Reklama
– Poprosiliśmy Polaków o wznowienie rozmów – mówi DGP Vladislav Smrž, czeski wiceminister środowiska, i potwierdza, że zaproszenie zostało skonsultowane z przedstawicielami koalicji, która najpewniej stworzy nowy rząd. Nasi czescy rozmówcy deklarują, że spór o Turów trzeba załatwić jak najszybciej.
Jak tłumaczył Martin Půta, kierujący samorządem graniczącego z Polską kraju libereckiego, chodzi o to, żeby nie czekać kolejnych kilku miesięcy, zanim dojdzie do przekazania władzy. Wiceminister Smrž deklaruje w rozmowie z nami, że sam wysłał list z propozycją wznowienia rozmów, ale zrobił to po uzgodnieniach z szefem komisji negocjacyjnej, ministerstwem spraw zagranicznych oraz przedstawicielami regionu. Miał też otrzymać zielone światło od politycznych przeciwników, czyli Obywatelskiej Partii Demokratycznej (ODS) oraz Starostów i Niezależnych, czyli dwóch najsilniejszych partii pięciopartyjnej koalicji, która rozmawia o utworzeniu nowego rządu. Jedno z pytań, które pojawia się po polskiej stronie, dotyczy tego, czy potencjalny rząd lidera ODS Petra Fiali będzie respektował ewentualną umowę.
Czeski resort środowiska przekonuje, że tak. Podobną deklarację złożył w rozmowie z nami wiceszef ODS Alexandr Vondra. – Sztuczne przedłużanie negocjacji nie byłoby racjonalne. Mieszkańcy regionu potrzebują rozwiązania już teraz. Poza tym nie zależy nam na długotrwałym sporze czesko-polskim – tłumaczy. David Klimeš, analityk z portalu Aktuálně.cz, dodaje, że nie jest jasne, jak długo dotychczasowy rząd Andreja Babiša będzie miał legitymację do prowadzenia rozmów. – Teoretycznie do czasu powołania nowego rządu, który miałby zatwierdzić prezydent. Ale Miloš Zeman jest chory i nikt nie wie, jak długo to potrwa – tłumaczy nasz rozmówca. Wiele może zależeć od tego, kto obejmie MSZ i resort środowiska: politycy przychylnej Polsce ODS czy ich bardziej zdystansowani wobec współpracy regionalnej sojusznicy z mniejszych partii centroprawicowych, jak KDU-ČSL czy TOP09.
Rozmowy z Czechami zostały gwałtownie przerwane 1 października. Doszło wówczas do nocnej, nerwowej wymiany SMS-ów między Andrejem Babišem i Mateuszem Morawieckim. Premierzy pokłócili się przede wszystkim o termin ważności umowy i zabezpieczeń. Czeski rząd jest również pod wewnętrzną presją. Jeżeli nie dojdzie do porozumienia z Polską, przygraniczny kraj liberecki odgraża się, że zwróci się do czeskiego rządu, żeby zaczął finansować z własnej kieszeni monitoring parametrów środowiskowych oraz przygotował plan rozbudowy wodociągów w strefie, w której w wyniku działalności odkrywki w Turowie opada poziom wód gruntowych. Zdaniem władz lokalnych w Libercu na wsparcie regionu potrzeba kilku miliardów koron (kilkuset milionów złotych).
Czesi mówią, że teraz piłka jest po polskiej stronie. Nasi rozmówcy z rządu pod koniec zeszłego tygodnia przyznawali, że cały czas trwają dyskusje, czy wrócić do stołu negocjacyjnego. Do tej pory polski rząd czekał na wynik wyborów. Liczono, że po głosowaniu spadnie temperatura dyskusji. Teraz, gdy pojawia się zaproszenie do ponownych negocjacji od ustępującej ekipy rządzącej, polski rząd kalkuluje, co zrobić. Na razie nie śpieszy się z pozytywną odpowiedzią. Brakuje zaufania. Nasz rozmówca zwraca uwagę, że rozmowy zostały zerwane na poziomie premierów, a z propozycją ich wznowienia występuje wiceminister. – Mamy siadać do stołu rokowań, jakby nic się nie stało. Pytanie, czy gdybyśmy się dogadali, nowy rząd nie uzna, że ma z tym jakiś problem – zauważa.
Na odchodnym Warszawa przekazała Czechom, że powrót do stołu będzie oznaczał, że oferowana wcześniej przez Polaków rekompensata za straty wynikające z pracy Turowa będzie pomniejszana o karę wynikającą z niezastosowania się do środka tymczasowego w postaci wstrzymania wydobycia nałożonego przez Trybunał Sprawiedliwości UE. W tej chwili to już kilkanaście milionów euro, a wcześniej oferowaliśmy Pradze 50 mln euro.
– Jeśli dogadamy się z nimi i oni wycofają skargę z TSUE, ale przejmie ją Komisja Europejska, całe porozumienie na nic się zda – mówi osoba znająca przebieg negocjacji.
Warszawa obawia się też, że jeśli zapłacimy Czechom za szkody środowiskowe, z identycznym roszczeniem wystąpią Niemcy. – Dlatego może najlepiej poczekać na wyrok TSUE, bo na koniec może się okazać, że będzie mniej dolegliwy niż środek tymczasowy – wskazuje nasz rozmówca z rządu.
Na razie zresztą nie regulujemy zobowiązań w związku z niewykonywaniem tego środka. „Polska nie dokonała dotąd żadnych płatności do bud żetu UE w związku z postanowieniem dotyczącym kopalni Turów” – potwierdza MF. W samej elektrowni Turów od 4 października nie działa nowy blok energetyczny, bo doszło do awarii. Trwają prace nad usunięciem usterki, co ma nastąpić najpóźniej w czwartek. – Mimowolnie zaczęliśmy częściowo realizować ten środek tymczasowy – żartuje polityk obozu władzy. ©℗