17. runda rozmów zamiast zakończyć kryzys w relacjach z Czechami przyniosła jego pogłębienie. Ostatnie spotkanie zakończyło się ostrą wymianą SMS-ów między premierem Czech i szefem polskiego rządu Mateuszem Morawieckim. – Ostatecznie negocjacje zerwał sam premier Babiš. Czesi wodzili nas przez te wszystkie miesiące za nos – mówi osoba bliska rozmowom.
Wiceminister spraw zagranicznych Paweł Jabłoński uważa, że fiasko rozmów będzie mieć bardzo negatywne konsekwencje dla stosunków polsko-czeskich. – Z partnerem, który zachowuje się w sposób nieuczciwy, nie dotrzymuje słowa, powraca do tematów już wynegocjowanych, po prostu nie ma sensu dzisiaj prowadzić rozmów, choć my cały czas jesteśmy gotowi do tego, by tę sprawę rozwiązać polubownie. Natomiast widzimy wyraźnie, że nasz partner tego nie chce – podkreśla polityk, który brał udział w negocjacjach z Czechami.
Reklama
Polsko-czeskie rozmowy zostały zerwane w czwartek wieczorem. Powodem była kompletna rozbieżność w punkcie dotyczącym reguł wypowiedzenia umowy i jej terminu ważności. Polska propozycja zakładała, że umowa mogła być wypowiedziana najwcześniej po dwóch latach. – Przez ten czas i tak zrealizowalibyśmy ponad 80 proc. zapowiadanych rzeczy i wydalibyśmy większość z deklarowanej kwoty 50 mln euro – zauważa jeden z naszych rozmówców. – Natomiast chcieliśmy mieć furtkę, gdyby czeska strona chciała nas potem pozywać za każdy paragraf – dodaje. Czesi z kolei mówili o tym, że do końca czasu działania kopalni, potem obstawali przy 15 latach, a następnie 10. – No to my odpowiedzieliśmy, że cztery lata i byliśmy gotowi na kompromis – opowiada nasz rozmówca. Następnie czescy negocjatorzy poszli do Babiša, u którego byli cztery godziny. – Jak wrócili, usłyszeliśmy, że mogą się zgodzić nie na 10, a na 15 lat – podkreśla jeden z uczestników rozmów. Dla polskiej strony stało się jasne, że Czesi porozumienia nie chcą, a czeski premier po prostu zablokował rozmowy. Jak mówi nam jeden z uczestników, minister Richard Brabec przyznał, że Czesi boją się reakcji opinii publicznej i zarzutów, że można było osiągnąć więcej.
Obecnie już niemal jedynym spornym punktem jest czas trwania umowy. Polacy mówią w rozmowach z DGP, że powrót do dwustronnych negocjacji jest możliwy jedynie, jeśli czeska strona pójdzie na ustępstwa.
W sobotę czeski minister spraw zagranicznych Pavel Kulhánek napisał na Twitterze: „Polska w ostatniej chwili zaproponowała, że umowa ma być ważne tylko dwa lata. Kopalnia ma działać 22 lata! Logiczne, że staramy się o więcej niż 2 lata”. To doczekało się reakcji wiceministra polskiego MSZ Pawła Jabłońskiego, który napisał, że: „Nie mamy zwyczaju ujawniania treści negocjacji, ale skoro czeski minister spraw zagranicznych mija się z prawdą, jesteśmy zmuszeni to zrobić”, a w kolejnych wpisach dodawał, że „czeski rząd zażądał umowy, której Polska NIGDY nie mogłaby wypowiedzieć – także w sytuacji, gdyby była ona nadużywana w przyszłości” oraz „Efekt działań czeskiego rządu: mieszkańcy Kraju Libereckiego nie otrzymają ŻADNYCH pieniędzy na projekty wodne, ŻADNEGO dodatkowego monitoringu wód podziemnych, który nie jest wymagany przez prawo; kopalnia będzie mogła zbliżać się do granicy bez ŻADNYCH dodatkowych warunków”.
Polska na razie nie zapłaciła kar nałożonych przez Trybunał Sprawiedliwości UE. Rachunek rośnie. Na dziś kara za wydobycie w kopalni w Turowie w ramach środków tymczasowych wynosi 7,5 mln euro. Codziennie suma ta powiększa się o 500 tys. euro. Kara będzie naliczana do wydania ostatecznego wyroku. By jej nie płacić, rząd próbuje przekonać TSUE do uchylenia postanowienia o środkach tymczasowych. O złożeniu wniosku w tej sprawie poinformował w piątek w wywiadzie dla Polsat News minister klimatu Michał Kurtyka. Nową okolicznością, która ma przekonać trybunał do uchylenia decyzji zawieszającej kopalnię, jest napięta sytuacja na rynku energii w Polsce i Europie. Już raz Polska próbowała przekonać TSUE do wycofania środka tymczasowego – kiedy Czesi złożyli wniosek o nałożenie na Polskę kar za jego niezrealizowanie. Trybunał uznał wówczas, że wniosek Polski stanowi jedynie powtórzenie lub rozwinięcie argumentów już podnoszonych, nie może więc stanowić „zmiany okoliczności”.