Waszyngton poinformował wczoraj formalnie ONZ o wycofaniu się Stanów Zjednoczonych z układu paryskiego.
Reklama
Był to pierwszy możliwy termin, ponieważ umowa umożliwiała to najwcześniej po trzech latach od jej wejścia w życie 4 listopada 2016 r. Procedura potrwa rok i zakończy się 4 listopada przyszłego roku. Dzień po planowanym terminie wyborów prezydenckich w USA. W praktyce – jak wskazują eksperci – wystąpienie z układu paryskiego stanowić będzie raczej symboliczną kropkę nad „i” dla zmian w polityce Waszyngtonu wprowadzanych stopniowo od początku prezydentury niż wyraźny przełom.
Wystąpienie z układu klimatycznego było jedną z obietnic Donalda Trumpa złożonych jeszcze w kampanii wyborczej. Zamiar ten potwierdził on w czerwcu 2017 r., informując jednocześnie o wstrzymaniu wprowadzania w życie postanowień. Zdaniem Trumpa umowa wiąże się z nadmiernymi kosztami dla amerykańskiej gospodarki oraz niesprawiedliwie dzieli obciążenia związane z ochroną klimatu, na czym skorzystać miały m.in. Chiny i Indie. Stany Zjednoczone odpowiadają za ok. 15 proc. światowych emisji gazów cieplarnianych. Są pierwszym i jak dotąd jedynym spośród 195 sygnatariuszy, którzy zdecydowali o opuszczeniu układu.
Co oznacza decyzja Waszyngtonu w praktyce? Jeśli USA konsekwentnie przyjęłyby wobec kwestii klimatycznych zasadę „business as usual”, prognozuje się, że poziom emisji wynikający ze zobowiązań paryskich może zostać przez nie przekroczony o ponad 25 proc. Na poziomie globalnym, przy założeniu, że pozostałe kraje przestrzegają umowy z Paryża, przekładałoby się to na różnicę rzędu blisko 3 proc. – wynika z symulacji nowojorskiej organizacji Climate Interactive.
Mimo że branża paliw kopalnych może liczyć na przychylność Trumpa, według wielu ekspertów nie należy się spodziewać skokowego wzrostu amerykańskich emisji. Raczej będą one dalej spadać – choć nie tak szybko, jak wynikało to ze zobowiązań przyjętych w Paryżu. Wpływ na poziom emisji będzie miała bowiem nie tylko polityka obecnego i przyszłych rządów centralnych, ale i poszczególnych miast i stanów (wiele z nich – na czele z Nowym Jorkiem i Kalifornią – przyjęło już własne plany ograniczania emisji), a także trendy rynkowe, które jak do tej pory sprzyjają wyraźnie odchodzeniu od paliw kopalnych. Warto odnotować, że przeciwko wymówieniu porozumienia paryskiego opowiedziały się kluczowe amerykańskie koncerny, takie jak Amazon, Google, Apple czy Microsoft, a nawet paliwowy gigant ExxonMobil. Pogorszenie warunków dla inwestycji w czystą energię może osłabić konkurencyjność amerykańskich firm z tego sektora, stanowiąc zarazem szansę dla innych krajów.
To, że w USA nie dojdzie raczej do emisyjnej eksplozji, nie oznacza, że wystąpienie z porozumienia drugiego po Chinach największego światowego emitenta gazów cieplarnianych będzie dla klimatu neutralne. Każda dodatkowa tona gazów cieplarnianych, która trafi do atmosfery za sprawą obecnej polityki USA, będzie oznaczała konieczność zwiększenia wysiłków przez pozostałe kraje, aby wypełnić nawet te obecne, dość konserwatywne cele w zakresie emisji. Do wypełnienia długofalowego celu i zahamowania wzrostu temperatur (tak by ich wzrost nie przekroczył 2 stopni Celsjusza względem poziomu sprzed ery przemysłowej, który według klimatologów mógłby oznaczać nieodwracalne szkody) konieczne jest dalsze zaostrzanie norm.
Decyzja USA wywołuje też obawy o przyszłość globalnej współpracy w obliczu zmian klimatycznych. Nie chodzi tylko o radykalny scenariusz, jakim byłby całkowity upadek porozumienia paryskiego czy formalne wystąpienie z niego kolejnych państw. Umowa ta opiera się na dobrowolnych zobowiązaniach, kluczowe znaczenie dla jego wypełnienia ma więc wola polityczna po stronie sygnatariuszy. Wymówienie porozumienia przez USA może ośmielić inne państwa, by brać swoje zobowiązania w nawias.
Jeśli światowym liderom uda się przełamać kryzys związany z odejściem USA od stołu, konsekwencją mogą być przetasowania w globalnym układzie sił. Szansę na objęcie przywództwa w wysiłkach klimatycznych otrzymają Chiny. Może to umocnić Pekin w rozgrywce o światowe przywództwo i przyczynić się do jego zbliżenia z Brukselą.
Decyzja wywołuje obawy o przyszłość globalnej współpracy