Amerykańskie władze włączają zielone światło na transfer technologii nuklearnych do Polski. Deklaracje na dużym poziomie ogólności padły ze strony Donalda Trumpa podczas wizyty Andrzeja Dudy w Białym Domu, ale Waszyngton wstrzymywał się z konkretami, bo czekał na wynik wyborów prezydenckich w Polsce. W Departamencie Stanu studiowano sondaże i brano pod uwagę różne scenariusze. Teraz, gdy wiadomo już kto będzie zasiadał w Pałacu Prezydenckim i wyznaczał kierunek polityki zagranicznej, w USA zaczynają się prace nad konkretami. Dowodem na to jest wzmocnienie personelu ambasady w Warszawie o specjalistów od energii nuklearnej.

Warszawa też przyspiesza tempo prac nad atomem. W piątek w wykazie prac legislacyjnych ukazała się informacja o aktualizacji programu polskiej energetyki jądrowej. Jak czytamy, jego celem jest budowa 6–9 GW mocy „w oparciu o duże, sprawdzone reaktory wodno-ciśnieniowe”. Według wcześniejszych założeń pierwszy reaktor miał zostać postawiony w 2033 r. Teraz rząd chce usprawnić i przyspieszyć działania, bo – jak uzasadnia – energetyka jądrowa umożliwi „podniesienie poziomu bezpieczeństwa energetycznego państwa” oraz zastąpienie starzejących się wysokoemisyjnych węglowych bloków energetycznych „nowymi zeroemisyjnymi jednostkami odpornymi na politykę regulacyjną związaną z redukcją emisji CO2”.

W rządzie jest zasadniczo zgoda co do tego, że elektrownia atomowa musi powstać, jej budową ma się zająć odrębna spółka bezpośrednio podległa Skarbowi Państwa. – Nie mamy innego wyboru – mówiło nam niedawno rządowe źródło. Docelowy model niskoemisyjnej polskiej energetyki ma obok OZE opierać się właśnie na energii jądrowej, która powinna zapewnić stabilność systemu. Co prawda niektórzy ministrowie woleliby małe reaktory modułowe SMR zamiast klasycznej wielkoskalowej i drogiej elektrowni jądrowej, ale SMR-y nie doczekały się jeszcze prototypów, choć w Kanadzie rozpoczął się już proces licencyjny tej technologii. Koncepcja małych reaktorów pojawiła się ok. 10 lat temu w USA. Miała być receptą na wysokie koszty budowy dużych elektrowni jądrowych. Mimo upływu lat SMR dalej pozostają na papierze, a pierwszy pojawi się nie wcześniej niż w 2026 r. – Zapadła decyzja, że na te małe nie czekamy – wskazało nasze źródło.

Budowa elektrowni jądrowej nie powinna budzić oporu wśród partii opozycyjnych. To Platforma Obywatelska rozpoczęła program jądrowy w Polsce, a Konfederacja – obok PiS-u – wpisała rozwój energetyki jądrowej w swój program wyborczy. Lewica zdaje się nie wyrażać jednoznacznego stanowiska w tej sprawie.

Państwo musi jednak pożyczyć na atom i to właśnie montaż finansowy na rzecz jego budowy w Polsce stanowi wyzwanie. W rządzie projektem atomowym zajmuje się pełnomocnik ds. strategicznej infrastruktury energetycznej Piotr Naimski, który prowadzi stały dialog energetyczny z przedstawicielami amerykańskiej administracji – dialog ten ustanowili prezydenci USA i Polski we wrześniu 2018 r. Współpraca zacieśniła się podczas ostatniej, czerwcowej wizyty prezydenta Andrzeja Dudy w Waszyngtonie, podczas której prezydent Donald Trump miał zadeklarować współpracę przy budowie polskiej elektrowni jądrowej. Poza dostawą technologii i wspólną eksploatacją elektrowni przedstawiciele polskiego rządu mają nadzieję na zaangażowanie finansowe Amerykanów.

Jednak nawet na własnym podwórku instytucje finansowe z USA są ostrożne wobec długoterminowych i kosztownych projektów siłowni jądrowych. Jednostki 3 i 4 w elektrowni Vogtle w stanie Georgia są pierwszymi od trzech dekad nowymi reaktorami firmy Westinghouse (AP1000) budowanymi w USA.

Prezes Polskiej Grupy Energetycznej Wojciech Dąbrowski podkreśla, że jego firma nie udźwignie budowy siłowni jądrowej, której szacowane koszty to 60–80 mld zł. To w ramach grupy PGE została utworzona w 2010 r. spółka PGE Energia Jądrowa, która miała odpowiadać za projekt.

Jeżeli polski rząd będzie przekonywał, że osiągnął w sprawie negocjacji atomowych sukces bez precedensu w historii naszej energetyki, to nawet jeżeli uda się zaimportować technologię, na takie zapewnienia będzie o wiele za wcześnie. Rząd Stanów Zjednoczonych jest niezwykle przywiązany do procedur. A one w kwestii dzielenia się technologią są niezwykle sztywne, by kontrolować, czy nie zostanie ona wykorzystana do budowy broni. Ustawa szczegółowo to opisująca i zobowiązująca różne instytucje władzy do nadzorowania procesu została podpisana w 1978 r. przez Jimmy’ego Cartera, a później trzykrotnie nowelizowana. Sami Amerykanie czują się własną ustawą skrępowani. Minister obrony w rządzie Busha i Obamy Robert Gates narzekał w 2010 r., że przepisy są anachroniczne i uniemożliwiają wolny handel technologią. Ale prawda jest taka, że skoro są, nie da się od nich uciec i zasygnalizowanie, że jest wola do sprzedaży technologii, to dopiero początek skomplikowanej drogi.

Jednak w Waszyngtonie jest chęć zmiany tych sztywnych procedur. Wiosną think tank Atlantic Council w raporcie „A New Energy Strategy for The Western Hemisphere” przedstawił rekomendacje rozwoju współpracy z sojusznikami USA w sektorze energetycznym. Wśród licznych propozycji mających na celu wzmocnienie suwerenności energetycznych sojuszników Stanów Zjednoczonych znalazło się m.in. wsparcie rozwoju energetyki jądrowej poprzez zaangażowanie Departamentu Energii USA w dialog z regulatorami krajów sojuszniczych w celu harmonizacji zasad bezpieczeństwa, utworzenia standardów handlowych oraz przygotowania strategii budowy nowych mocy jądrowych. Atlantic Council sugeruje także wykorzystanie w tym celu różnych instytucji, m.in. International Development Finance Corporation (IDFC), która zajmuje się dofinansowaniem inwestycji prywatnych na rynkach interesujących USA.

Nasz rząd ma nadzieję na finansowe zaangażowanie Amerykanów