylko to było jaskrawe na tle zarobków w złotych, po wywindowaniu kursu franka szwajcarskiego w górę. To, czy bankowy przelicznik był mniej, czy bardziej korzystny, miało też znaczenie i stąd abuzywność jednostronnych klauzul kursowych i spreadu walutowego. Ryzyko walutowe jest więc w każdym kredycie, tylko lepiej widoczne w indeksowanym lub denominowanym.
Czy w takim razie obecna sytuacja wpłynie w jakiś sposób na to, jak będą orzekać sądy w sprawach frankowych?
Nie potrafię tego przewidzieć. Patrząc, co zrobiono ze sprawami frankowymi, trochę tracę wiarę w racjonalność podejścia. Przecież problem jest znany przynajmniej od 2008 czy 2009 r. I od tamtej pory niewiele zrobiono. Uchwalono tylko ustawę antyspreadową i ogólny przelicznik według kursu średniego NBP w art. 358 k.c.
A co można było zrobić?
Wprowadzić procedurę pozwalającą rozliczyć całą umowę kredytu w jednym postępowaniu i rozwiązać problem tak, jak to zrobiły Węgry, Chorwacja, Serbia, a nawet objęta dziś wojną Ukraina. Czyli mechanizmem opartym na ustawowej konwersji. Przyjęto kurs średni banku centralnego z jakiegoś okresu i, opierając się na nim, dokonywano przeliczenia kredytów frankowych. TSUE uznał ten mechanizm za dopuszczalny (C-932/19).
Czy pana zdaniem jest szansa na wprowadzenie podobnego mechanizmu także i u nas?
Nie mam wiary, że ustawodawca będzie chciał coś zrobić. Woli zostawić ten pasztet sądom. A sądy są chyba odległe od sensownego rozwiązania problemu. Orzecznictwo jest chwiejne, pytania do TSUE są wycinkowe, a odpowiedzi różnie interpretowane. Nie wypracowano sensownej i spójnej koncepcji. Pewien koncept miały Węgry.
W przypadku Węgier test zgodności z unijnymi przepisami dotyczył ingerencji ustawodawcy.
Ale równie dobrze można zaproponować spójną na gruncie polskiego prawa koncepcję i zapytać TSUE o jej zgodność z prawem UE. A sądy polskie pytają sąd unijny, co mają robić, odpowiedź zaś nie zawsze uwzględnia specyfikę prawa polskiego.
Jakieś konkretne przykłady?
Mamy kilka takich orzeczeń. Choćby znana sprawa BPH (C-19/20), gdzie mówi się o możliwości zastosowania testu bluepencil (chodzi o zbadanie możliwości wykreślenia tylko części niedozwolonego postanowienia - red.) i pouczeniu konsumenta. I teraz prawnicy spierają się, co właściwie TSUE miał tutaj na myśli. Dlatego uważam, że do problemu frankowego należało podejść ustawą. Dotyczy przecież wartościowo ok. 100 mld zł. Nieuregulowane kredyty złotowe to 2,6 proc. portfela, a frankowe 2,5 proc. Oznacza to, że jedne i drugie słabo się spłacają, a może nawet nieznacznie gorzej te pierwsze. Jak ja słyszę, że złe banki traktowały źle frankowiczów, to pytam, czy dobrze traktowały złotówkowiczów. Wszyscy zawierają umowy kredytu z bankami, opierając się na wzorcach umów. Nikt nie ma szerokiej płaszczyzny negocjacyjnej.
To może w takim razie źle działają organy, które powinny chronić słabszych uczestników rynku?
Może. Ale trzeba przyjąć do wiadomości, że nikt się nie spodziewał, że ten kurs się tak posypie. Różnica polega na czym innym. Na tym, że instytucje finansowe mają większą świadomość niż konsumenci, że kursy walut raz na jakiś czas w historii się sypią i że kiedyś musi to nastąpić. Nie wiedzą tylko kiedy. W związku z tym zabezpieczają się przed tym ryzykiem. Tymczasem w 2008 r. wszyscy twierdzili, że dolar i euro nadal będą słabły. Stało się inaczej i ujawniła się przewaga instytucji finansowej nad zwykłymi śmiertelnikami.
Pytanie jednak, czy to ryzyko nie powinno być lepiej rozłożone na obydwie strony umowy?
Powinno. Ale czy pani kiedyś widziała bank, który będzie chciał wziąć na siebie dobrowolnie więcej ryzyka? Dziś oczywiście jesteśmy już mądrzejsi i wiemy, że o nasze interesy musimy zadbać sami. Jako konsumenci również. Bo mechanizmy ochronne działają na sytuacje typowe. A problem świadomości ryzyka jest bardzo indywidualny i wymaga oceny w konkretnych sprawach, a ingerencji w sytuacjach skrajnych. Przed 2008 r. szczegółowych obowiązków informacyjnych nie było. One pojawiły się później. A ogólny zakaz kredytów w walutach obcych to moim zdaniem zbyt głęboka ingerencja w swobodę umów.
Wróćmy jednak do orzecznictwa. Dlaczego jest pan tak sceptycznie nastawiony do tego, w jaki sposób próbują sobie radzić z tym problemem sądy?
Bo w niejasnej sytuacji normatywnej zbyt wiele jest uznaniowości, zmienności w zależności od tego, jak zawieje od TSUE. Bo w sądach orzekają ludzie o różnych poglądach i będą różnie w podobnych sprawach orzekać. Do sądów wkradło się też nieco politycznego populizmu w ślad za artykułowaną od początku rozprawy z sądami krytyką za to, że były zbyt mało otwarte na ludzi.
A to źle, że teraz starają się być bardziej otwarte na ludzi?
Sądy nie tyle mają być otwarte na ludzi, co mądrze i zgodnie z prawem rozstrzygać sprawy. A i tak nie osiągną całkowitej jednolitości orzecznictwa, bo problem wymaga ingerencji prawodawcy. Wprowadzenia np. ustawowej konwersji opartej na średnim kursie NBP i zlikwidowania spreadu walutowego. Wielu ludziom zapewne by to wystarczyło. I w ogóle nie szliby do sądu, uznając, że daje im to święty spokój. A w skrajnych przypadkach sądy powinny indywidualnie oceniać, czy umowa nie jest głębiej wadliwa. Sprawa sprawie nierówna, klauzula klauzuli nierówna, stopień poinformowania konsumenta nierówny stopniowi poinformowania klienta w innej sprawie.
Wspomniał pan, że należałoby wprowadzić procedurę, która pozwoliłaby rozliczyć całą umowę o kredyt w walucie obcej w jednym postępowaniu. Co dzięki temu byśmy osiągnęli?
Wprowadziwszy procedury podobne do rozliczenia spółki cywilnej, spadku, majątku wspólnego lub umowy wadliwej w następstwie wyzysku, uniknęlibyśmy orzekania o jednym roszczeniu, lecz o całej umowie i wszystkich roszczeniach. Nie, jak to ma teraz miejsce, w jednej sprawie o zwrocie kredytobiorcy rat kapitałowo-odsetkowych, w drugiej kapitału kredytu bankowi, a w trzeciej o wynagrodzeniu za bezumowne korzystanie z kapitału. Jeden sąd nie wie, co zrobi drugi, więc na koniec wszystko może wyjść niespójne. Zjawisko o takiej skali społecznej jak kredyty frankowe wymaga prostej regulacji proceduralnej i jednego postępowania, bo sądy są zawalone sprawami.
Dlaczego więc ustawodawca nie chce tego zrobić?
Bo nie byłoby to politycznie atrakcyjne. Dzisiaj apetyty urosły, twierdzi się, że kredyty frankowe powinny być darmowe, że bank nie powinien nic więcej dostać ponad zwrot kwoty udzielonego kapitału albo nawet nic, bo roszczenie o kapitał jest przedawnione. A przy takim nastawieniu to cokolwiek się zrobi, zawsze będzie źle. Nie widzę powodu, dlaczego kredytobiorcy złotowi mają płacić kredyt z pełnymi obciążeniami, a frankowi dostać kredyt darmowy. Choć dziś słychać polityczny populizm i co do kredytów złotowych. I choć niby banki mają pokryć polityczne obietnice, to i tak przerzucą koszt na klientów. Ciekawe, kto na to wszystko zarobi i jaki poziom inflacji chcemy osiągnąć?
Ale czy właśnie nie w tę stronę zaczyna zmierzać orzecznictwo?
Mam nadzieję, że nie. Uchwała SN z 7 maja 2021 r. oraz wyrok TSUE (C-472/20) dają pewne szanse na uczciwe wyrównanie wzbogacenia z uwzględnieniem wartości świadczenia ciągłego banku. Problem wynagrodzenia za korzystanie z kapitału jest jeszcze otwarty przed TSUE (C-520/21) i SN (II CSKP 55/22). Jest wprawdzie kilka orzeczeń oddalających takie powództwo banku jako przedwczesne, bo nie rozstrzygnięto jeszcze nieważności umowy. Pomijających, że w braku koncepcji konstytutywnego orzeczenia nie ma prejudycjalnej zależności. Ale istotnie, istnieje dziś poważne ryzyko niespójności orzeczeń. Głównie dlatego, że roszczenia rozstrzygane są w wielu sprawach.
Nie zanosi się jednak na to, aby ustawodawca wprowadził zmiany, które pan postuluje i które pozwoliłyby ryzyko tej niespójności wyeliminować. Czy sądy samodzielnie nie mogłyby sobie poradzić z tym problemem?
Mogłyby, gdyby przyjęto koncepcję konstytutywnego orzeczenia sądu. Ale przyjęto z mocą zasady prawnej koncepcję zawieszonej skuteczności i dwóch kondykcji. A przy niej nie da się powiedzieć, że jeden sąd najpierw musi rozstrzygnąć nieważność, po to, by można było wystąpić z innymi roszczeniami. A koszty mnożenia postępowań frankowych są ogromne. I wszyscy je ponosimy.
Tymczasem przed nami kolejne orzeczenie TSUE. Polski sąd pyta o kwestię przedawnienia roszczeń oraz o możliwość uzupełnienia umowy o średni kurs NBP.
Z wcześniejszego orzecznictwa TSUE wynika możliwość sprzeciwienia się konsumenta szczególnie dotkliwym skutkom nieważności (C-260/18). I z tego wywodzi się, że tak samo powinno być w przypadku uzupełnienia umowy o średni kurs NBP. Nie mam przekonania, czy to słuszne, gdyż nie ma czegoś takiego jak nieważność na życzenie (C-19/20). To sąd, a nie konsument, powinien wiążąco rozstrzygać o sankcji, skoro sama abuzywność klauzuli jest opcjonalna. Jeśli konsument może sprzeciwić się wyjątkowo dotkliwym skutkom upadku umowy, to konsekwencje wyeliminowania klauzuli abuzywnej i utrzymania reszty umowy (po zastosowaniu przepisów dyspozytywnych lub bez) oraz w razie upadku umowy powinny być zasadniczo podobne. Inaczej konsumenci będą po prostu kalkulować, co im się bardziej opłaca. Mamy mechanizm, który mógłby doprowadzić do średniego kursu NBP (np. art. 358 par. 2 k.c.), niejednoznaczny jeszcze do czasu wyroku TSUE (C-81-82/21), mamy możliwość utrzymania umowy po eliminacji części klauzuli (C-19/20), mamy możliwość niwelowania niesłusznego wzbogacenia. Ale dotąd orzecznictwo się z tym nie uporało.
A w jaki sposób powinno się uporać?
Priorytetem powinno być utrzymanie umowy po usunięciu abuzywnej klauzuli, chyba że konsument chce być nią związany. Po usunięciu klauzuli lub jej części (blue pencil) powinno się rozważyć możliwość prostego związania umową lub uzupełnienia luki za pomocą przepisów dyspozytywnych do średniego kursu (likwidacja spreadu i ustalanego przez bank kursu). Jeśli natomiast umowy nie da się utrzymać, to powinno się rozliczyć wzbogacenie, likwidując nierównowagę kontraktową. Ekonomiczne konsekwencje powinny być podobne w powyższych mechanizmach. Czyli po upadku umowy zwrot świadczeń nominalnych, przy czym roszczenie kredytobiorcy - jako sensu stricto pieniężne - podlega waloryzacji sądowej, a ciągłe roszczenie banku polegające na udostępnieniu kwoty kredytu na określony czas podlega wycenie. Możliwe punkty odniesienia to średni kredyt złotowy (propozycja KNF), stawka WIBOR, ewentualnie nowa stawka lub LIBOR, choć ten ostatni równowagi raczej nie przywraca. Innymi słowy, każdy wybór konsumenta powinien uruchamiać ochronę o podobnym rozkładzie ciężaru ekonomicznego pomiędzy strony ważnej lub upadłej umowy. A jeśli ktoś kogoś oszukał czy wprowadził w błąd, to są przecież dalej idące mechanizmy prawne, z których po wykazaniu odpowiednich przesłanek każdy może skorzystać.
Sądy nie tyle mają być otwarte na ludzi, co mądrze i zgodnie z prawem rozstrzygać sprawy. A i tak nie osiągną całkowitej jednolitości orzecznictwa, bo problem wymaga ingerencji prawodawcy
Rozmawiała Małgorzata Kryszkiewicz