Paryż, Madryt czy Warszawa, które domagały się interwencji stabilizujących ceny energii, dostały obietnice zbadania przez Komisję Europejską funkcjonowania unijnych rynków gazu, energii oraz pozwoleń na emisje CO2 pod kątem działań spekulacyjnych. Poza sferą symboliczną stolice te dostały jednak niewiele. O sukcesie mówić mogą raczej te kraje unijnej północy, które – jak Niemcy – dążyły do ograniczenia gwałtownych ruchów i uratowania polityki klimatycznej UE, w tym zaprezentowanego w zeszłym roku pakietu Fit for 55 zawierającego rozwiązania na najbliższą dekadę w dotychczasowym kształcie.
Mało prawdopodobne wydaje się, by w ślad za zapowiadanymi w konkluzjach szczytu analizami Komisji Europejskiej poszły decyzje, które w znaczący sposób odmieniłyby unijną politykę klimatyczną lub mechanizmy rządzące rynkiem energii. Choć źródła obecnego kryzysu są systemowe, a więc można się spodziewać podobnych zagrożeń w przyszłości, nie ma w UE zgody na rozwiązania, które mogłyby im zapobiec: ani na zredukowanie roli rynku w kształtowaniu cen prądu, ani na reformę ETS, ani nowe otwarcie dla atomu, który mógłby pomóc zbilansować unijny miks w okresach obniżonego wytwarzania z OZE (niezmienny opór stawia w tej sprawie Berlin i jego sojusznicy z Austrii i Luksemburga). Niepewny jest nawet los najbardziej ambitnej z propozycji rozważanych przez KE związanej ze stworzeniem unijnej rezerwy gazu ziemnego. Kolejna okazja na wypracowanie wspólnej odpowiedzi na kryzys już jutro: tym razem debatować nad nią mają ministrowie odpowiedzialni za energetykę.
Pod powłoką pozornej jedności i zapisów, które pozwoliły głównym graczom na europejskiej scenie wrócić z Brukseli z twarzą, kryje się niemoc Wspólnoty, by odegrać znaczącą rolę w jednym z najgroźniejszych od lat momentów dla całej europejskiej gospodarki. Zielone światło dla wykorzystania instrumentów łagodzących skutki kryzysu – od rekompensat i subsydiów dla przemysłu czy najuboższych gospodarstw domowych, przez mrożenie cen, po ulgi podatkowe – dostały za to państwa członkowskie. Dla ekip rządzących w poszczególnych krajach to szansa, by wykazać się przed wyborcami. W tym samym czasie okazję do pokazania się Europejczykom od dobrej strony traci Bruksela, która i tak odgrywa w wielu krajach rolę wygodnego chłopca do bicia za koszty przemian w energetyce.
Choć dynamika ta może wydawać się korzystna dla rządów, których relacje ze Wspólnotą są, delikatnie mówiąc, skomplikowane, deficyt ponadnarodowej solidarności może także im dać się we znaki. Erupcje partykularyzmów, jakie coraz częściej widzimy na arenie europejskiej, sprawić nam mogą spory zawód, gdy liczyć będziemy na oparcie w unijnych instytucjach. Już dziś wszystko wskazuje na to, że ofiarą tego trendu mogą stać się zdroworozsądkowe polskie propozycje dotyczące reewaluacji relacji energetycznych UE z Rosją. Choć argumentów dostarcza Warszawie sam Władimir Putin, który w zeszłym tygodniu otwarcie zasugerował możliwość zwiększenia dostaw do Europy o 10 proc. w zamian za dopuszczenie do eksploatacji Nord Stream 2, w odwrotnym niż Warszawa kierunku ciągną Wspólnotę nasi partnerzy z V4, m.in. Węgry, które podpisały niedawno nową umowę z Gazpromem. – Zapomnijcie o uniezależnieniu się od Rosji, to się nigdy nie wydarzy – to z kolei słowa, które według nieoficjalnych doniesień za kulisami szczytu miał wypowiedzieć premier Czech Andrej Babiš. Polityk ocenił, że krytyka gazociągu NS2 była błędem, a najlepszym rozwiązaniem na przyszłość jest powrót do długoterminowych kontraktów z Rosją.