Miało być pięknie, wyszło jak zwykle. Złoża gazu łupkowego najpierw były olbrzymie, potem dyskretnie się ulotniły.
Reklama
70odwiertów, 45 licencji wydobywczych, 2 mld zainwestowanych dolarów i brak wydobycia gazu łupkowego na skalę przemysłową. Tyle zostało nam z łupkowej gorączki. Dziś możemy przyznać, że marzenie o staniu się drugą Norwegią, która dostatnio żyje z zysków ze sprzedaży ropy, było ułudą. Po prostu gazu w łupkach jest u nas znacznie mniej, niż tego oczekiwaliśmy. Ale nie możemy też mówić, że z łupków nic nie mamy. Po hurraoptymistycznej euforii i po fali czarnowidztwa czas zacząć kierować się zdrowym rozsądkiem.
Być może tej gorączce winna jest nasza skłonność do budowania zamków na piasku. I wiara w to, że jeśli Amerykanie coś powiedzą, to musi być to prawdą. A 7 kwietnia 2011 r. dotarł do Polski raport Energy Information Administration (EIA), gdzie dosyć szeroko omawiano kwestie gazu łupkowego (m.in. w Polsce) i z którego wynikało, że zasoby tego surowca u nas mogą wynosić ponad 5 bln m sześc. Dla porównania: nasze roczne zużycie gazu ziemnego to 15 mld m sześc.

Reklama
Ta prognoza dla kraju borykającego się z ciągłym brakiem pieniędzy i dyktatem rosyjskiego Gazpromu była jak obietnica manny z nieba. Trudno się dziwić, że łupkowy wirus rozprzestrzeniał się błyskawicznie. „Do 2013 r. wprowadzimy rozwiązania gwarantujące wysokie przychody z wydobycia gazu łupkowego, które przeznaczymy na bezpieczeństwo przyszłych emerytur”. To nie fragment przemówienia gubernatora Teksasu, gdzie na wielką skalę prace nad wydobyciem gazu łupkowego metodą szczelinowania (frakingu) trwają od ponad 15 lat. To fragment programu wyborczego PO z 2011 r.
A oto kilka tytułów z gazet: „Polska gazem łupkowym stoi”, „Dzięki gazowi łupkowemu Polska może być potęgą”, „Raport amerykańskich władz ujawnia: Polska będzie gazową potęgą”. Euforia była tak wielka jak przed rozpoczęciem finałów Euro 2012 (wyjście z grupy miało być pierwszym krokiem do wielkiego sukcesu drużyny Franciszka Smudy). Ci z prawej pisali: „Teraz nasze bogactwo i bezpieczeństwo energetyczne oparte będzie na wydobyciu gazu z łupków. (...) Prawo i Sprawiedliwość ujawniło, że ma już gotowy projekt ustawy o powołaniu państwowej firmy, która będzie miała udziały w spółkach wydobywających u nas gaz łupkowy. Pozyskane w ten sposób pieniądze lokowane będą w funduszu, który będzie służył rozwojowi kraju”. Ci z lewej informowali, że zachodnie koncerny chcą u nas zainwestować prawie pół miliarda złotych. Także i DGP pisało, że Polska ma wielką szansę stać się gazowym potentatem.
Gaz, gaz, gaz
Historia gazu łupkowego w Polsce zaczęła się dekadę wcześniej: w 1998 r. Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo uzyskało koncesję na jego poszukiwanie w rejonie m.in. Ostrowa Wielkopolskiego. Ale nie wykonało nawet odwiertu. W kolejnych latach nie przyznano zbyt wielu nowych zezwoleń, ruch w interesie zaczął się dopiero w drugiej połowie lat dwutysięcznych. To wtedy zaczęły płynąć z USA informacje, że udoskonalona technologia frakingu pozwala pozyskiwać tani gaz w olbrzymich ilościach. W 2007 r. o koncesję upomniały się Orlen Upstream i amerykański gigant Chevron.
W apogeum łupkowej gorączki – na przełomie 2012 i 2013 r. – rząd wydał 113 koncesji na poszukiwania gazu łupkowego (m.in. amerykański Marathon Oil miał ich 11, kanadyjski Talisman Energy – 3, amerykański gigant ExxonMobil – 6). Bardzo aktywne były też PGNiG (do dziś ma 11 koncesji), Orlen czy Lotos (po 7 koncesji). Trzy lata temu koncesje swoim zasięgiem obejmowały 90 tys. km kw., ponad jedną czwartą powierzchni kraju. Dziś to niewiele ponad 10 proc., a ponad połowę pozwoleń na poszukiwanie mają rodzime firmy.
Jednak po kilku miesiącach przedwyborczego podgrzewania łupkowej gorączki (wybory parlamentarne odbyły się jesienią 2011 r.), czucia się drugą Norwegią i planowania gigantycznych wydatków i inwestycji, zaczęły się pojawiać pierwsze głosy otrzeźwienia. Zaczęto pytać, czy nie dzielimy skóry na niedźwiedziu, gdyż pierwsze odwierty nie wskazywały na łupkowe eldorado. Na dodatek 21 marca 2012 r. Państwowy Instytut Geologiczny pokazał raport, z którego wynikało, że prawdopodobne zasoby gazu łupkowego w Polsce wynoszą od 346 mld m sześc. do 768 mld m sześc. Minimalne to 30 mld.
– Gorączka czasem jest potrzebna, by coś zacząć, by przyciągnąć inwestorów. Ale potem, dla zdrowia, myśmy ją zbili do racjonalnych wymiarów, mimo krytycznych uwag ze strony świata polityki i mediów – wyjaśnia prof. Grzegorz Pieńkowski, wiceszef Państwowego Instytutu Geologicznego-Państwowego Instytutu Badawczego (PIG-PIB). Skąd tak wielki rozdźwięk między szacunkami Amerykanów a PIG? – EIA przygotowała prognozę opartą na prostym przeliczeniu objętości polskich skał łupkowych, przyjmując przy tym bardzo korzystne parametry znane z łupków amerykańskich. To nie były prognozy realistyczne i w naszym raporcie z 2012 – bardzo przybliżonym, opartym tylko o dane archiwalne – zostały one radykalnie skorygowane w dół. Co więcej, służba geologiczna USA (USGS) w tym samym roku podała własne prognozy, które były jeszcze niższe, na poziomie naszego minimum minimorum, czyli ok. 40 mld m sześc. – stwierdza polski naukowiec.
Jednak łupkowy entuzjazm wciąż trwał. Co jakiś czas można było ujrzeć w telewizji przedstawiciela którejś z firm, który ogłaszał rozpoczęcie kolejnego odwiertu. Można było usłyszeć zapowiedzi, że już za chwilę gaz z polskich łupków trafi do domów. Gorączka łupkowa miała się w najlepsze, ale co uważniejszy obserwator mógł zauważyć, że pojawiają się oznaki spadku temperatury, np. w połowie 2012 r. działalność postanowił u nas zakończyć gigant ExxonMobil.
Łupkoza już za nami
W 2013 r. byliśmy już na etapie ogłaszania końca łupkowego eldorado, a co ciekawe, wciąż nie mieliśmy regulacji prawnych dotyczących tego typu wydobycia. Pojawiły się one dopiero kilka miesięcy temu – a właśnie ich brak był m.in. przyczyną odwrotu zagranicznych firm. Oprócz niejasności otoczenia prawnego pojawiły się też takie kwestie jak słynny już protest mieszkańców w Żurawlowie na Lubelszczyźnie, gdzie przez ponad 400 dni z sukcesem blokowali rozpoczęcie odwiertu przez firmę Chevron. Sprawa odbiła się szerokim echem w całym kraju.
Z łupkowej choroby wyleczyliśmy się już definitywnie. Dziś jedyne informacje to te o kolejnych zamknięciach filii zagranicznych koncernów. Ale myliłby się ten, kto uważa, że poza niesmakiem po chorobie zostały nam tylko blizny pod postacią pozamykanych odwiertów. Powodów, dla których było warto uwierzyć w gaz łupkowy, jest co najmniej kilka.
70 odwiertów wypada wyjątkowo blado przy ponad 100 tys. odwiertów za oceanem. Ale warto pamiętać, że w Europie jesteśmy liderem – np. we Francji na wydobycie gazu z łupków nałożono moratorium (wpływ miały silne protesty ekologów, które mogły być inspirowane przez rosyjski Gazprom; gaz z łupków stanowi dla wschodniego potentata konkurencję). W Wielkiej Brytanii wykonano do tej pory jeden odwiert. A to oznacza, że polskie firmy zyskały know-how, który w przyszłości może przynieść profity. Bo choć oczywiście niekwestionowanym liderem we frakingu są Stany Zjednoczone, my mamy doświadczenie w pracy w trudniejszych warunkach geologicznych.
To, co jest naszym istotnym wkładem w wiedzę na poziomie europejskim, to dokładne zbadanie wpływu wydobywania gazu łupkowego na środowisko. – Wartością raportów sporządzonych przez konsorcjum pod kierownictwem PIG-PIB, firmowanych przez Generalną Dyrekcję Ochrony Środowiska i Ministerstwo Środowiska, jest fakt wykonania badań stanu środowiska sprzed rozpoczęcia prac poszukiwawczych. Takich badań bardzo często brakuje np. w USA. Dokładnie zbadaliśmy stan środowiska przed rozpoczęciem odwiertu, w trakcie i po jego wykonaniu. Mamy siedem takich raportów. I wynika z nich, że przy zachowaniu naszych norm i regulacji (są bardziej restrykcyjne niż w USA) wpływ na środowisko jest niewielki. Chodzi głównie o hałas przy wierceniu i wzmożony ruch ciężarówek, ale te zjawiska występują przy każdym odwiercie – wyjaśnia prof. Pieńkowski.
Skąd więc możliwe są takie efekty jak słynne już podpalanie wody lecącej z kranu demonstrowane w filmie „Gasland”, który jest mocną krytyką wydobycia gazu z łupków? W Stanach prawo jest bardziej liberalne, a poza tym przy tak dużej liczbie wiercących o wiele łatwiej o błędy i nieuczciwych wykonawców. Z odwiertu, który nie jest odpowiednio zabezpieczony, mogą się przedostawać gaz czy chemikalia do wód gruntowych. W Polsce żadne takie zdarzenie nie miało miejsca.
Wreszcie chyba najbardziej istotnym efektem naszej gorączki łupkowej jest to, że dziś wiemy dużo więcej o naszych zasobach (każdy odwiert to kolejne informacje) i pewnie w najbliższych latach będziemy korzystać z gazu łupkowego. – W Polsce mieliśmy już odwierty, z których w trakcie próbnej eksploatacji wydobywało się 24 460 m sześc na dobę. To było obiecujące, ale wciąż poniżej oczekiwań światowych koncernów, które za próg opłacalności uznają 3–4 razy większą wydajność. Dlatego wielkie koncerny opuściły Polskę – mówi prof. Pieńkowski
Z drugiej strony, warto pamiętać, że Chińczycy (ich narodowi operatorzy) korzystają z odwiertów, w których wydobywa się ledwie 3 tys. m sześc. na dobę, choć mają już i takie o wydajności 200 tys. m sześc. na dobę. Ponadto na tym początkowym etapie wydobycia dotują gaz łupkowy. – Może to jest jakaś podpowiedź dla nas? Nie tyle w sensie dotowania gazu, ale właśnie konsekwencji. Nie byłoby dobrze, gdybyśmy z euforii sprzed paru lat weszli nagle w stan kompletnej rezygnacji – wskazuje Pieńkowski.
Tymczasem należy się przygotować na kolejne dwa wydarzenia związane z łupkami. Pod koniec roku PIG ogłosi kolejny raport o złożach, który jest sporządzany na podstawie wykonanych odwiertów. Czyli będzie znacznie dokładniejszy. Z dużym prawdopodobieństwem można założyć, że szacunki naszych złóż znów się zmniejszą, tak więc nasze wirtualne bogactwo po raz kolejny nieco się zmniejszy, a media i politycy obwieszczą kolejną narodową porażkę.
Być może jednak wkrótce znów wzrośnie nam temperatura. Przy okazji poszukiwań gazu łupkowego okazało się, że niektóre z naszych łupków zawierają też ropę. Na razie nikt nie mówi o naftowym eldorado. Przerobiliśmy już co prawda gazową gorączkę łupkową, ale naftowa gorączka łupkowa to już zupełnie inna choroba. I nie musimy być na nią odporni.