Sprawa GetBacku, który dzięki obligacjom w krótkim czasie znalazł się na drugim miejscu pod względem skali działania na naszym rynku windykacyjnym, ale kłopoty z emisją akcji, a ostatnio także z terminową obsługą zadłużenia, postawiły jego przyszłość pod znakiem zapytania, jeszcze długo może być przedmiotem zainteresowania – zarówno opinii publicznej, jak i władz. Już dziś można pokusić się jednak o kilka wniosków.



Warto przypomnieć, że firmy windykacyjne właściwie nie podlegają nadzorowi. Komisja Nadzoru Finansowego pilnuje niemal wszystkich segmentów rynku finansowego: od największych banków do najmniejszych SKOK-ów. Windykacją nie musi się zajmować. Wprawdzie konieczne jest uzyskanie zgody nadzoru na zarządzanie wierzytelnościami funduszy sekurytyzacyjnych (to specjalne podmioty tworzone głównie dla złych kredytów przekazywanych przez banki), jednak wymogi nie są specjalnie wygórowane. Wystarczy przekazać nadzorowi umowę spółki, procedury zarządzania wierzytelnościami, informację o powiązaniach kapitałowych, ostatnie sprawozdanie finansowe i kilka innych tego rodzaju dokumentów. Poza powodami formalnymi KNF ma jeden merytoryczny dla odmowy takiej zgody: „Wnioskodawca nie daje rękojmi na wykonywanie zarządzania sekurytyzowanymi wierzytelnościami zgodnie z zasadami uczciwego obrotu lub w sposób należycie zabezpieczający interesy uczestników funduszu sekurytyzacyjnego”.
W przeszłości zdarzały się interwencje ze strony Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, który bronił zbiorowych interesów konsumentów. Wydaje się, że to jednak za mało. Rozumiem wprawdzie, że samo dawanie nadzorowi nowych kompetencji niczego jeszcze nie załatwi – trzeba mu bowiem dać też środki do ich realizacji, ale skala działania branży oraz to, że mowa o zobowiązaniach, które wychodzą zwykle z sektora finansowego, uzasadniają taki krok. W końcu mowa o branży, która obraca aktywami o nominalnej wartości idącej w dziesiątki miliardów złotych.
Reklama
Baczniejsze nadzorowanie firm windykacyjnych to jednak zadanie, któremu można nadać mniejszy priorytet. W krótkim terminie bardziej istotne okażą się bowiem obligacje, które pozwalały GetBackowi finansować błyskawiczną ekspansję. Oraz to, komu i w jaki sposób te obligacje były sprzedawane.

Reklama
„Manipulowanie i torowanie, przemilczenia, uwypuklenia, zniekształcenia, potwierdzenia, zaprzeczenia” – taką listę metod, jakimi był zachęcany (skutecznie) do kupna papierów dłużnych GetBacku, przedstawił nam jeden z czytelników. By zakończyć: „jak takie coś w ogóle może być...”
No właśnie. Mogło się wydawać, że po doświadczeniach z kredytami frankowymi czy polisami z ubezpieczeniowym funduszem kapitałowym instytucje zaufania publicznego, jak lubią mówić bankowcy, powinny wyrugować ze swojej praktyki efektywne, ale niekoniecznie etyczne, a na pewno niebudzące w długim terminie zaufania techniki sprzedaży. Zwłaszcza że sprzyjają temu rozmaite regulacje przyjęte w następstwie kryzysu finansowego na poziomie unijnym, które musieliśmy przyjąć i my. Jak dotyczące oferowania instrumentów finansowych dyrektywa MiFID II i rozporządzenie MiFIR. Najwyraźniej tak się jednak nie dzieje. Dlatego – niezależnie od tego, co dzieje się na poziomie regulacji – potrzebne jest też inne podejście. Krótko mówiąc: w branży finansowej nie powinno być miejsca nie tylko dla nieuczciwych sprzedawców, ale też dla ich menedżerów – bo to przecież oni szkolą w metodach sprzedaży i wyznaczają cele sprzedażowe, a jeśli trzeba, to także prezesów, którzy błogosławią całą praktykę, licząc na większe dochody dla firmy. I bonusy (co z tego, że w ramach innych regulacji te bonusy są płacone w ratach przez kilka lat). Na jednym ze spotkań usłyszałem, że z ludzi, którzy odpowiadali za rozbujanie sprzedaży walutowych hipotek, branża bankowa zdołała się oczyścić. Tyle że zajęło jej to dużo czasu. Czy tym razem uda się szybciej?
Ale jest jeszcze jeden aspekt. Trudno żałować ludzi, którzy korzystają z usług bankowości prywatnej – a więc dysponują znaczącymi kwotami – i którzy są gotowi zaryzykować dla dodatkowego procenta, dwóch zysku, nie patrząc na to, jakie ryzyko wiąże się z inwestycją. Zasada jest bardzo prosta: im większe potencjalne zyski, tym większe prawdopodobieństwo, że coś nie wyjdzie. Powinien ją znać nawet uczeń podstawówki, tym bardziej VIP, który zresztą w naszych warunkach najczęściej sam dorobił się dużych pieniędzy. Liczba nabywców obligacji feralnej firmy (choć tak naprawdę o jej sytuacji finansowej niewiele wiadomo, bo wciąż nie opublikowała raportu za 2017 r.) jest liczona w tysiącach. Wszyscy radzą sobie gorzej niż uczeń podstawówki?
PS. Wobec autora powyższego tekstu jak dotąd roszczeń nie dochodziła żadna firma windykacyjna. Nie zainwestował też w obligacje GetBacku. Nikt mu tego nawet nie proponował.