To, że kolejne kraje wycofują dyplomatów i radzą wyjeżdżać z Ukrainy swoim obywatelom, przemawia do wyobraźni inwestorów. A jeszcze ważniejsza staje się wizja nałożenia sankcji na Rosję. Jedną z nich mogłoby być ograniczenie przyjmowania tamtejszej ropy. To sprawiło, że jej cena na giełdach znów poszybowała. I choć wzrost w poniedziałek wyhamował, to piątkowe przekroczenie 95 dol. za baryłkę pokazało, że konflikt może wywołać spore zawirowania na rynku.
Biały Dom nie wskazuje wprost, że zablokowanie dostaw z Rosji będzie konsekwencją ewentualnej inwazji, jednak inwestorom wystarcza już to, że nie wyklucza podjęcia takich działań. Surowca na rynku brakuje bowiem od dłuższego czasu, a Rosja jest jednym z największych jej eksporterów na świecie – jak wylicza bank inwestycyjny Cowen, sprzedaje ok. 5 mln baryłek dziennie, co stanowi prawie 12 proc. globalnego zapotrzebowania. Ponadto dostarcza też ok. 10 proc. produktów naftowych na świecie.
„Jeśli nastąpi ruch wojsk, ropa Brent nie będzie miała żadnych problemów z przekroczeniem poziomu 100 dol.” – napisał cytowany przez Reutersa Edward Moya, analityk brytyjskiego OUANDA, zajmującego się doradztwem finansowym. Niepokój wzmacnia to, że światowe zapasy spadły w grudniu o 60 mln baryłek do najniższego poziomu od siedmiu lat.
Reklama
Zarazem obecna sytuacja umożliwia Rosjanom osiąganie rekordowych zysków, a uderzenie w ten sektor byłoby szczególnie bolesne, bo drogie surowce to poduszka dla rosyjskiego budżetu – z racji tego, że handluje się nimi w dolarach bądź euro, dość wytrzymała również na ewentualne osłabienie rubla.
Największy tamtejszy koncern paliwowy odpowiadający za 40 proc. produkcji rosyjskiej ropy naftowej, Rosnieft, w ubiegłym tygodniu przedstawił swoje wyniki finansowe – jego zysk netto w ubiegłym roku wzrósł sześciokrotnie do prawie 12 mld dol. I to pomimo stopniowo uwalnianych zdolności produkcyjnych.

Reklama
Około 60 proc. rosyjskiej sprzedaży trafia do Europy, 30 proc. do Chin, które najprawdopodobniej mogłyby zyskać na ewentualnych sankcjach. Dzięki nim mogłyby bowiem kupować od Rosjan taniej. Już dziś bowiem są jednym z głównych importerów objętej sankcjami ropy z Iranu. Reuters, powołując się na analityków z Petro-Logistics, informował, że w grudniu eksport tamtejszej ropy pierwszy raz od trzech lat przekroczył 1 mln baryłek dziennie. Dlatego rynek z entuzjazmem przyjął wznowienie rozmów z Zachodem i zareagował w ubiegłym tygodniu spadkiem cen. Sankcje na Rosję to jednak działanie znacznie większego kalibru.
Międzynarodowa Agencja Energii postuluje, by podaż zwiększyły kraje eksportujące ropę naftową zrzeszone w OPEC. Chodzi przede wszystkim o mające największe wolne moce produkcyjne Arabię Saudyjską i Zjednoczone Emiraty Arabskie. Agencja wyliczyła bowiem, że choć organizacja deklaruje comiesięczne zwiększanie dostaw o 400 tys. baryłek dziennie, to luka między zakładanymi celami produkcyjnymi a rzeczywistością w styczniu sięgnęła już ok. 900 tys. baryłek. Na razie jednak OPEC nie planuje zmieniać swojej polityki powolnego zwiększania podaży.
Pomimo zagrożenia konfliktem stabilizują się ceny gazu, które zazwyczaj zachowują się podobnie do ropy. Tym razem na rynku spotowym według danych Europejskiej Giełdy Energii nie przekraczają 77 euro za MWh – to o 2 euro więcej niż w ubiegłym tygodniu, ale jednocześnie aż o 16 proc. mniej niż jeszcze pod koniec ubiegłego miesiąca. Na rynek korzystnie wpływają bowiem dość dobre prognozy pogodowe, a także dostawy skroplonego gazu ziemnego LNG. Jak wylicza firma analityczna IHS Markit, dostawy na kontynent w styczniu były rekordowe i stanowiły 34 proc. trafiającego tu gazu.
Nie oznacza to jednak, że eskalacja konfliktu nie zmieniłaby tendencji na rynku. „W skrajnym, choć bardzo mało prawdopodobnym scenariuszu, w którym wszystkie rosyjskie rurociągi zostaną odcięte, trwałość globalnych dostaw LNG i ograniczone wolne europejskie zdolności regazyfikacyjne LNG oznaczają, że do zamknięcia luki potrzebne byłyby inne źródła dostaw” – stwierdził Michael Stoppard, główny strateg IHS Markit zajmujący się globalnym rynkiem gazu.