Naturalne wydaje się oczekiwanie, że najbogatsi wezmą na siebie ciężary transformacji, a kraje rozwijające się, które historycznie emitowały mniej, pójdą za nimi w momencie, kiedy uzyskają odpowiednie wsparcie, a technologie potanieją. Ale ważnym źródłem niechęci do zielonej polityki w tych państwach było w ostatnich latach dostrzeżenie, że najgłośniejsi jej orędownicy sami nie traktują swoich deklaracji poważnie.
Niemcy szybko wygaszają nieemisyjne elektrownie jądrowe, dużo mniej spiesząc się z odejściem od węgla. Ich największa inwestycja energetyczna to Nord Stream 2, który pomijając implikacje geopolityczne, podłącza Europie kolejną gazową kroplówkę w czasie, kiedy nawet obecne wykorzystanie tego surowca stawia pod znakiem zapytania perspektywy neutralności klimatycznej. Francja od wielu lat ignoruje deklarowane przez siebie cele redukcji emisji. Zeszłoroczny panel obywatelski, który miał być w polityce Paryża nowym otwarciem, został przez Emmanuela Macrona pozbawiony zębów. Jego dorobek sprowadzono do kilku efektownych, ale mało przełomowych zmian, jak zakaz krótkich lotów krajowych – rozwiązanie, które w praktyce dotknie niecałych 5 proc. krajowych tras lotniczych – czy ustanowienie kategorii zbrodni przeciwko środowisku. Testu na wiarygodność nie przechodzi nawet najszybciej dekarbonizująca się Wielka Brytania, która w zeszłym roku przyjęła cel 68 proc. redukcji emisji do 2030 r. i koniec sprzedaży spalinowych aut do 2035 r., a kilka miesięcy temu dołożyła do tego ograniczenie emisji o 78 proc. do roku 2035. Doradzająca rządowi Komisja ds. Zmiany Klimatu ocenia, że obecna polityka Londynu daje szanse na realizację tych planów zaledwie w 20 proc. Brytyjczycy, podobnie jak Norwegowie, nie chcą też zrezygnować z rozwijania wydobycia ropy. A do tego niespełniona obietnica państw rozwiniętych, że do 2020 r. przeznaczać będą 100 mld dol. rocznie na pomoc klimatyczną najbardziej potrzebującym. Według szacunków OECD zbieranych jest ok. 80 mld. A również te wyliczenia są kwestionowane: zdaniem Oxfamu większość tych środków to pożyczki, więc realna pomoc sięga ok. 20 mld. Dlaczego w tej sytuacji ubogie peryferie miałyby słuchać wezwań do przyspieszenia transformacji?
Ostatnie miesiące przed listopadowym szczytem klimatycznym w Glasgow przynoszą nowy trend. Rządy zmuszane są, żeby nadążać za deklaracjami. W Niemczech wskutek wyroku TK ekspresowo przeforsowano wyższe cele klimatyczne. We Francji do podjęcia konkretnych działań zmusza Emmanuela Macrona Rada Stanu, najwyższy organ sądownictwa administracyjnego. Również rząd Borisa Johnsona, który nową strategię klimatyczną ma ogłosić na jesieni, jest pod presją z wielu stron, by tym razem była ona wiarygodna.
Zmiany w coraz większym stopniu dotykają także koncernów. Sąd narzucił ostatnio podniesienie celów klimatycznych Shellowi, a na rozstrzygnięcie czekają setki podobnych spraw wytaczanych przez aktywistów. Kolejną kostką domina mogą być firmy amerykańskie, gdzie oprócz sądów w podobnym kierunku pchają trucicieli akcjonariusze. Do momentu zwrotnego w nastrojach mogą przyczynić się dotykające USA coraz silniej ekstrema pogodowe czy ostatnia afera taśmowa z lobbystą Exxonu – kolejne świadectwo, że branża naftowa od dekad wiedziała o wpływie emisji na klimat i starała się podważać ustalenia naukowców.
Choć na spektakularny sukces COP26 trudno liczyć, coraz wyraźniej widać, że przestrzeń na „zieloną grę pozorów” się kurczy. O ile jeszcze w zeszłym roku świat dyskutował o celach klimatycznych na półwiecze, a w tym roku w centrum uwagi znalazł się 2030, obecnie mechanizmy polityczne, gospodarcze i prawne zmuszać będą do zmian „tu i teraz”. Wnioski powinna wyciągnąć także Warszawa, która starała się w ostatnich latach z jednej strony brać przykład z mocarstw (deklarować zaangażowanie, utrzymując politykę „business as usual”), z drugiej strony – chętnie wytykała hipokryzję rozwiniętych państw. Te zaklęcia wkrótce stracą swoją moc.