Mniejsi sprzedawcy prądu boją się bankructwa, duzi odbiorcy albo dostają podwyżki, jak np. Boryszew, albo nie mają ofert od sprzedawców, jak np. Volkswagen – dowiedział się DGP
DGP
Trzy duże firmy zużywające w sumie prawie 4 TWh prądu rocznie, co stanowi niemal 2,4 proc. krajowej konsumpcji, mają problem związany z obowiązującą od początku roku „ustawą prądową” zamrażającą ceny na poziomie z 2018 r. Powód? Brak aktów wykonawczych.
Reklama
Resort energii od 2 stycznia nie odpowiada na pytanie, kiedy należy spodziewać się rozporządzeń. A bez nich sytuacja na rynku energii elektrycznej jest niestabilna. W ubiegłym tygodniu premier Mateusz Morawiecki pytany przez DGP o przepisy prądowe powiedział, że ma zapewnienia od ministra energii o rozmowach na ten temat prowadzonych na poziomie UE. Minister Krzysztof Tchórzewski spotkał się w poniedziałek z komisarzem ds. energii i klimatu Miguelem Arias Cañete. Tematem były ceny energii elektrycznej i polskie przepisy dotyczące zamrożenia cen.

Reklama
Przedsiębiorców same zapewnienia nie uspokajają. Jak ustaliliśmy, w KGHM i Volkswagenie kończą się umowy na dostawy prądu. Obie spółki nadal nie dostały ofert dotyczących dalszej współpracy. Pierwsza ma umowę m.in. z PGE, druga z Eneą. Jeśli nie wyłonią dostawcy, będą musiały skorzystać z zapisanego w umowie sprzedawcy rezerwowego, który jako awaryjny jest droższy, co z kolei przekłada się na koszty produkcji.
– Ze względu na brak aktów wykonawczych żaden dostawca nie jest w stanie złożyć oferty – przyznaje Patrycja Kasprzyk, rzeczniczka Volkswagen Poznań Sp. z o.o. – Sprzedaż rezerwowa jest rozwiązaniem awaryjnym. Dotyczy sytuacji, gdy podmiot nie ma podpisanej żadnej umowy lub jego dostawca upadł. Ryzyko dla naszej spółki oceniamy jako znikome. Mamy obowiązującą umowę do końca I kw. 2019 r., a do tego czasu, jesteśmy przekonani, że będą już istniały akty wykonawcze do ustawy – ma nadzieję Kasprzyk.
Departament komunikacji KGHM w odpowiedzi na nasze pytania przypomina, że 20–25 proc. prądu kombinat pozyskuje z własnych źródeł, a 75–80 proc. kupuje.
„KGHM kupuje energię m.in. w drodze ogłaszanych postępowań przetargowych, w ramach wieloletnich umów ramowych zawieranych z różnymi dostawcami czy na Towarowej Giełdzie Energii. Spółka posiada również możliwość zakupów spotowych (z dostawą natychmiastową – red.). Przy wykorzystywanym przez spółkę sposobie zabezpieczania wolumenu energii nie ma ryzyka jej zakupu od sprzedawcy rezerwowego” – czytamy w odpowiedzi na pytania DGP.
Zdaniem naszych rozmówców z branży takie ryzyko jednak istnieje.
Spółki energetyczne kontrolowane przez Skarb Państwa (PGE, Enea, Energa i Tauron), gdy pytamy o oferty na przyszły rok, odpowiadają jednomyślnie: czekamy na rozporządzenie do ustawy.
A PGE pokazuje kontrakt z polskimi spółkami PepsiCo – dwuletni, na 50 Gwh, na dodatek z gwarancją pochodzenia energii z odnawialnych źródeł, w tym głównie wiatrowych. – Zagraniczne firmy średnio się przejmują naszą ustawą – słyszymy od naszych rozmówców z PGE.
Ale krajowe już tak. Z nieoficjalnych informacji DGP wynika, że np. Boryszew, największa w kraju prywatna firma przemysłowa, działająca w sektorze motoryzacyjnym, aluminium, przetwórstwa metali nieżelaznych i produkcji wyrobów chemicznych, dostał od PGE propozycję podwyżki rzędu 60 proc. Nie przyjął jej, powołując się na ustawę zamrażającą ceny. Wymiana korespondencji między firmami trwa. PGE uspokaja, że tak duży klient powodów do niepokoju nie ma. Ale oczywiście znowu: trzeba zaczekać na akty wykonawcze.
– Cieszy mnie zapewnienie rządu, że ceny energii pozostaną na niezmienionym poziomie. Jednak konieczne jest szybkie działanie, bo obecna sytuacja wzmaga niepewność, a co za tym idzie, zwiększa ryzyko prowadzonej działalności. Droga energia to być albo nie być polskiego przemysłu. Chyba wszyscy mają tego świadomość, mówiąc o przewagach i potrzebie konkurencyjności – zauważa Roman Krzysztof Karkosik, główny akcjonariusz Grupy Boryszew.
Spółka zwraca uwagę, że już teraz stawki za energię w Polsce są wyższe niż w krajach sąsiednich. Pod koniec zeszłego roku różnica w cenach kontraktów na rynku polskim oraz niemieckim wynosiła 58–74 zł/MWh. – Mamy zakłady produkcyjne zarówno w Polsce, Niemczech, jak i w 13 krajach na czterech kontynentach. Na bieżąco monitorujemy tam koszty, w tym ceny energii. Niestety w Polsce są na niepokojąco wysokich poziomach – dodaje Karkosik.
Podobny problem dotyczy też gospodarstw domowych. Indywidualni klienci wciąż nie wiedzą, ile ostatecznie zapłacą za prąd, bo Urząd Regulacji Energetyki nadal nie opublikował decyzji w sprawie taryf.
Ale to nie wszystko. Kilkudziesięciu mniejszych sprzedawców prądu boi się bankructwa. Wstrzymali podpisywanie nowych umów. – Zgodnie z ustawą mamy sprzedawać energię poniżej kosztów jej zakupu. Dla tych 30–40 firm to straty od kilkunastu do kilkudziesięciu milionów złotych, bo różnica na MWh w zależności od czasu zakupu energii to 60–100 zł – słyszymy w firmie Green Lights. – To koniec liberalnego rynku. Nie mamy nadziei na rekompensaty, bo system będzie korzystny dla dużych graczy, a pieniędzy i tak zabraknie – dodaje nasz rozmówca.
Nasze informacje znajdują potwierdzenie w stanowisku Związku Pracodawców Prywatnych Energetyki, który jest członkiem Konfederacji Lewiatan. Czytamy w nim, że nowe przepisy ograniczą konkurencję na rynku sprzedaży energii elektrycznej, bo istnieje niebezpieczeństwo upadłości części niezależnych sprzedawców. A brak ofert dla odbiorców w tym roku to skutek działania nowej ustawy.