W zamian Biały Dom miał uchylić sankcje na Nord Stream 2, umożliwić dokończenie jego budowy i nie zakłócać jego działania w przyszłości. Wydaje się, że pomysłem Niemiec na rozmycie kontrowersji wokół rosyjskiego projektu jest zalanie Europy gazem ze wszelkich możliwych kierunków, w tym USA oraz Norwegii, skąd dostawy zapewni Baltic Pipe, o którego wsparciu Scholz także zapewniał w swoim liście. Nowa infrastruktura – gazociągi Nord Stream 2, TurkStream i Baltic Pipe oraz terminale do odbioru LNG – może w najbliższych pięciu latach zwiększyć łączne dostawy gazu do Europy o przeszło 130 mld m sześc. rocznie, z czego NS2 stanowiłby ponad 40 proc. Wizja ta, w oczywisty sposób sprzeczna z deklaracjami Berlina o odchodzeniu od paliw kopalnych, może nastawić przeciwko projektowi troszczącą się o klimat niemiecką opinię publiczną.
Zarzuty wobec „brudnego dealu” podchwycili w Bundestagu deputowani Zielonych. Przedstawiciele rządu odpowiadali, że niemiecka oferta została odrzucona przez Amerykanów. Szefowa resortu środowiska Svenja Schulze wskazała ponadto, że w związku z wygaszaniem węgla i atomu gaz będzie w najbliższych dekadach paliwem niezbędnym do stabilizacji niemieckiego miksu energetycznego, a co za tym idzie w okresie transformacji konieczne będzie zwiększenie jego dostaw. Szef dyplomacji Heiko Maas przekonywał z kolei, że wycofanie się z NS2 przyczyniłoby się do zbliżenia Moskwy z Chinami.
Podobne, polityczne argumenty za gazociągiem bałtyckim podnosi również prezydent Niemiec Frank-Walter Steinmeier. W niedawnym wywiadzie dla „Rheinische Post” wskazywał, że relacje energetyczne są dziś jednym z ostatnich mostów łączących Rosję z Europą. Steinmeier wspomniał również w tym kontekście o stratach poniesionych przez Rosję w II wojnie światowej. Jego słowa skrytykował premier Mateusz Morawiecki, oceniając, że NS2 jest „najgorszą możliwą formą rekompensaty” za wojnę, a budowanie mostów z Rosją nie może odbywać się ponad głowami mieszkańców Europy Środkowej i Wschodniej.
Reklama
Berlinowi nie udało się do kompromisu przekonać administracji Donalda Trumpa, która w ostatnich tygodniach przed jego ustąpieniem uruchomiła sankcje na NS2 i po raz kolejny postawiła pod znakiem zapytania jego los. Ofertę może jednak podjąć nowa ekipa rządząca w Waszyngtonie, która chce z Niemcami rozmawiać o tym, jak rozwiązać spór o gazociąg. Administracja Joego Bidena wciąż nie nawiązała kontaktu na najwyższych szczeblach z Warszawą, najważniejszym przeciwnikiem projektu w UE. Choć z otoczenia prezydenta USA płyną zapewnienia o utrzymaniu krytycznego stanowiska wobec NS2, Amerykanie nie zareagowali na niedawne wznowienie budowy w duńskiej wyłącznej strefie ekonomicznej na Bałtyku. Jedyne zakłócenia prac powodują w ostatnim czasie warunki pogodowe. Waszyngton nie zasygnalizował też w jasny sposób zamiaru uderzenia w inwestycję kolejnymi sankcjami. Zamiast tego sekretarz stanu Antony Blinken mówił o przekonywaniu partnerów do porzucenia projektu.
Jak zauważa w najnowszej analizie Ośrodek Studiów Wschodnich, jeszcze w styczniu Waszyngton zapowiedział przegląd restrykcji wymierzonych w NS2. Wszystko wskazuje na to, że nadzieje Berlina na zmiękczenie amerykańskiego stanowiska w sprawie gazociągu przez Bidena w imię resetu z Niemcami mogą się ziścić, choć pole manewru prezydenta USA w tej sprawie ogranicza jastrzębie stanowisko Kongresu. Według różnych zapowiedzi dłuższy, liczący ok. 120 km odcinek NS2 znajdujący się w wyłącznej strefie ekonomicznej Danii, mógłby zostać ukończony w kwietniu lub maju. Nie będzie to jednak koniec wyzwań stojących przed gazociągiem. Na wodach niemieckich w dalszym ciągu budowę blokują skargi ekologów. Nawet po dokończeniu układania rury problemem pozostanie jego certyfikacja po wycofaniu się z projektu norweskiej spółki DNV GL.