Budowa własnych jednostek wytwórczych nie daje gminie gwarancji zmniejszenia rachunków za energię - mówi Tomasz Podgajniak.
Ostatnie wzrosty cen prądu skłaniają coraz więcej gmin do szukania alternatywnych źródeł energii. Dziś widzimy zwrot od wiatraków w stronę fotowoltaiki. Czy dziwi to pana?
I tak, i nie. Trudno odmówić rozsądku tym, którzy odwrócili się od wiatraków, po tym jak legislacyjny chaos i restrykcyjne przepisy odległościowe w praktyce zabiły tę branżę. Takich barier do tej pory nie ustanowiono wobec fotowoltaiki, która ze względu na bardzo szybko spadające koszty paneli stanie się niebawem najbardziej atrakcyjnym źródłem energii. Trendy wskazują, że będą one opłacalne i bez dodatkowego wsparcia. Dziś tak jeszcze nie jest, ale to perspektywa kilku lat. Ponadto panele można lokować praktycznie wszędzie, moc takiej farmy słonecznej zależy tylko od dostępnej powierzchni i uwarunkowań sieciowych, koszty obsługi są minimalne, a systemy wsparcia dość atrakcyjne.
Brzmi aż za dobrze. To gdzie jest ta łyżka dziegciu?
Reklama
Upowszechnia się niestety przekonanie, że budowa własnych jednostek wytwórczych to wręcz gwarancja zmniejszenia rachunków za energię teraz i w przyszłości. A nie jest to takie proste. Inwestycje w fotowoltaikę nadal są dość kosztowne. Nakłady na 1 MW zainstalowanej mocy mogą dziś jeszcze wynosić 5 mln zł i więcej. Większe obiekty wymagają też spełnienia wielu warunków prawnych i sieciowych. Często widzę jednak działanie życzeniowe: zainstalujemy jakieś panele, weźmiemy na to dofinansowanie i się uda. A to nie tak.

Reklama
Panel panelowi nierówny?
Samorządowcy muszą na wstępie rozróżnić te tzw. normalne i mikroinstalacje. Tymi drugimi określa się najczęściej urządzenia instalowane na dachach budynków. Jest to obecnie najszybciej rozwijająca się gałąź energetyki rozproszonej, realizowana głównie przez prosumentów, czyli osoby fizyczne będące jednocześnie producentem i konsumentem energii. Mogą oni wykorzystywać energię z paneli na potrzeby własne i współpracować z sieciami dystrybucyjnymi na zasadzie netmeteringu (różnica energii pobranej i nadwyżek produkcji własnej wprowadzanych do sieci), co znacząco obniża ich rachunki za prąd. Dobrze zbilansowana i zaprojektowana instalacja może się zwrócić przy aktualnych cenach energii w perspektywie 7– 8 lat, a nie ma wątpliwości, że okres ten będzie w przyszłości się skracał. Jest to zatem najbardziej perspektywiczna gałąź energetyki obywatelskiej – w ostatnich dwóch latach powstało kilkadziesiąt tysięcy takich instalacji.
Rzeczywiście to częsty widok na dachach – nie tylko domów, ale i szkół, urzędów...
Tak, bo nie ma żadnych przeszkód formalnych czy systemowych, aby z możliwości takiego wytwarzania energii na potrzeby własne nie korzystały także jednostki samorządu, zasilając z paneli budynki użyteczności publicznej. Korzyści – tak finansowe, jak i wizerunkowe – wydają się oczywiste. Dla instalacji budynkowych do 50 kW w zasadzie nie są wymagane żadne pozwolenia. Instalacje na powierzchni ziemi powyżej 100 kW wymagają potwierdzenia lokalizacji w miejscowym planie zagospodarowania, warunków przyłączenia i pozwolenia na budowę. Jeżeli projekt zajmuje ponad 0,5 ha, wymagana jest decyzja środowiskowa.
A co z normalnymi instalacjami?
Tu sytuacja jest bardziej złożona. Zgodnie z obowiązującym prawem zalicza się do nich wszystkie obiekty powyżej 500 kW mocy osiągalnej, przyłączone bezpośrednio do lokalnej sieci dystrybucyjnej. W tych przypadkach całość wytworzonej energii sprzedawana jest do krajowego systemu elektroenergetycznego po cenach, jakie można uzyskać z rynku. Wyrównaniem różnicy kosztów wytworzenia (do niedawna jeszcze bardzo wysokich) i przychodów ze sprzedaży energii są zielone certyfikaty, a od 2017 r. dopłaty w ramach systemu aukcyjnego. Ponieważ ceny certyfikatów od kilku lat utrzymywały się na bardzo niskim poziomie, instalacje fotowoltaiczne budowane przed 2017 r. z reguły generują straty.
Na czym może polegać trudność z tymi normalnymi panelami?
Podobnie jak w przypadku mikroinstalacji, również w tym obszarze możliwe są inwestycje komunalne z środków własnych. Trzeba sobie jednak zdawać sprawę, że jest to wchodzenie na obszar regulowany przepisami prawa energetycznego, gdzie operator takiej instalacji musi spełniać wiele wymagań. Konieczne byłoby zatem powołanie w tym celu gminnego zakładu budżetowego lub spółki komunalnej i uzyskanie koncesji. Teoretycznie możliwe jest również wchodzenie w relacje z innymi podmiotami gospodarczymi z wykorzystaniem formuły partnerstwa publiczno-prywatnego.
Czy nie ma ryzyka, że koniunktura się zmieni i to, co ma dziś przynieść korzyści, okaże się balastem dla gminnego budżetu?
Farmy fotowoltaiczne mogą podejmować dziś pracę po wygraniu aukcji ogłaszanej przez prezesa URE. Nie jest to warunek konieczny, ale przy dzisiejszych rynkowych cenach energii i kosztach wytwarzania inne podejście nie miałoby sensu ekonomicznego. Wyrównanie wypłacane przez 15 lat przez operatora rozliczeń gwarantuje pokrycie kosztów i spłatę zaciągniętych kredytów. Ryzyko, że przepisy w tym zakresie się zasadniczo zmienią, wydaje się dziś bardzo małe, choć historia branży wiatrowej musi zasiewać niepokój. Ale w przyszłości, w miarę tanienia nowych instalacji, i to wsparcie okaże się niepotrzebne.
A jak to wygląda finansowo?
Przyjmuje się, że instalacja o mocy 1 MW może w skali roku wytworzyć ok. 1000 MWh energii elektrycznej. To już całkiem spora wielkość, generująca przychody rzędu kilkuset tysięcy złotych i mogąca zaspokoić znaczą część zapotrzebowania na energię w obiektach gminnych. Instalacje budynkowe są względnie tanie w realizacji. Koszty jednostkowe wraz ze skalą instalacji z reguły jednak rosną, zwłaszcza gdy wchodzi w grę konieczność wzmocnienia podłoża lub budowy przyłącza do odległego punktu przyłączenia.
Gminy chciałyby więcej: nie tylko same korzystać z prądu, ale i go sprzedawać i na nim zarabiać. To dobry pomysł na biznes?
Niestety nie wprowadzono jeszcze do przepisów prawa pojęcia prosumenta instytucjonalnego. Oznacza to, że podmioty gospodarcze i jednostki administracji nie mogą korzystać z tych systemów rozliczeń i sprzedawać nadwyżek prądu z instalacji budynkowych do sieci. Rząd deklaruje jednak, że prace legislacyjne w tym kierunku są prowadzone. Gminy mogą być także właścicielami lub udziałowcami przedsiębiorstw energetycznych, które wykorzystują systemy fotowoltaiczne. Wydaje się jednak, że jest wiele innych sposobów uzyskiwania w tym obszarze całkiem godziwych przychodów bez podejmowania ryzyka prowadzenia działalności gospodarczej.
Najprostszym z nich są wpływy z tytułu dzierżawy powierzchni pod instalację paneli. Możliwe są też różne formy umów na zakup energii bezpośrednio od inwestora realizującego taki projekt na terenie gminy, na zasadzie tzw. PPA (Purchasing Power Agreement). Umożliwia to redukcję kosztów zasilania w energię obiektów gminnych. Przy czym trzeba wyraźnie powiedzieć, że w dzisiejszych warunkach cenowych i systemowych granice opłacalności przebijają tylko instalacje prosumenckie, gdzie koszt wytworzenia energii jest już zbliżony albo niższy od kosztu jej pozyskania z sieci (ok. 0,6 PLN/kWh). W przypadku większych instalacji naziemnych, które sprzedają energię bezpośrednio do sieci, nie da się jeszcze dziś uzyskać rentowności bez korzystania z systemu aukcyjnego. To w zasadzie zachęca do budowy obiektów o większej mocy, gdyż koszt przygotowania do uczestnictwa w aukcji, który w niewielkim stopniu zależy od wielkości instalacji, może stanowić znaczące obciążenie przy instalacjach mniejszych.