Nie ma znaczenia, gdzie zostanie wyznaczona ustawowa granica przejścia ma emeryturę. I tak będziemy musieli pracować dłużej - mówi w wywiadzie dla DGP prof. Marek Góra, współautor reformy systemu emerytalnego wprowadzonej w 1999 r. przez rząd Jerzego Buzka.
Za niecałe dwa lata znikną z rynku otwarte fundusze emerytalne. Co wtedy zostanie z reformy emerytalnej, którą wprowadzał pan w 1999 r.?
Prawie wszystko, ponieważ reforma nie polegała na powołaniu do życia OFE. To był tylko jeden z jej technicznych elementów. Celem było zatrzymanie rosnących kosztów finansowania emerytur, z czym mieliśmy do czynienia w poprzednim systemie, a tym samym zmniejszenie zagrożenia dla dochodów pokolenia pracującego, ponoszącego te koszty. Siłą rzeczy jeśli rosną wydatki na system emerytalny, to mniej zostaje na zapłacenie ludziom za pracę. Jeszcze w 1981 r. składki na wszystkie ubezpieczenia społeczne (emerytury to tylko ich część) wynosiły 15,5 proc. wynagrodzenia brutto, w połowie lat 90. to było już 45 proc., a ówczesne projekcje pokazywały, że ok. 2010 r. składki będą dochodzić do 60 proc. wynagrodzenia. Od momentu wprowadzenia nowego systemu składki emerytalne nie rosną i nie pomniejszają dalej dochodów netto. Chcieliśmy zbudować system, który będzie narzędziem alokacji dochodów w cyklu życia – system wypłaca mi na starość tyle, ile do niego wpłaciłem w okresie aktywności. A narzędzia takie jak OFE powodowały, że było to bardziej zrozumiałe dla ludzi, pozwalało na dywersyfikację długookresowego ryzyka, a na dodatek wspomagały rozwój warszawskiej giełdy, która dla funkcjonowania gospodarki ma istotne znaczenie. Bardzo często mówi się, że wprowadzenie OFE to było sprywatyzowanie systemu emerytalnego – nic bardziej mylnego, chodziło jedynie o jego pełne zindywidualizowanie. A prywatne są jedynie powszechne towarzystwa emerytalne, które zarządzają indywidualnymi kontami emerytalnymi nazywanymi OFE, które pozostają elementem powszechnego systemu emerytalnego, tak samo jak podobne indywidualne konta emerytalne zarządzane przez ZUS.