Reklama
Rok po wizycie prezydenta Emmanuela Macrona do Polski przyjeżdża francuski minister handlu Franck Riester i szef koncernu EDF Jean-Bernard Lévy, by rozmawiać o współpracy w energetyce jądrowej. Dzień wcześniej francuski sekretarz stanu ds. europejskich Clément Beaune powiedział France Inter, że w związku z aresztowaniem Aleksieja Nawalnego Niemcy powinny odstąpić od budowy gazociągu Nord Stream 2.
Może to być przypadek, ale niewykluczone jest też, że to oznaka możliwych zbieżności polsko-francuskich interesów w europejskiej energetyce. W obliczu przyspieszenia polityki klimatycznej Warszawa zdaje się upatrywać możliwości zastąpienia węgla atomem, ale do niedawna wyglądało na to, że stawia na technologię i kapitał ze Stanów Zjednoczonych. Do niedawna trudno też było o tak otwartą krytykę NS2, zwłaszcza że w projekcie poza spółkami z Rosji i Niemiec bierze udział francuskie Engie.
Reaktor w 2033 r.
O tym, że Francja wzmaga starania o kontrakt na budowę pierwszej elektrowni jądrowej w Polsce, pisaliśmy 14 grudnia 2020 r. Przedstawiciele EDF deklarują, że byliby w stanie zapewnić nie tylko sam reaktor, lecz także finansowanie projektu. Ofertę obejmującą także współfinansowanie, zgodnie z podpisaną w ubiegłym roku umową, mają złożyć Polsce Amerykanie. Francuzi, zachwalając własną technologię, akcentują z kolei europejskie wartości. Jak się nieoficjalnie dowiedzieliśmy, Lévy ma się dziś spotkać z pełnomocnikiem rządu ds. strategicznej infrastruktury energetycznej Piotrem Naimskim oraz ministrem klimatu i środowiska Michałem Kurtyką.

Reklama
Zaktualizowany program energetyki jądrowej (PPEJ) przewiduje budowę 6–9 GW mocy jądrowej w oparciu o sprawdzone, wielkoskalowe reaktory PWR. Bloki miałyby być uruchamiane po kolei w latach 2033–2043 i pracować do 100 lat. Zakłada się wybór jednej technologii oraz jednego współinwestora strategicznego powiązanego z dostawcą technologii. W najnowszym projekcie Polityki energetycznej Polski do 2040 r. oszacowano potrzebne do tego nakłady na 150 mld zł.
W październiku zeszłego roku, tuż przed przegranymi przez Donalda Trumpa wyborami, Warszawa podpisała z Waszyngtonem umowę o współpracy w dziedzinie energetyki jądrowej. Amerykanie mają w ciągu 18 miesięcy przygotować ofertę, która obejmie budowę, eksploatację, a także wkład finansowy przy budowie atomu w Polsce. Pod koniec 2020 r. Naimski mówił DGP, że o polski atom „pytają różni”, ale liczba potencjalnych partnerów do inwestycji jest ograniczona ze względu na nasze warunki, takie jak podział ryzyka i udział kapitałowy oraz dłużny. Wybór partnera i technologii do realizacji inwestycji powinien nastąpić na przełomie 2021 i 2022 r.
Niemcy mówią „nie”
Plany wzbudziły emocje za naszą zachodnią granicą. „Die Zeit” napisał, że według ekspertyzy zleconej przez Zielonych w najgorszym scenariuszu w razie awarii w przyszłej elektrowni atomowej w Polsce nawet 1,8 mln Niemców mogłoby być zmuszonych do ewakuacji. Ponadto autorzy ekspertyzy wskazali, że w 75 proc. analizowanych wariantów warunków pogodowych sąsiedzi Polski w razie katastrofy ucierpieliby bardziej niż sama Polska. Powołując się na ten dokument, posłowie Zielonych domagają się, by Berlin zabrał głos w sprawie polskich planów atomowych. To właśnie ta partia przyczyniła się do wycofania się Niemiec z atomu, a po wrześniowych wyborach ma szansę wejść do rządu.
Doniesienia tygodnika wywołały gorącą reakcję w Polsce. Do sprawy odniósł się nawet resort klimatu, oceniając, że tezy zawarte w artykule są nieprawdziwe. „W latach 2010–2013 przeprowadzono strategiczną ocenę oddziaływania na środowisko projektu Programu polskiej energetyki jądrowej. Niemcy wzięły aktywny udział w konsultacjach transgranicznych i zgłosiły ok. 30 tys. uwag. Wszystkie uwagi zostały wnikliwie przeanalizowane i te zasadne zostały uwzględnione w programie” – czytamy. Ministerstwo dodaje, że Niemcy brały również udział w konsultacjach związanych z raportem środowiskowym, który po opracowaniu także będzie konsultowany transgranicznie.