W normalnych warunkach mniej więcej jedna czwarta rosyjskich dostaw gazu do Europy przepływa przez Ukrainę. To realne, że mimo wojny gaz będzie tłoczony w sposób niezakłócony?

Jedna czwarta to tylko możliwości (przepustowość) sieci ukraińskiej a nie fizyczny przesył. Od ok. 2 lat dostawy z Rosji przez Ukrainę do Europy Zachodniej (w tym do Polski) spadły do niecałych 40 mld m sześć/rok. Dlatego tym bardziej tłoczenie gazu, pomimo wojny, jest realne. Wszystko zależy od strategii albo raczej taktyki inwazji wojskowej obranej przez Kreml. Rosyjskie wojsko może zdecydować się na prowokacyjne uderzenie w ukraińską infrastrukturę przesyłową, co doprowadziłoby do przerwania dostaw.

Reklama

Co by to oznaczało?

Dalekosiężne konsekwencje. System gazociągów ukraińskich ma większą przepustowość niż którakolwiek inna trasa, którą przesyłany jest gaz z Rosji do Europy. A nasz kontynent, ujmując to delikatnie, jest w dość nierównym stopniu przygotowany na pozyskiwanie gazu z innych kierunków. Ale największy cios, porównywalny nawet do uruchomienia gazociągu Nord Stream 2, będzie to dla samej Ukrainy. Nasi napadnięci 4 dni temu sąsiedzi w 2015 r., po inwazji rosyjskiej na Krym, wstrzymali zakupy gazu bezpośrednio od firm z Rosji. Natomiast zniszczenie, a przez to wyłączenie tamtejszych gazociągów jako trasy przesyłowej do Europy, oznaczać będzie koniec możliwości zakupu gazu z Zachodu w ramach tzw. rewersu wirtualnego. Konieczność przejścia na fizyczne dostawy z zachodu oznaczałaby dla Kijowa gigantyczne trudności, w tym koszty. Potrzebna byłaby nowa infrastruktura, nie tylko po stronie ukraińskiej ale też po polskiej, nowe kontrakty z zachodnimi partnerami na przesył, z eksporterami na sprzedaż oraz opanowanie umiejętności handlu na zachodnich giełdach. Dodatkowo [MRW1] zagrożone przejęciem przez Rosję są terytoria na północnym wschodzie kraju, gdzie występują ukraińskie, produkcyjne złoża gazu ziemnego.

Reklama

Dla zachodu Europy to też będzie problem? Czy do jej zasilenia wystarczą pierwszy Nord Stream, Turk Stream i Jamał?

W ostatnich latach dostawy szlakiem ukraińskim już bardzo mocno ograniczono. Realnie tłoczone jest nim nie więcej niż 30-40 mld m sześc. rocznie. Taki wolumen można zastąpić dość łatwo, jeśli wziąć pod uwagę, że przepustowość samego Nord Streamu 1 (działa w pełni od 2012 r.), tak jak i Nord Stream 2 (tydzień temu zawieszono certyfikację operatora tej trasy, ponieważ miał być nim Gazprom), to po ok. 55 mld m sześć/rok.

Czyli opcja „business as usual” będzie dostępna. Z drugiej strony to surowce energetyczne są miękkim podbrzuszem Rosji. W samym 2020 r. zarobiła na ich sprzedaży państwom UE ok. 60 mld euro. Brak sankcji na ten sektor to błąd?

Unia boi się odcięcia dostaw ze Wschodu. Zresztą z tego samego powodu, z którego bała się wyeliminowania Rosji z systemu SWIFT. Będzie to po prostu kosztowne i będzie wymagać wysiłku . Nie lubię i nie używam zwrotu „business as usual” w odniesieniu do Rosji. To ulubiony zwrot rosyjskiego agresora, powtarzany bez zrozumienia na zachodzie Europy. W przypadku nałożenia prawdziwych sankcji największe straty w Europie poniosą firmy, które są klientami rosyjskich koncernów energetycznych i dlatego intensywnie lobbują przeciwko takim restrykcjom. Ja to wahanie po stronie Europy nawet rozumiem. Tej złej sytuacji można było bardzo łatwo uniknąć: realizując, tak jak to postulowaliśmy z Polski, długofalową politykę dywersyfikacji kierunków i partnerów dostaw surowców, zwłaszcza gazu ziemnego. W Polsce inwestujemy w infrastrukturę, w tym transgraniczną, zacieśniamy relacje i podpisujemy kontrakty z dostawcami z Morza Północnego, Bliskiego Wschodu, USA a nawet z Azji., i importujemy od nich gaz, tworzymy system zachęt dla firm. Przyjęcie takiej strategii dla całej Europy jest nadal możliwe i pożądane, tylko potrzeba byłoby konsekwencji i czasu, bo na efekty trzeba będzie poczekać.

Jak długo?

Co najmniej 2 lata, może nawet 3. Szybciej się nie da.

To co możemy zrobić tu i teraz?

Zaprojektowanie skutecznych sankcji, które nie uderzą rykoszetem w Europę, to niezwykle trudne zadanie. Rozwiązanie idealne raczej nie istnieje. Dlatego tak kardynalnym błędem były zaniechania. Gdyby nawet późno, kilka lat temu, przyjęto kierunek na energetyczną niezależność Europy czy też na równoważenie zależności, mielibyśmy zupełnie inną sytuację. Bezpieczną. Możemy za pomocą różnych list sankcyjnych utrudniać życie rosyjskiej elicie władzy, ale to nie będą instrumenty, które mogą doprowadzić do przełomu. On nastąpi, kiedy UE jednym głosem ogłosi zmianę polityki w dziedzinie surowców energetycznych, z prorosyjskiej na otwartą, światową i publicznie zapowie w jakim tempie będzie zastępować rosyjską ropę i gaz ziemny dostawami z Azji, Afryki albo Ameryki Płn. Np.: co roku po 10%. A potem będzie rygorystycznie to kontrolować. Np. tak, jak przestrzega się ograniczeń emisji CO2. Taka zapowiedź UE byłaby najcięższą sankcją dla Rosji. O ile budżet Rosji może sfinansować wydatki wojenne pewnie przez 2-3 najbliższe lata ze zgromadzonych rezerw walut i złota, o tyle w perspektywie 10 lat nie będzie to możliwe bez napływu świeżej gotówki – pochodzącej właśnie ze sprzedaży ropy i gazu do Europy. A tak się dzieje obecnie. Wiarygodne kalkulacje brytyjskie wykazały, że z opłaty za zatankowanie jednego średniej wielkości baku samochodowego jakimkolwiek paliwem płynnym ok. 7 funtów trafia na rosyjskie wydatki zbrojeniowe. Jest to cena jednego ręcznego granatu. Z naszych rachunków za gaz – ponad 20 proc. zasila rosyjska zbrojeniówkę. W odniesieniu do paliw sprzedawanych w Polsce analogiczne kalkulacje nie są mi znane ale powszechnie wiadomo, że kupujemy od FR ponad 25 mln ton ropy surowej URALS (REBCO) rocznie. Warto ten koszt porównać z ceną wyrzutni do rakiet np. BUK.

No to może trzeba pogodzić się z faktem, że skuteczne sankcje muszą być dla Europy w jakimś stopniu kosztowne i my musimy tę cenę zapłacić?

Za głupotę się płaci, to na pewno. Ale koszty nie muszą być szczególnie wysokie. To kwestia porozumienia się z dostawcami, którzy mogliby zastąpić dostawy rosyjskie. Jeśli byłby to początek szerzej zakrojonej dywersyfikacji i partnerzy mogliby liczyć na długofalową współpracę, nie podyktują cen nieosiągalnych. Gorzej, że na horyzoncie nie widać wciąż jednomyślnej zgody UE na przyjęcie takiej ścieżki.

Zakręcenie kurków może jednak doprowadzić do deficytów surowców, zwłaszcza gazu. Eksperci wskazują, że infrastruktura do odbioru LNG już pracuje na pełnych obrotach. Według niemieckiego Instytutu Ekonomii Energetyki zakręcenie kurków będzie się wiązało z koniecznością ograniczenia zużycia gazu w UE o ok. 10 proc.

W krótkiej perspektywie każda nagła zmiana jest oczywiście kosztowna. Ale w perspektywie kilku lat decyzja o zmianie kierunków dostaw zacznie sie opłacać. Wszystko rozbija się jednak o wolę polityczną. A zdolności przeładunkowe europejskich terminali LNG ma jeszcze spory zapas, to nieprawda, że „pracują na pełnych obrotach” już teraz.

Po tym, jak Berlin ogłosił wycofanie poparcia dla NS2, w Polsce pojawiły się głosy, że kolejnym krokiem powinno być zatrzymanie również pierwszego bałtyckiego gazociągu. Zgłoszenie tego postulatu zapowiedział prezes PiS Jarosław Kaczyński. Dobry pomysł?

Ma to sens o tyle, że wyłączenie Nord Streamu 1 mogłoby wymusić na Rosji utrzymanie przesyłu trasą ukraińską na jeszcze dłużej i na większe wolumeny. Inną sprawą są szanse na realizację tego postulatu. Nie wystarczy tryskać pomysłami. Zaklęcie „niech sie stanie” wymaga codziennej ciężkiej pracy – dyplomatycznej, technicznej, korporacyjnej. Berlin dopiero co, i z największym trudem, zgodził się na zahamowanie NS2. Trudno przypuszczać, by był gotów na kolejne tak gigantyczne ustępstwo na samo podane hasło.

Oprócz gazu sprowadzamy ze Wschodu ropę naftową i węgiel. Jest tylko pytanie, czy uderzenie w te surowce faktycznie Rosję zaboli. W porównaniu do gazu, gdzie ze względu na ograniczenia infrastrukturalne trudno zmienić kierunki eksportu, stosunkowo łatwo można je skierować do innych odbiorców.

To oczywiście prawda. Tankowce czy pociągi z tymi surowcami można skierować w innych kierunkach jeszcze w czasie transportu. Pytanie jednak, ile konkretnie i w jakiej cenie kupią inni. Np. Chiny są bardzo chłonnym rynkiem jeśli chodzi o wszelkie właściwie surowce, ale czy będą skłonni zapłacić za nie takie pieniądze, jak Europa? To wątpliwe. Dlatego sankcje UE na ropę czy węgiel mogłyby jednak Rosji zagrozić. A na pewno zahamowac finansowanie armii i wojny.

Takie sankcje mogłyby zmienić losy tej wojny?

Są przypadki świadczące o tym, że gospodarcza izolacja może doprowadzić do politycznego przełomu. Przykładem – sankcje na RPA w okresie apartheidu. Z pewnością tamte decyzje też miały koszty gospodarcze. Ale faktem jest, że restrykcje były skuteczne. Ludobójstwo w RPA ustało.

Od 2014 r., kiedy doszło do aneksji Krymu i rozpoczął się konflikt w Donbasie, Władimir Putin zrobił sporo, żeby zabezpieczyć swój kraj przed sankcjami świata zachodniego. A Unia – jest bardziej niż wtedy odporna na rosyjską grę surowcami?

Nie. Zmarnowaliśmy w Europie ten czas, a przez to swoją szansę.

Przyjęto przecież dyrektywę gazową, rozbudowano połączenia gazowe między państwami UE, zliberalizowano rynek i ograniczono rolę umów długoterminowych.

I działania te zostały przez Moskwę wykorzystane przeciwko Europie. W momencie, kiedy gospodarki europejskie odbiły po pandemicznych lockdownach popyt skoczył do góry i gazu na rynkach światowych zabrakło, Gazprom postawił na eskalację cen i maksymalizację zysków poprzez ograniczenie sprzedaży surowca przez giełdy europejskie. Proszę mnie dobrze zrozumieć: zmiany regulacji energetycznych w UE szły w dobrym kierunku, problem w tym, że uwierzono, że zbawią nas procedury i zasady rynkowe bez trzeciego, kluczowego elementu, jakim jest faktyczna dywersyfikacja. Unia uwierzyła w dogmat o Rosji jako pewnym dostawcy i się przeliczyła. Lekcja jest prosta: liberalizacja na niewiele się zdaje, gdy rynek zdominowany jest przez jednego dostawcę, który może regulować podaż według wlasnego, nieskrępowanego wyboru.

Było przekonanie, że Rosja nie może zagrać gazem, bo sama jest zależna od europejskiego rynku w równym stopniu, co Europa od rosyjskich dostaw.

Ta współzależność to mit. Przynajmniej od czasu wybudowania przez Rosję nowych rurociągów: Nord Streamów 1 i 2 od północy i Turk Streamu od południa. Dzięki nim Moskwa dysponuje nadwyżką mocy przesyłowych, którymi może żonglować zależnie od własnych politycznych potrzeb. Relacja stała się nierówna. Europa potrzebuje gazu i to w olbrzymich ilościach – zużywamy go prawie pół biliona metrów sześciennych rocznie. Jesteśmy też uzależnieni od wschodniego kierunku dostaw – pod jego kątem jest zaprojektowana niemal cała europejska infrastruktura.

Polska stawia na surowcową dywersyfikację, z przerwami, od niemal ćwierć wieku. Mimo to mamy wciąż większy udział dostaw ze Wschodu niż unijna przeciętna.

To prawda, chociaż wszystko wskazuje na to, że – przynajmniej jeśli chodzi o gaz – jeszcze w tym roku, po uruchomieniu Baltic Pipe, to się zmieni. To oznacza, że wychodząc z bardzo głębokiej zależności, dojdziemy do sytuacji porównywalnej z typowym państwem pólnocnej Europy. Będziemy mieli połączenie ze złożami na Morzu Północnym tak jak Anglicy, Francuzi, Holendrzy i Niemcy. Dodatkowo mamy własny terminal LNG i korzystamy z terminala w Kłajpedzie. Mamy dużą szansę zaspokoić cały popyt wewnętrzny podażą z tych źródeł. Przy czym wektor zmiany jest u nas odwrotny niż np. w Niemczech czy Holandii, które w ostatnich latach pogłębiają swoją zależność od dostaw rosyjskich.

Byliśmy mądrzejsi od zachodniej Europy?

Tak bym nie powiedział. Ale wydaje się, że udało się zrealizować dywersyfikacyjne minimum, które może pomóc nam zamortyzować obecne wstrząsy. Chociaż nadal nie jesteśmy niestety w pełni przygotowani do zamknięcia tego procesu w wymiarze wewnętrznym. Dużo jest do zrobienia jeśli chodzi o przygotowanie krajowej infrastruktury do rozprowadzania gazu napływającego z Północy i Zachodu. Sieć gazowa to nie są wodociągi, w których kierunek przepływu nie gra roli. Zmiana wektora oznacza konieczność dokonania kosztownych inwestycji m.in. w dużej części stacji kompresorowych, pobudowania nowych fragmentów sieci do przesyłu i dystrybucji.

Do uruchomienia połączenia ze złożami norweskimi zostało ponad pół roku. Co jeśli w międzyczasie Rosjanie zakręcą kurek?

Nasza odporność jest niska, ale wyższa niż jeszcze kilka czy kilkanaście lat temu. Mamy działające połączenia ze Słowacją i Litwą, kończymy połączenie z Czechami. Ale nie ma się co oszukiwać, jeśli dostawy z kontraktu jamalskiego zostaną przerwane przed definitywnym zakończeniem kontraktu w grudniu 2022, sytuacja będzie wymagała wyjątkowo wprawnego zarządzania. Zwłaszcza, że znacznie zahamowano nakłady na wydobycie gazu rodzimego.

A jeśli chodzi o inne surowce? Prezes Orlenu Daniel Obajtek przekonuje, że – m.in. dzięki połączeniu z Lotosem – sektor naftowy jest odporny.

Ja w to nie wierzę. Przez ostatnie 3 lata zbyt dużo było fałszywych obietnic. Fuzję uważam za błąd, a dobór partnerów do transakcji – myślę zwłaszcza o MOL-u – za chybiony z punktu widzenia bezpieczeństwa energetycznego Polski. Przypomnę po raz kolejny – MOL jest operatorem północnej sekcji gazociągu Turk Stream, sztandarowej, oprócz Nord Stream 1 i 2, inwestycji Gazpromu w Europie. Wszystkie trzy mają na celu, przede wszystkim destabilizację Ukrainy i wyeliminowanie ukraińskich firm z rynku gazowego Europy.