Victoria Cleland, szefowa departamentu banknotów Banku Anglii, od kilku tygodni ma pełne ręce roboty. Od początku września przemierza Wyspy, organizując spotkania z lokalnymi władzami, organizacjami biznesowymi oraz zwykłymi mieszkańcami i dopytując ich o to, co sądzą o nowych polimerowych banknotach, które brytyjski bank centralny chciałby wprowadzić do użytku w ciągu najbliższych trzech lat.

Cleland jest przekonana, że wymiana funtów z używanych obecnie na plastikowe niesie wyłącznie korzyści. – Trzy najważniejsze: mają one więcej zabezpieczeń, więc są trudniejsze do podrobienia; pozostają czyste znacznie dłużej niż dotychczasowe, nawet jeśli wylejesz na nie kieliszek czerwonego wina; są znacznie trwalsze, mogą więc pozostać w obiegu dwa i pół razy dłużej niż papierowe – podsumowywała lapidarnie swoje argumenty w rozmowie z gazetą „Liverpool Echo”. – Ludziom się wydaje, że do ich portfeli trafią banknoty o elastyczności kart kredytowych. To błąd: polimerowe banknoty zginają się równie łatwo i wygodnie jak papierowe, a w gruncie rzeczy są nawet odrobinę cieńsze – dodawała. Ba, eksperci zapewniają, że do nowych funtów nie będzie się lepić... kokaina. Informacja ta jest pośrednio komentarzem do wyników badań, z których wynikało, że na każdym ze znajdujących się w obiegu biletów płatniczych (to prawnicza definicja banknotów) znaleziono swego czasu mikroskopijne ilości tego narkotyku. Bank Anglii woli jednak nie używać tego argumentu. – Nie prowadziliśmy testów z kokainą – skwitował lakonicznie rzecznik instytucji.

Zjedli milion funtów

Dyskusja o wprowadzeniu plastikowych banknotów trwa na Wyspach od kilku lat, podsycana niezłymi doświadczeniami innych krajów, które zdecydowały się na wymianę. Chodzi zwłaszcza o Australię, która przeprowadziła podobną operację w 1996 r. i do dziś chwali sobie zwłaszcza korzyści wynikające z większej trwałości plastikowych dolarów australijskich. Wystarczy wspomnieć, że banknot z krainy kangurów jest w obiegu średnio przez 40 miesięcy, podczas gdy przeciętna pięcio- czy dziesięciofuntówka niszczy się już po 6–9 miesiącach.

Zresztą nie tylko o krążenie między portfelami chodzi. Z danych Banku Anglii wynika, że między 2003 a 2011 r. Brytyjczycy wyprali w swoich pralkach 747 tys. funtów, a kolejne 8625 funtów zostało przypadkowo nadpalone lub rozmiękło pod wpływem zalania deszczówką czy napojami. Do tego należałoby dołożyć jeszcze jedną statystykę – w tym samym okresie Bank Anglii otrzymał zgłoszenia o zjedzeniu lub przeżuciu 946 tys. funtów (instytucja nie ujawnia szczegółów niewątpliwie dramatycznych incydentów).

Nie są to dane oszałamiające, ale gdy spojrzy się już na wszystkie przypadki zniszczenia czy przynajmniej zanieczyszczenia uniemożliwiające normalne używanie banknotu, okazuje się, że Królestwo w ciągu dziewięciu lat straciło na rozmaite sposoby banknoty o łącznej wartości nominalnej rzędu 263 mln funtów. Nie mówiąc o stratach wywołanych przez fałszerzy, którym znacznie łatwiej pracować z papierem niż z plastikiem – tylko w ubiegłym roku w obiegu wychwycono 720 tys. fałszywek o nominalnej wartości 13 mln funtów. Z myślą o nich projektodawcy polimerowego funta wymyślili kilka kolejnych zabezpieczeń, z przezroczystym okienkiem w środku banknotu włącznie. „Od momentu wprowadzenia plastikowych pieniędzy Nowa Zelandia zanotowała wielki spadek liczby dokonywanych fałszerstw” – przypomina Bank Anglii w oficjalnych materiałach promujących inicjatywę.

Londyn zachowuje jednak ostrożność. – Bank Anglii zdecyduje się na polimerowe pieniądze tylko wtedy, jeśli przekona się, że opinia publiczna będzie wciąż darzyć nowe banknoty zaufaniem i uzna je za komfortowe – zapowiedział wiceprezes tej instytucji Charles Bean. Stąd pięćdziesiąt spotkań konsultacyjnych, między którymi uwija się teraz Cleland. Jej rozmówcy muszą wyjść z nich przekonani, że nowe funty będą tańsze „w utrzymaniu” – angielski bank centralny twierdzi, że zaoszczędzi w ten sposób 100 mln funtów w ciągu dekady, mimo że w produkcji będą akurat o połowę droższe. Jeśli uda się przekonać sceptyków, w grudniu zapadnie w tej sprawie ostateczna decyzja, a plastikowy pieniądz trafi do brytyjskich portfeli w 2016 r.: najpierw pięciofuntówki z wizerunkiem Winstona Churchilla, rok później dziesięciofuntówki z portretem Jane Austen. Nie ma jeszcze terminu ewentualnego wprowadzenia do obiegu dwudziestofuntówek, najczęściej używanych w brytyjskich sklepach. Banknoty mają być odporne nie tylko na wirowanie w pralce, lecz także na temperaturę 120 st. C.

Nie ten klon

Dla przeciętnego wyspiarza brzmi to nawet nieźle, ale już handlowcy i finansiści reagują na pomysł brytyjskiego banku centralnego z mniejszym entuzjazmem – i to ich opinia może ostatecznie przeważyć szalę. Trzy lata, jakie dzieliłyby decyzję o przejściu na plastik od jego pojawienia się w rękach sprzedawców, musiałyby wystarczyć bankom, sklepom i producentom bankomatów na wprowadzenie koniecznych zmian. A te byłyby znaczne, bo nowe banknoty mają inne właściwości fizyczne i będą miały nieco mniejsze rozmiary. I tak np. bankomaty mogłyby co prawda zawierać zestawy starych i nowych banknotów, ale już nie mogłyby mieszać starych dziesięciofuntówek z nowymi. Za to ze względu na mniejsze rozmiary i grubość pojedynczych banknotów mogłyby mieścić większy zapas gotówki i rzadziej by się zapychały. Większy problem mieliby kasjerzy używający liczarek – plastik skleja się łatwiej niż papier. Na szczęście bankowcy twierdzą, że zamieszanie nie trwałoby długo. Operacja wymiany papieru na plastik miałaby potrwać zaledwie osiem miesięcy.

Kluczowe są tu doświadczenia innych krajów. Brytyjczycy skrupulatnie podkreślają, że na plastik zdecydowało się już przeszło dwadzieścia państw na świecie, w tym: Australia, Nowa Zelandia, Kanada, Singapur, Meksyk, Brazylia, Indonezja, Malezja, Tajlandia, Wietnam czy Rumunia. We wrześniu dołączył do nich maleńki Mauritius. W tym gronie siedem krajów używa wyłącznie plastikowych pieniędzy. Nawet Zjednoczone Królestwo ma już za sobą pierwszy eksperyment z polimerowymi pięciofuntówkami: lokalne władze Irlandii Północnej 13 lat temu wprowadziły do obiegu upamiętniającą milenium pięciofuntówkę z tego materiału. Krążyła ona potem w północnoirlandzkich sklepach, nie powodując większych kłopotów.

Państwem, które było pionierem polimerowych pieniędzy, a dziś polega wyłącznie na nich, jest Australia. Pomysł przejścia na plastik pojawił się tam jeszcze w latach 60., gdy bank centralny zorientował się, że w obiegu znalazło się mnóstwo podrobionych dziesięciodolarówek, a na dodatek w sprzedaży pojawiły się kolorowe kopiarki, wywołując popłoch w handlu detalicznym. Skala fałszerstw tylko narastała, co popychało Australijczyków do kolejnych eksperymentów i ostatecznie, w 1992 r., doprowadziło do wprowadzenia do obiegu nowej generacji banknotów. Cztery lata później całkowicie zastąpiły one papierowe dolary. – Nasza waluta uznawana jest dziś za jedną z najtrudniejszych do podrobienia – podkreśla rzecznik Banku Rezerw Australii. – Średnio trafia się osiem podróbek na milion znajdujących się w obiegu banknotów, co na światowe standardy jest odsetkiem dosyć niskim – dodaje. Nie znaczy to, że Australijczycy mają kłopot z głowy: w 2006 r. przy współpracy z Amerykanami i Kolumbijczykami wykryto szajkę, która miała już gotowe do użytku 5 mln fałszywych dolarów australijskich. Na początku tego roku w Sydney pojawiła się olbrzymia liczba fałszywych studolarówek.

Tropem Australijczyków idą jednak inni, choćby Meksykanie, którzy zamawiają swoje peso w Australii. Nie wszyscy są zadowoleni. – Te pieniądze trudno zgiąć, a jak już się uda, to trudno wyprostować – narzekali w oświadczeniu oficjele banku centralnego Zambii, która częściowo już przeszła na polimerowe pieniądze. Ale problemy z elastycznością materiału to chyba najmniejsze ze zmartwień tych, którzy decydują się na wymianę gotówki. Dwa lata temu na plastik zdecydowali się też Kanadyjczycy, a nad operacją wymiany kanadyjskich dolarów czuwał Mark Carney – obecny prezes Banku Anglii. Wskaźniki dla Kanady były znacznie wyższe niż dla Australii: w poprzedniej dekadzie wykrywano średnio 470 fałszywek na milion banknotów, co czyniło tamtejszego dolara najczęściej podrabianą walutą wśród dwudziestu największych światowych gospodarek.

Operacja wymiany pieniędzy dobiegła końca wiosną tego roku, gdy w obrocie znalazły się polimerowe piątaki. – Kanadyjczycy mogą być bardzo dumni ze swoich polimerowych banknotów – zapewniał przy tej okazji kanadyjski minister finansów Jim Flaherty. – Wraz z przekazaniem ostatnich dwóch nominałów w serii każdy może zobaczyć nie tylko unikalną historię, którą opowiada każdy banknot, ale też wyjątkową tematykę: odwagę, determinację i pomysłowość naszego narodu – perorował. Patos ten maskował jednak wpadkę, do której doszło nieco wcześniej: okazało się, że na nowych dwudziesto-, pięćdziesięcio- i studolarówkach Kanadyjczycy wydrukowali liście klonu... powszechnie występującego w Norwegii, a nie w Kanadzie. Botaniczna kontrowersja bynajmniej nie zniechęciła rządu w Ottawie.

Są takie higieniczne

Polimerem zachwycają się nie tylko bankowcy, lecz także... emeryci. – Tak, lubię je! Są znacznie bardziej higieniczne – komentowała na jednym ze spotkań z Cleland, oglądając dziesięciofuntówkę, emerytka Elizabeth Dillon. 77-letnia kobieta przyszła na spotkanie w galerii handlowej w Oksfordzie, by zobaczyć, co nowego wymyślił Bank Anglii. Pytana o to, czy aby rzeczywiście czystość banknotu ma takie znaczenie, nie ukrywała, że tak. – Przecież nie wiemy, gdzie ktoś je trzymał – odparła niezmieszana.

Nie wszyscy są tak zafascynowani nowymi banknotami. W Kanadzie niektórzy użytkownicy skarżyli się, że wyraźnie wyczuwają emitowany przez plastikową gotówkę... zapach klonu. – Wolę jednak dotyk i wrażenie, jakie pozostawia papier – grymasiła na jednym ze spotkań na Wyspach Brenda Kulesza, emerytka. – Lubię naturalne materiały, a te nowe funty są takie syntetyczne. Nie podobają mi się – wytykała.

Każdemu nie da się dogodzić. Chyba że ziszczą się w końcu zapowiedzi futurologów – i banknoty znikną w ogóle. Wbrew pozorom nie jest to fantazja. Bank Anglii podliczył co prawda, że w obiegu krążą 3 mld banknotów o łącznej wartości 58 mld funtów, ale to zaledwie 3 proc. całego kapitału w brytyjskiej gospodarce. Przeważająca większość pieniędzy – podobnie jak w innych rozwiniętych światowych gospodarkach – to jedynie cyfrowe zapisy na kontach, swobodnie transferowane między kontrahentami, klientami a sprzedawcami, instytucjami.

Rządy już się zastanawiają, jak pozbyć się tej resztki gotówki. Pod koniec września na konferencji technologicznej w Canberze własne pomysły zaprezentowała np. Królewska Mennica Kanadyjska (Royal Canadian Mint), prowadząca pilotażowy projekt „pieniędzy przyszłości” – skomplikowanego systemu elektronicznego, który umożliwiałby życie bez konieczności używania pieniędzy w fizycznej postaci. W programie biorą udział instytucje państwowe, producenci oprogramowania, zwłaszcza na urządzenia mobilne, a także zwykli użytkownicy komputerów i smartfonów. Rezultatem ich prac są pierwsze systemy, w których skład wchodzą skrupulatnie zabezpieczone elektroniczne czipy czy aplikacje, m.in. na systemy operacyjne Android i Windows.

Wizja Kanadyjczyków opiera się na tym, że każdy, kto dokonuje transakcji, posiadałby własny czip – niczym portfel – z zakodowaną na nim sumą, z której można by swobodnie korzystać. Czip można by nosić przy sobie pod postacią karty SIM, pamięci USB czy też zakodować posiadane pieniądze w chmurze, a mieć przy sobie jedynie urządzenie będące przekaźnikiem między chmurą a urządzeniami płatniczymi, np. w sklepie. System transakcyjny został tak pomyślany, by kupujący mógł zapewnić sobie anonimowość – podobnie jak w przypadku zakupów gotówką. Transakcje chroniłby też specjalny protokół zabezpieczający.

Zwolennicy takich rozwiązań są przekonani, że korzyści z przejścia na cyfrowy pieniądz byłyby gigantyczne. Z punktu widzenia rządów odpadłyby koszty druku i ochrony obrotu gotówkowego. Z perspektywy przeciętnego konsumenta oszczędności pochodziłyby choćby z braku opłat za użycie karty kredytowej, kosztów przewalutowania itp. Sceptycy wciąż kwestionują przejrzystość takiego systemu, podejrzewając, że w takim świecie Wielki Brat czai się za każdym rogiem.

Błąd, ten świat już tu jest. W sieci roi się od serwisów, które pozwalają w razie potrzeby omijać gotówkę. Squire umożliwia płatności za pomocą terminalu kart płatniczych podłączonego do iPhone’a, PayPal poprzez aplikację Card.io pozwala skanować numer karty za pomocą kamery w telefonie. Z tych i podobnych rozwiązań płatniczych i transferowych korzysta dziś choćby pół Afryki. Olbrzymia grupa współczesnych firm umożliwia zbieranie nagród lub punktów w programach lojalnościowych czy w ramach specjalnych inicjatyw mających w założeniu związać klienta z marką. Podobną formułę stosują niektórzy producenci gier internetowych, w których specjalne opcje można wykupywać za realne pieniądze, a następnie odsprzedawać innym – od wyspecjalizowanych wirtualnych quasi-światów, jak Second Life czy World of Warcraft, po proste Farmville dostępne na Facebooku. Przyszłością światowego obiegu finansowego mogą się stać koniec końców bitcoiny – lub jakaś wirtualna waluta będąca ich następcą.

Pozostaje jeden nieodzowny element układanki. „Pieniądze są używane jako czynnik pośredniczący w handlu, pozwalający uniknąć niedogodności systemu barterowego, czyli jednoczesnego występowania potrzeb u obu stron zaangażowanych w transakcję” – tłumaczy Europejski Bank Centralny. Żeby transakcja za pomocą abstrakcyjnego czynnika, jakim są pieniądze, mogła dojść do skutku, obie strony muszą ufać w ich wartość. Odkąd pieniądze nie mają już bezpośredniego oparcia w złocie, zaufanie to jest dosyć umowne. Zarazem wystarczy obdarzyć zaufaniem wiązkę danych komputerowych o równie abstrakcyjnej wartości jak kawałek papieru. To znaczy plastiku.

Bank Anglii podliczył, że w obiegu krążą 3 mld banknotów o łącznej wartości 58 mld funtów, ale to zaledwie 3 proc. całego kapitału w brytyjskiej gospodarce. Reszta to jedynie cyfrowe zapisy