Reklama

Na początku lipca w mediach ukazała się informacja o planach Zygmunta Solorza- Żaka dotyczących przejęcia niedokończonej Bałtyckiej Elektrowni Jądrowej w Okręgu Kaliningradzkim. Jak Pan ocenia sam pomysł zakupu tej konkretnej siłowni od Rosjan?

Maciej Lipka: Tak naprawdę nie chodziło o sam zakup, gdyż ta elektrownia nie istnieje. W pierwotnych założeniach miała się ona składać z dwóch bloków o łącznej mocy 2,4 GW. Energia z pierwszego bloku miała zasilać Obwód Kaliningradzki, drugi zaś miał pracować na eksport. Jednak jednocześnie z budową elektrowni jądrowej, do Kaliningradu podciągnięto dodatkowy gazociąg zasilający nowy blok gazowy, który zapewnił Okręgowi całkowitą samowystarczalność energetyczną. Przez to Bałtycka Elektrownia Jądrowa musiałaby pracować wyłącznie na eksport skierowany na Litwę, Białoruś lub do Polski. I tu napotkano na najważniejszą przeszkodę: zabrakło chętnych do zakupu wytwarzanej w elektrowni energii. Tym samym istnienie elektrowni atomowej na tym obszarze przestało mieć rację bytu i w 2013 roku po dwóch latach budowy zawieszono ten projekt.

Bałtycka Elektrownia Jądrowa

Jaki w takim razie jest sens odgrzewania pomysłu budowy Bałtyckiej Elektrowni Jądrowej po ośmiu latach?

Reklama

Być może na temat kulis pomysłu na inwestycję w budowę tej Elektrowni mógłby więcej powiedzieć politolog. Natomiast to, co warto zauważyć to fakt, że Solorz-Żak jest drugim najbogatszym Polakiem, do którego należy między innymi Zespół Elektrowni Pątnów-Adamów-Konin. Najwyraźniej Solorz-Żak budując swoją strategię biznesową postanowił poszerzyć ją o energetykę jądrową jako źródło dużych wolumenów taniej energii. Co przy obecnych uwarunkowaniach polityki środowiskowej może mieć dużo sensu.

Niektóre kraje, takie jak Niemcy, a wcześniej Włochy podjęły decyzję polityczną o odejściu od atomu i zastąpieniu go innymi źródłami energii. Ale w samej UE w tej chwili nowe moce buduje się na Słowacji, w Finlandii, Czechach i Francji. Już wkrótce rozpocznie się budowa kolejnych siłowni na Węgrzech i w Rumunii.

Jak Pan ocenia możliwość fizycznego przesyłu tej energii z Obwodu Kaliningradzkiego? Polska przecież nigdy nie była połączona z najpierw radzieckimi, a potem rosyjskimi systemami energetycznymi.

Między Kaliningradem a Polską nie ma bezpośredniego łącza energetycznego, a jego budowa nie jest planowana. Ponadto Litwa, Łotwa i Estonia w 2025 roku odłączą się od wschodnioeuropejskiego systemu synchronicznego (łącze energetyczne z Rosją – przyp. red.) i przyłączą do zachodnioeuropejskiego, co znacząco utrudni potencjalną możliwość przesyłu energii z Kaliningradu przez ich terytorium i sprawi, że stanie się on izolowaną wyspą energetyczną. Z kolei połączenie LitPol Link, przez które ewentualnie można by tę moc w przyszłości przesłać do Polski ma niewystarczającą na takie cele wielkość i powinno być wykorzystywane w innych celach. W praktyce więc, patrząc od strony energetycznej trudno sobie wyobrazić by Bałtycka Elektrownia Jądrowa sprzedawała prąd nie tylko do Polski, ale w ogóle gdziekolwiek.

Świat nie rezygnuje z atomu

Podstawowym założeniem transformacji energetycznej, której obecnie doświadczamy, jest stopniowe odchodzenie do energetyki węglowej i zastępowanie jej niskoemisyjną, w tym OZE. Jednak w 2019 roku Niemcy ogłosili, że wycofują się z atomu.

Wbrew takim deklaracjom świat nie rezygnuje z energetyki jądrowej. Niektóre kraje, takie jak Niemcy, a wcześniej Włochy podjęły decyzję polityczną o odejściu od atomu i zastąpieniu go innymi źródłami energii. Ale w samej UE w tej chwili nowe moce buduje się na Słowacji, w Finlandii, Czechach i Francji. Już wkrótce rozpocznie się budowa kolejnych siłowni na Węgrzech i w Rumunii.

A co z kosztami produkcji energii? Japończycy wyliczyli niedawno, że w 2030 roku koszt wytworzenia 1 kWh energii z atomu będzie wyższy niż 1 kWh wyprodukowanej przez fotowoltaikę lub farmy wiatrowe.

To kolejny mit wynikający z mylenia ceny końcowej z kosztem wytworzenia energii. Problemy z wyliczeniem tej pierwszej biorą się stąd, że składają się na nią koszty, których nie ponosi inwestor, a odbiorcy w dodatkowych opłatach. Energię z niektórych źródeł można bardzo tanio pozyskiwać i równie tanio można tę energię wprowadzać na rynek hurtowy. Tak jest między innymi w przypadku węgla. Wprawdzie jest on relatywnie tani, ale jego spalanie powoduje ogromne straty dla środowiska: zanieczyszczenie powietrza i zmiany klimatyczne. W przypadku OZE jest inaczej. Są to bezemisyjne źródła energii, ale poziom generowanej przez nie mocy jest zmienny i np. w przypadku fotowoltaiki zależy od cyklu dzień-noc, czy od prądów powietrza, gdy mówimy o farmach wiatrowych. I to, że zainstalowane w OZE moce, trzeba rezerwować sterowalnymi jednostkami wytwórczymi przekłada się na wyższe ceny energii, niż się może pozornie wydawać, kiedy patrzymy na spadające koszty jej wytworzenia.

Jak w takim razie wyliczyć wartość rynkową 1 kWh?

Najczęściej przywoływaną w mediach metodą wyliczania kosztu wytworzenia energii jest LCOE (Levelized Cost of Energy), czyli uśredniony koszt energii elektrycznej. Ta metoda uwzględnia jedynie koszty inwestycyjne i koszty eksploatacji. Nie uwzględnia natomiast kosztów zewnętrznych, kosztów systemowych, czyli np. kosztów wyrównania mocy z innych źródeł energii, czy kosztów regulacji systemu. Doskonale to widać na naszych na rachunkach za prąd. Znajdziemy tam oprócz ceny 1 kWh dodatkowo: opłatę przesyłową, opłatę mocową i różne inne opłaty. Jeśli się je doda do bezpośredniego kosztu wytworzenia energii, to wtedy okazuje się, że prąd wytwarzany z atomu jest bardzo tani. Wszystkie te czynniki powodują, że energetyka jądrowa jednak na świecie stale się rozwija. Tym bardziej, że to właśnie atom, obok słońca i wiatru, jest jedyną czystą formą energetyki, która może nam pomóc powstrzymać zmiany klimatyczne.

Problem z magazynowaniem energii

Czyli jesteśmy skazani na energetykę jądrową. A co na to organizacje międzynarodowe?

Zarówno Międzyrządowy Zespołu do spraw Zmian Klimatu, Międzynarodowa Agencja Energetyki czy w naszym kraju Polska Akademia Nauk uważają, że już wkrótce w światowym miksie energetycznym krajów rozwiniętych dominować będzie OZE. Jednak ze względu na zależność zielonej energetyki od pogody, do jego domknięcia konieczny jest atom. Rzadko produkcja z odnawialnych źródeł energii pokrywa się czasowo z zapotrzebowaniem na nią przez końcowych odbiorców. Obecnie, jako ludzkość, nie jesteśmy w stanie efektywnie i na długo magazynować dużych ilości wytworzonej energii elektrycznej.

Pod koniec lipca wybuchł pożar w jednym z największych do niedawna ogniw baterii akumulujących prąd z OZE. Mam na myśli zbudowane we współpracy z Tesla Victorian Big Battery w Australii.

To nie jest tak, że technologia do przechowywania prądu nie istnieje. Do magazynowania najczęściej stosuje się baterie lub kondensatory elektryczne i różne, różne inne rzeczy. Niestety mają one stosunkowo małą pojemność. W praktyce służą do tego, żeby przez kilkanaście minut po zaniku produkcji energii z OZE zapasowe elektrownie gazowe miały czas zwiększyć swoje moce produkcyjne i wypełnić powstałą lukę. Na chwilę obecną technologicznie nie jesteśmy przygotowani do zbudowania magazynów energii, które zapewnią nam zasilanie elektryczne całego kraju, czy nawet dużego miasta przez kolejne kilkanaście godzin, czy nawet kilka dni. W Europie zdarzają się nawet kilkudniowe okresy ciszy wiatrowej. Brak prądu w sytuacji pandemii, kiedy wiele osób potrzebuje wsparcia respiratora, czy nawet internetu do pracy zdalnej u nauki, doprowadziłby do wielkiej tragedii.

Z jednej strony, jak sam Pan zauważył, w Europie zdarzają się nawet kilkudniowe okresy ciszy wiatrowej, a na morzu flauty. Z drugiej zaś zwłaszcza w czasie orkanów, farmy wiatrowe wytwarzają tyle energii, że na rynkach hurtowych pojawiają się ujemne ceny energii. Tak było jakiś czas temu w Holandii.

Hurtowy rynek energii rządzi się swoimi prawami. Trzeba przy tym pamiętać, że koszt rynkowy energii nie przekłada się na cenę, jaką płaci odbiorca finalny. Przykład holenderski, który Pani przytoczyła nie oznacza, że użytkownicy końcowi nagle dostawali pieniądze za włączanie pralek i zmywarek.

Może trochę szkoda.

Moim zdaniem nie. Takie wolnorynkowe rozwiązanie zastosowano w Teksasie. W czasie ostatnich fali mrozów, a potem upałów okazało się, że odbiorcy z taryfami dynamicznymi musieli zapłacić ogromne sumy pieniędzy za ogrzewanie własnych domów. Więc może jednak lepiej zostać przy tym, że to państwa regulują ceny energii.

Rzadko produkcja z odnawialnych źródeł energii pokrywa się czasowo z zapotrzebowaniem na nią przez końcowych odbiorców. Obecnie, jako ludzkość, nie jesteśmy w stanie efektywnie i na długo magazynować dużych ilości wytworzonej energii elektrycznej.

Wracając do naszego krajowego podwórka. Czy nasze linie przesyłowe są przygotowane na obsługę dodatkowych mocy? Jest to dość istotne w kontekście niedawnej awarii w Bełchatowie, kiedy z powodu ludzkiego błędu wyłączona została największa elektrownia w Polsce. Czy jako kraj jesteśmy przygotowani na przyjęcie mocy z elektrowni atomowej?

Sieć przesyłowa w Polsce jest systematycznie modernizowana. Widać to w stale malejących stratach energii w przesyle. Sieć przesyłowa na Pomorzu (w regionie, w którym planowana jest budowa elektrowni atomowej - przyp. red.) jest już od pewnego czasu rozwijana. Buduje się dwie linie 400 kV: jedna będzie łączyć Choczewo z Gdańskiem, a druga Choczewo z Żarnowcem. I zamyka się w ten sposób pierścień energetyczny zapewniający bezpieczny przesył energii w inne regiony Polski. Oznacza to, że system energetyczny będzie w stanie przyjąć dodatkowe zasilanie płynące z Żarnowca. Zresztą stosunkowo niedaleko są tworzone przyłączenia dla morskich farm wiatrowych na Bałtyku, które zostaną również połączone z resztą kraju.

Elektrownia jądrowa w Polsce

Czyli decyzja o budowie elektrowni w Żarnowcu jest już podjęta?

Jeśli chodzi o pierwszą elektrownię atomową, jaka ma powstać do 2033 roku, to na razie pod uwagę brane są dwie lokalizacje: w Żarnowcu właśnie i w Lubiatowie. Oba miejsca są zlokalizowane w odległości kilkunastu kilometrów od siebie. Prowadzi się tam od wielu lat badania lokalizacyjne, czyli sprawdza się z jednej strony potencjalny wpływ takiej elektrowni na środowisko, a z drugiej strony bada się czy elektrownia będzie bezpieczna w tym miejscu. Pod uwagę brana jest sejsmika terenu, ruchy gruntu, opady, opady nawalne, wichury, zmiany poziomu morza i wiele jeszcze innych czynników. Wszystko po to, aby mieć 100 proc. pewność, że dane miejsce jest odpowiednie dla posadowienia elektrowni atomowej. Z tego co mi wiadomo te badania mają zakończyć się w przyszłym roku.

A co z drugą siłownią?

Na razie wiadomo, że w druga elektrownia atomowa, która ma zostać oddana do użytku w 2038 roku powstanie w Bełchatowie lub w Pątnowie koło Konina i zastąpi działające obecnie elektrownie PAK albo Bełchatów. Istniejąca tam infrastruktura jest doskonale przystosowana do działania dużych obiektów energetycznych, więc nie ma potrzeby martwić się o ewentualne przeciążenie sieci. Natomiast na Pomorzu, czyli w regionie, w którym ma powstać pierwsza elektrownia, sieci są w tym celu odpowiednio modernizowane.

Jak przekonać lokalną społeczność do budowy elektrowni atomowej w swoim regionie?

Moim zdaniem nie można budować żadnego dużego obiektu infrastrukturalnego, czy to lotniska, czy to właśnie elektrowni jądrowej wbrew mieszkańcom regionu. Najważniejsze jest zaangażowanie społeczności lokalnej w faktyczny wybór tej lokalizacji. I tak stało się w Polsce. Pierwotnie typowano trzy lokalizacje dla siłowni jądrowej: w Żarnowcu, w Lubiatowie i w Gąskach w województwie zachodniopomorskim. Gąski wypadły z tej krótkiej listy z tego względu, że o możliwości powstania w ich miejscowości elektrownia atomowej mieszkańcy dowiedzieli się z mediów, więc bardzo ostro zaprotestowali. Natomiast mieszkańcy dwóch pozostałych lokalizacji byli od początku włączeni w proces wyboru miejsca pod budowę siłowni i z tego co wiem bardzo chętnie będą widzieli u siebie taką inwestycję. Z sondażu przeprowadzonego jesienią zeszłego roku wynika, że 60 proc. Polaków jest za budową energetyki jądrowej w naszym kraju. Natomiast osobne sondaże przeprowadzane właśnie w tych gminach, czyli w okolicach Lubiatowa i Żarnowca, pokazują, że tam poparcie jest wyższe i sięga od 70 do nawet 90 proc.

Co Pana zdaniem wpłynęło na tak wysokie wyniki sondażowe?

Za sukcesem tego pomysłu budowy elektrowni atomowej na Pomorzu stoi szacunek dla ludzi. Od początku brano pod uwagę zdanie mieszkańców potencjalnej lokalizacji. Po drugie, w każdej gminie funkcjonują specjalne punkty informacyjne prowadzone przez inwestora, spółkę celową skarbu państwa PGE EJ 1, gdzie można dostać informacje na temat energetyki, wpływu elektrowni na środowisko, a także wielu innych danych dotyczących samej inwestycji. Energetyka jądrowa to też konkretne korzyści, które warto pokazywać. W latach 80. i 90., kiedy po raz pierwszy planowano wybudować na tym terenie elektrownię jądrową, najpierw poprowadzono nowe linie kolejowe, ulepszono drogi, stworzono plany infrastrukturalne rozwoju tych miejscowości. Zrobiono to między innymi dlatego, żeby te kilka tysięcy ludzi pracujących w elektrowni miało jak najlepsze warunki do życia. Stworzenie dodatkowej infrastruktury pociąga za sobą rozwój lokalnego biznesu, a to przekłada się na powstanie pewnych miejsc pracy i pewne wpływy podatkowe przez następne 80 do 100 lat. Bo na tyle lat szacuje się obecnie żywotność elektrowni jądrowych. Dodatkowo, przepisy prawa stanowią, że inaczej niż przy klasycznych inwestycjach, beneficjentem podatków od nieruchomości płaconych przez elektrownię zostaje nie tylko gmina, w której powstanie elektrownia atomowa, ale również jej sąsiedzi. Do podziału będą ogromne kwoty, które przez wiele lat będą zasilały gminne budżety.

A co z wyborem reaktora? Jakie oferty są obecnie dla nas dostępne?

Polska ma do wyboru trzech potencjalnych dostawców technologii jądrowej. Amerykanie proponują nam reaktor AP1000 Westinghouse. Koreańczycy przedstawili reaktor APR1400. Natomiast Francuzi zaproponowali model EPR. Wszystkie te technologie różnią się między sobą przede wszystkim mocą, choć niezbyt znacząco. EPR jest największy, a AP1000 najmniejszy, ale pod względem stanu bezpieczeństwa czy niezawodności są absolutnie porównywalne. Jedne są pasywne i wykorzystują między innymi grawitację, inne aktywne - wyposażone w dodatkowe bariery zbudowane ze zbrojonego betonu i zwielokrotnione systemy bezpieczeństwa. Tak więc na docelowy wybór technologii powinno wpłynąć wszystko to, czego technologia nie dotyczy, czyli cały offset. Przede wszystkim chodzi tu takie kwestie jak finansowanie budowy. Im korzystniejszy dla nas model biznesowy, tym w przyszłości będą niższe koszty produkcji energii. Na razie nie wiemy, jaki model biznesowy przyjmie nasz kraj. Drugą sprawą jest czas, jaki producent reaktora będzie potrzebował na spolonizowanie inwestycji i wyszkolenie polskiej kadry, która będzie obsługiwała elektrownię, czy stworzy system dodatkowego kształcenia dla pracowników. Ważne jest również, aby zmaksymalizować udział krajowego przemysłu przy tej budowie, tym bardziej, że nasze firmy mają odpowiednią wiedzę i doświadczenie. Polacy byli zaangażowani w budowę elektrowni Olkiluoto w Finlandii. Zaangażować w budowę polskiej elektrowni należy przemysł maszynowy i elektryczny. Dzięki temu nawet połowa elektrowni może powstać w polskich przedsiębiorstwach. Ważnym aspektem jest również maksymalizacja udziału polskich firm w eksploatacji elektrowni. Większość polskich firm przeprowadzających remonty w elektrowniach węglowych czy gazowych w Polsce byłaby w stanie serwisować wiele elementów elektrowni jądrowej.

Za sukcesem tego pomysłu budowy elektrowni atomowej na Pomorzu stoi szacunek dla ludzi. Od początku brano pod uwagę zdanie mieszkańców potencjalnej lokalizacji.

A co z pracownikami? Czy w elektrowni jądrowej będą zatrudniani tylko fizycy?

To mit, że w siłowniach jądrowych pracują tylko fizycy jądrowi. Jest wręcz odwrotnie, bardzo niewielu fizyków jest tam zatrudnianych. Fizycy jądrowi, a właściwie- reaktorowi są niezbędni do obliczania cykli paliwowych. Wbrew pozorom elektrownia jądrowa działa bardzo podobnie do węglowej. Oczywiście zamiast kotła jest w niej reaktor, więc potrzebni też będą energetycy jądrowi i operatorzy reaktora. Natomiast cała reszta specjalistów, jak elektromonterzy czy elektrycy, którzy obecnie pracują w elektrowniach konwencjonalnych, mają odpowiednie kompetencje by z powodzeniem pracować w elektrowni atomowej. Po prostu elektrownia jądrowa ma w większości taki sam profil zatrudnienia jak elektrownia węglowa. Stwarza to też szansę na łagodną transformację regionów powęglowych, takich jak okolice Konina czy Bełchatowa.

Strach przed atomem

Jak walczyć ze skutkami dezinformacji na temat nadmiernego promieniowania wytwarzanego przez pracującą elektrownię atomową?

To jest trudne pytanie i tak naprawdę dotyka ono pogranicza filozofii i nauki. Ostatnimi czasy nauka jako taka ma rosnący problem z akceptacją wyników swoich badań. Doświadczamy tego choćby przy okazji pandemii Covid-19, gdy w przestrzeni publicznej pojawiają się różne teorie spiskowe. Wprawdzie nie jestem specjalistą w tym temacie, ale według mnie jest kilka przyczyn, dla których dezinformacja o elektrowniach atomowych jest rozgłaszana w dobrej lub złej wierze. Jako fan popkultury dostrzegam, że atom ma bardzo zły wizerunek szczególnie w przekazie filmowym. Bardzo często energetyka jądrowa jest wprost łączona z bronią jądrową. A to jest fałszywe połączenie. Wprawdzie u zarania swojego istnienia obie miały wspólne korzenie, ale później bardzo szybko się rozdzieliły i obecnie tworzą dwie absolutnie niezależne od siebie dziedziny nauki. Jednak w ludziach siedzą różne klisze przeniesione na przykład z filmów o Godzilli, które uwielbiam. Pierwsze filmy powstały bardzo dawno temu w Japonii. I chociaż każdy z nich był nieco o czym innym, to miały one jeden wspólny mianownik: były emanacją strachu przed bronią jądrową. Godzilla postała w wyniku użycia broni jądrowej. Natomiast w ostatnich dwóch amerykańskich superprodukcjach Godzilla powstała w wyniku awarii elektrowni jądrowej. Taki, obecny w kulturze popularnej wizerunek atomu, utrudnia zrozumienie, że wybuch bomby atomowej i awaria w elektrowni jądrowej to dwie zupełnie różne rzeczy.

Drugą kwestią pierwotny lęk przed tym co nieznane. Promieniowanie jest niewidzialne i jego oddziaływanie może być odsunięte w czasie. W rzeczywistości jednak zagrożenie radiacyjne po potencjalnej awarii nie jest duże. W Czarnobylu reaktor wybuchł 35 lat temu. I przez te 35 lat, poza awarią w Fukushimie w 2011 roku, nie zarejestrowano żadnych poważniejszych incydentów. Konstrukcja obecnie działających reaktorów, ze względów fizycznych uniemożliwia powtórzenie zdarzenia które doprowadziło do wybuchu w czwartym bloku w Czarnobylu. Po Czarnobylu i Fukushimie mieszkańcy miejscowości okalających obie elektrownie byli poddawani regularnym i skrupulatnym badaniom. Jak wiemy nikt nie zmarł w wyniku nadmiernego promieniowania z Fukushimy. I co mnie również zaskoczyło, wśród mieszkańców Fukushimy nie zanotowano wzrostu zachorowań na nowotwory, które można by łączyć z nadmiernym promieniowaniem. W przypadku Czarnobyla natomiast, skutki somatyczne awarii były znacznie mniej dramatyczne niż pierwotnie zakładano. Natomiast skutki psychologiczne, które wystąpiły u wielu tysięcy osób, którzy stracili dom i byli przymusowo wysiedleni, są faktycznie problemem. Tym bardziej, że z czasem okazało się, że części z tych ludzi nie trzeba było przesiedlać. Ale nadmierny lęk przed promieniowaniem doprowadził do podjęcia takich, a nie innych decyzji. Jednak nie chciałbym w tym momencie oceniać ich zasadności.

W kwestii Fukushimy to była największa katastrofa w elektrowni atomowej wywołana przez zjawiska naturalne: trzęsienie ziemi i chyba największą w historii Japonii falę tsunami. Tu również radiofobia nie pomaga w realnej ocenie sytuacji. Raporty z Czarnobyla i Fukushimy, systematycznie kompilowane przez WHO i UNSCEAR, są niezwykle szczegółowe i jest w nich wprost napisane, że obie katastrofy nie mają nic wspólnego ze wzrostem zachorowań na raka. Natomiast faktem jest, że w wyniku bardzo szczegółowego przebadania stanu zdrowia tamtejszych populacji, przede wszystkim tarczycy, okazało się, że wykrywalność rozmaitych schorzeń była wyższa niż przeciętnie. Wynika to zapewne z faktu, że gdyby nie awarie w elektrowniach, wielu z tych ludzi do końca życia nie wiedziałoby o swoich schorzeniach.

Z tego co Pan mówi nie należy bać się atomu, bo może on paradoksalnie uratować ludzkie życie.

Współczesna medycyna wykorzystuje promieniowanie jonizujące do diagnostyki i leczenia. Lekarze na co dzień wykorzystują kilkadziesiąt różnych preparatów zawierających pierwiastki promieniotwórcze. W reaktorze MARIA pracującym w Narodowym Centrum Badań Jądrowych pod Warszawą produkujemy kilkanaście takich radioizotopów do diagnostyki I terapii. Radiomedycyna jest potężnym działem medycyny wspierającym lepsze i dłuższe życie człowieka. Wprawdzie reaktory badawcze i energetyka atomowa to są dwie odrębne dziedziny nauki, ale wykorzystywane w nich reaktory działają na identycznych zasadach. Jedne służą nauce, ratują zdrowie i życie ludzkie, a drugie wspierają klimat. Energetyka jądrowa nie emituje CO2 i innych zanieczyszczeń, co wydatnie może pomóc w uniknięciu katastrofy ekologicznej. Dlatego między innymi fińskie i norweskie partie Zielonych zrobiły coś niesamowitego i poparły działanie elektrowni atomowych w Europie. Ostatnio nawet przywódca irlandzkiej partii Zielonych powiedział „tak” energetyce jądrowej - priorytetem jest walka ze zmianami klimatu. Bardzo cieszy mnie ta zmiana nastawienia do atomu.

A co z potencjalną próbą wykorzystania reaktorów jądrowych do produkcji broni masowego rażenia? Mam namyśli nie tylko pocisk z głowicą nuklearną, ale również pozyskanie środków promieniotwórczych do zbudowania tzw. brudnej bomby, której detonacja mogłaby doprowadzić radioaktywnego skażenia np. Warszawy.

Współczesnych reaktorów energetycznych nie da się wykorzystać do budowy broni jądrowej. Byłoby to skrajnie utrudnione przede wszystkim ze względów technologicznych. Reaktor jest pewną całością zamkniętą w szczelnym zbiorniku ciśnieniowym. Żeby to paliwo wyjąć i przetworzyć najpierw trzeba byłoby wyłączyć cały reaktor. Oznaczałoby to ubytek ponad 1 GW mocy, na pewno zwróciłoby uwagę odpowiednich służb. Tym bardziej musiałoby się to dziać przynajmniej raz w tygodniu. Czyli byłoby to bardzo trudne i z ekonomicznego punktu widzenia całkowicie nieopłacalne. Drugą sprawą jest ścisły nadzór międzynarodowy nad obiektami wykorzystującymi pierwiastki promieniotwórcze. Zdarzają się niezapowiedziane inspekcje z Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej. Każdy etap działania elektrowni jest monitorowany przez specjalne czujniki i kamery, do bazy danych których mają wgląd jedynie pracownicy centrali MAEA w Wiedniu. Poza tym w UE istnieje wielowarstwowa kontrola technologii jądrowej.

Budując głowicę jądrową paradoksalnie łatwiej i taniej byłoby kupić wsad radioaktywny oraz technologię za granicą. Ale ze względu na międzynarodowe przepisy dotyczące zakazu rozprzestrzeniania broni nuklearnej jest to praktycznie niemożliwe. Poza tym wypalone paliwo jądrowe nie będzie przydatne do budowy „brudnej bomby”. Cywilna energetyka jądrowa jest całkowicie bezużyteczna dla celów militarnych, czy terrorystycznych. A jak pokazuje przykład państw, które nie mają elektrowni atomowych takich jak Izrael, czy Korea Północna, nie trzeba mieć elektrowni, żeby mieć broń jądrową.

Maciej Lipka pracuje jako Kierownik Działu Analiz i Pomiarów Reaktorowych w Narodowym Centrum Badań Jądrowych w Otwocku